Tusk zawstydził Niemców, a PiS ma prawo milczeć
Donald Tusk musiał się liczyć z tym, że propozycja wypłacania odszkodowań dla żyjących, bezpośrednich ofiar II wojny światowej z polskiego budżetu może wywołać w Polsce zgrzyt. Ale PiS nie ma moralnego prawa krytykować tej strategii dyplomatycznej premiera, któremu po raz pierwszy od lat udało się realnie zawstydzić Niemców. Bo tego nie udało się nawet antyniemieckim politykom obecnej opozycji.

Jarosława Kaczyńskiego oburzyły słowa Donalda Tuska, który w Berlinie oświadczył, że jeśli Niemcy nie zdecydują się szybko wypłacić zadośćuczynienia żyjącym, bezpośrednim ofiarom II wojny światowej, to "Polska wypełni tę potrzebę z własnych środków".
W podobnym - gniewnym - tonie zareagował ośrodek prezydencki, który ustami Zbigniewa Boguckiego stwierdził, że to "fatalny pomysł".
Reparacyjna klęska PiS
Kłopot polega na tym, że prezes PiS jest ostatnią osobą, która powinna zabierać się za krytykę premiera w tej sprawie. Rządy jego partii poniosły bowiem na tym polu klęskę. Poprzednia władza rządziła w Polsce niemal dekadę. W tym czasie sprawą niemieckiego odszkodowania za II wojnę światową grano głośno politycznie, ale zupełnie nieskutecznie.
Propagandowe działania poprzedników obecnej koalicji - np. posła Arkadiusza Mularczyka, którego komisja wyliczyła polskie straty na 1,5 biliona dolarów - nie miały charakteru dyplomatycznego czy negocjacyjnego, ponieważ napotykały zawsze na tę samą odpowiedź strony niemieckiej, że kwestia reparacji jest od dawna zamknięta. Na tym się kończyło.
W 2006 roku potwierdziła to zresztą Anna Fotyga, ówczesna minister spraw zagranicznych w rządzie PiS, LPR i Samoobrony. W odpowiedzi na interpelację poselską Janusza Dobrosza z LPR, który pytał, czy szefowa resortu podziela opinię, że w 1953 roku Polska zrzekła się reparacji, Fotyga odpowiedziała, że "stanowisko polskiej doktryny prawa międzynarodowego w przeważającej mierze jest jednoznaczne i nie pozostawia wątpliwości co do faktu zrzeczenia się przez Polskę reparacji od Niemiec".
Trudno to nazwać asertywną polityką, która odcinałaby się od "polskiej doktryny prawa międzynarodowego".
Nie wystarczy krzyczeć
W późniejszych deklaracjach politycznych PiS sprawa reparacji była traktowana jako otwarta, choć ci bardziej obyci w polityce międzynarodowej - jak dzisiejszy prezydencki minister Marcin Przydacz - chętniej używali słowa "zadośćuczynienie", które obiektywnie się przecież Polsce należy i mamy prawo się go domagać.
Słowa Kaczyńskiego, że "Tusk chce pieniędzmi polskich obywateli spłacać niemieckie zbrodnie", są dziś próbą odwrócenia uwagi od wewnętrznych kłopotów PiS, które w sondażach nie może przebić bariery 30 procent i musi toczyć boje z konkurencją na prawicy.
Wypowiedź Tuska to pierwsze tak twarde działanie w ostatnich latach, które miało na celu zawstydzić stronę niemiecką i taki efekt rzeczywiście wywołało. Dlatego zabieg premiera trzeba traktować jako strategię negocjacyjną, a nie ostateczną deklarację, choć opozycja - pogrążona w swoich kłopotach wewnętrznych - próbuje także na tym zbijać kapitał polityczny. Mimo że sama przez lata nie potrafiła porządnie przycisnąć Niemców. I nie zbliżyła Polski do uzyskania zapłaty za zbrodnie wojenne.
Nie wiadomo oczywiście, czy Tusk zmusi kanclerza Friedricha Merza do realnego działania. Ale wiadomo, że nie wystarczy tylko krzyczeć i zbroić się w racje moralne, by działać skutecznie.
Przemysław Szubartowicz














