Trzaskowski na rozdrożu
Po wywiadzie na Campus Academy dalej nie wiadomo, czego od polityki chce Rafał Trzaskowski, który na pewno nie chce popaść w niebyt. Czy wymięknie? Czy złapie byka za rogi?

W poważnej polityce jest tak, że albo wymiękasz, albo chwytasz byka za rogi. Albo rezygnujesz i porzucasz sny o byciu liderem, albo bierzesz władzę lub część władzy i wtedy nikt nie ma wątpliwości, o co ci chodzi. Rafał Trzaskowski, typowany na przyszłego następcę Donalda Tuska lub pełnokrwistego współlidera tzw. obozu demokratycznego, wypłynął z powyborczego niebytu i zorganizował Campus Academy w Międzyzdrojach (który jest cieniem jego poprzednich imprez, ale pokazuje, że patron nie chce rezygnować z zaangażowania).
Gdzie są bycze rogi?
Trzaskowski udzielił też, m.in. redaktorowi naczelnemu Interii Piotrowi Witwickiemu, pierwszego wywiadu po przegranej, z którego wcale nie wynika, by rogi byka były obecnie w zasięgu rąk prezydenta Warszawy. A może nawet nie są w zasięgu jego marzeń i wzroku.
Prezydent Warszawy mógł pokazać dobrze skonstruowany plan polityczny dla siebie i pomysł na swoje środowisko, a pokazał, że takiego planu nawet jeszcze nie zaczął pisać. Opowiadanie o tym, że brak współpracy po stronie władzy grozi katastrofą, nie jest jeszcze oryginalną diagnozą polityczną. Podobnie jak przekonanie, że nie trzeba być w mediach mainstreamowych, żeby wygrywać. A także zwracanie uwagi na to, że polityk powinien brać pod uwagę badania opinii publicznej, by podejmować decyzje zgodne z oczekiwaniami elektoratu.
W tym katalogu poręcznych banałów zabrakło zdecydowanego nakreślenia własnej roli w polityce, chyba że słuchacze za dobrą monetę mieli wziąć deklarację, że kadencja włodarza stolicy trwa do 2029 roku, więc "mam co robić".
"Wyciągnijmy wnioski"
Prezydentowi Warszawy nie pierwszy raz nie udało się złożyć jasnej deklaracji politycznej. Choć z drugiej strony mówił, że "jedyną receptą jest wyjść i dalej walczyć", i wzywał: "bijmy się tu i teraz. Wyciągajmy wnioski". Zresztą fraza o "wyciąganiu wniosków" towarzyszyła Trzaskowskiemu przez cały wywiad, tak jak kiedyś mantra o "niesamowitej energii" w czasie wystąpień wiecowych.
Być może jest to polityk, do którego lubi przyczepić się melodia, choć on sam wciąż własnej nie gra. Trafnie jednak ocenił, że strona liberalna skupia się tylko na tematach dla niej istotnych, co jest błędem w czasach, kiedy każdy polityk powinien być odrobinę populistą. Skrytykował też liberalny komentariat za to, że gdy w czasie kampanii próbował mówić o sprawach ważnych dla ludzi, był oskarżany o zdradzanie własnych ideałów.
Dziś Trzaskowski stoi wciąż na rozdrożu, jakby nie umiał podjąć decyzji w swojej własnej sprawie. "Ja mówię: zbierzmy się i idźmy do przodu" - powiedział podczas campusowego wywiadu, ale nie dodał, o co konkretnie mu chodzi. Czy chce być "tylko" prezydentem Warszawy? Czy chce szykować się do sukcesji, która kiedyś nastąpi? Czy chce budować nową formację lewicowo-centrową, by stworzyć uzupełnienie dla aktualnej oferty? Czy chce być aktywnym "trzecim muszkieterem" (obok Donalda Tuska i Radosława Sikorskiego) w Koalicji Obywatelskiej? A może chce wysforować się na samodzielnego przywódcę, tylko brakuje mu odwagi?
Łatwo już było
Z jednej strony Trzaskowski wie, że prócz niego i Sikorskiego nie ma po stronie jego obozu nikogo, kto mógłby w przyszłości wejść w rolę lidera, do której już dziś trzeba się przygotowywać. Z drugiej strony jest lojalny wobec Tuska, stwierdzając, że "nie widzi nikogo lepszego". A z trzeciej apeluje do wyborców rządu, by nie atakowali Karola Nawrockiego za zażywanie snusów czy nieperfekcyjną angielszczyznę, ponieważ to na ludzi nie działa.
"Wyciągnijmy wnioski" - powtarzał Trzaskowski i radził, by "jeździć i pracować od rana do nocy od wczoraj". To trochę mało, jeśli chodzi o plany na przyszłość. Co robić z nielegalną imigracją? Jak budować politykę zagraniczną? Czym jest bezpieczeństwo wobec agresywnej Rosji i nieprzewidywalnego Donalda Trumpa? Jak obóz liberalny powinien odpowiedzieć na antyestablishmentowy populizm prawicy ery postpolitycznej?
Być może prezydent Warszawy, który chciałby zrozumieć, dlaczego libertariańscy wyborcy Konfederacji na niego nie zagłosowali, czeka na Godota, ale jeśli tak, to - jak wiemy z dramatu Samuela Becketta - się nie doczeka. Kiedyś mógł czekać bezpieczniej, bo nadzieja nie odjeżdżała tak szybko, jak dziś, gdy od przegranych wyborów każdy dzień działa na niekorzyść wahającego się Trzaskowskiego. Żeby zrobić kolejny krok, może nie starczyć czasu, bo dziś polityka pędzi. Łatwo już było.
Przemysław Szubartowicz











