Trzy "błędy pierworodne" Karola Nawrockiego
Czasem jest tak, że początek politycznej drogi jest jednocześnie przepowiednią jej końca. Karol Nawrocki chciałby skończyć jako lider wielkiej formacji prawicowej po dekadzie aktywnej prezydentury, ale jego pierwsze decyzje polityczne mogą skierować przyszłą karierę nowej głowy państwa na zgoła inne tory. Nieobecność w Waszyngtonie, weto ustawy wiatrakowej i próba narzucenia narracji w sprawie nowej konstytucji to trzy poważne "błędy pierworodne" młodej prezydentury tego polityka.

Karol Nawrocki ma wiele nieoczywistych atutów, by sądzić, że jego przygoda w roli prezydenta Polski może być obliczona na dwie kadencje. Jest w dobrym wieku, wytrzymał brutalną kampanię wyborczą, ma radykalne poglądy, którymi potrafi zarządzać, a przede wszystkim bardzo szybko przeobraził się z nieporadnego naturszczyka w dość sprawnego mówcę. Chciałby rządzić zamiast rządu, co widać w próbie ofensywy legislacyjnej, która nie liczy się z kosztami budżetowymi.
"Jeden z nas" a realna polityka
Być może to prof. Andrzej Nowak narysował dla niego rolę zbawcy polskiej prawicy - od PiS po Konfederację - choć w tej koncepcji brakuje oferty dla 10-milionowego elektoratu przegranych, ale już widać, że prezydent uwierzył w siebie. A może nawet wizja własnej chwilowej wielkości go oszołomiła.
Prawicowym wyborcom nie tyko z kręgów kibolskich może się podobać, że niejasne wątki biograficzne Nawrockiego stały się jego atutem. Ciągłe podkreślanie przez niego związków z narodem ("Jestem głosem Polaków"), a jednocześnie swobodne traktowanie zasad bezpieczeństwa - jak choćby wychylanie się przez okno Belwederu, by w porannym stroju machać do oczekujących fanów - to także element wyreżyserowanej strategii wizerunkowej "jednego z nas". Owego człowieka z ludu, kogoś, kto jest twardy, ale równy i może stanowić wzór kariery od ringu bokserskiego do Pałacu Prezydenckiego. Medialne i internetowe zaplecze prawicowej sanacji dokładnie taką opowieść wspiera.
A jednak realna polityka, a zwłaszcza realna polityka w "czasach przedwojennych" to nie boks, nie siłownia i nie trybuny stadionu piłkarskiego, gdzie można zdobyć respekt strojem lub okrzykiem. Nieobecność Nawrockiego w Białym Domu w czasie spotkania zachodnich liderów w sprawie zakończenia wojny w Ukrainie - bez względu na polską kłótnię o krzesło - to bardzo zły sygnał z punktu widzenia naszej racji stanu. Nawrocki wprawdzie spotka się z Donaldem Trumpem 3 września, ale będzie to wizyta pozbawiona kontekstu siedzenia przy ważnym stole w historycznym momencie.
Wspólna polityka bez fobii
Państwo polskie potrzebuje wspólnej polityki międzynarodowej, a obóz prezydencki nie może kierować się - jak PiS - antyeuropejskimi fobiami i relatywizowaniem polityki proukraińskiej. Obecność Nawrockiego w Waszyngtonie byłaby po prostu symbolicznym potwierdzeniem, że Polska współtworzy europejski ład przy wsparciu Stanów Zjednoczonych. Tak się nie stało.
Dziś, kiedy niektórzy eksperci obawiają się szybkich decyzji administracji Trumpa w sprawie ograniczenia amerykańskiej obecności w Europie, to na polskiej klasie politycznej, na prezydencie i premierze, spoczywa obowiązek wypracowania wspólnego głosu, który będzie szanowany. I zagwarantuje Polsce niezachowaną pozycję wobec wyzwań geopolitycznych. Skoro Nawrocki ma reprezentować Polskę, to powinien reprezentować taki interes narodowy.
W sprawach wewnętrznych nie można na to liczyć. Nawrocki, wetując ustawę wiatrakową, postawił na antywiatrakowe fobie PiS i Konfederacji, ale nie wziął pod uwagę tych argumentów, które pokazują, że odnawialne źródła energii są tanie, mogą uratować polską konkurencyjność i systemowo przyczynić się do trwałej obniżki cen energii. Samo ich mrożenie, na co postawił prezydent, nie wystarczy. Nawet jeśli ten temat stał się przedmiotem gry politycznej między władzą a opozycją - kto na kogo zrzuci odpowiedzialność - to prezydent nie umiał się ponad nią wznieść.
A przede wszystkim postąpił wbrew woli większości Polaków, bo - jak podaje sondaż IBRiS - blisko 56 proc. badanych opowiadało się za podpisaniem zawetowanej ustawy. Głowa państwa powinna pamiętać, że bezpieczeństwo, które ma być rzekomo wyjęte poza bieżący spór, obejmuje także obszar energetyki.
Fala do upadku czy historii?
Prezydent Nawrocki, któremu marzy się nieposiadający precedensu w państwach europejskich system prezydencki, chce pisać nową konstytucję, ale nie daje sygnałów, że zależy mu na konsensusie. A jego pierwsze wypowiedzi na temat kondycji polskiej praworządności pokazują, że jest na kursie kolizyjnym z tymi, którzy poprzedniej ekipie rządzącej zarzucają łamanie ustawy zasadniczej i zdewastowanie umowy społecznej.
Jeśli prezydent chciałby być ojcem prawdziwej zmiany, a nie akuszerem prawicowej monowładzy, musiałby zadbać o powszechną ponadpartyjną debatę. Państwo, które jest celem rosyjskiej wojny hybrydowej, nie może sobie pozwolić na to, by toczyć otwartą batalię ustrojową tylko między spolaryzowanymi blokami. I to Nawrocki powinien umieć o to zadbać.
Jeśli tego nie zrobi, bardzo szybko może się okazać, że "błędy pierworodne" staną się normą tej prezydentury. A wtedy Nawrocki spadnie z fali, dzięki której ma nadzieję przejść do historii.
Przemysław Szubartowicz














