Trump, Xi i Ziobro, czyli polska prowincja polityczna
Światowa polityka coraz wyraźniej koncentruje się wokół rywalizacji USA i Chin. Na tym tle polskie wojny plemienne oraz ucieczki polityków pod skrzydła zagranicznych patronów wyglądają coraz bardziej prowincjonalnie. I coraz bardziej niebezpiecznie.

Ciekawe, jak bardzo nasza percepcja świata zależy od historii i geografii. Zagrożenie militarne ze strony Rosji wciąż determinuje opis spraw zagranicznych oraz krajowych. Wojna w Ukrainie, nawet jeśli mniej pojawia się na jedynkach portali, wpływa na nasz sposób myślenia o przyszłości.
Po cichu większość Polaków akceptuje to, że wydajemy krocie na zbrojenia. Z punktu widzenia obronności wydaje się nawet drugorzędne, czy rządzi ten czy inny polityk - ważne, aby odstraszał wroga od naszych granic, rodzin i domów.
Ziobro do USA, Trump do Chin
Tymczasem wszelkie dane - technologiczne, naukowe, demograficzne, ekonomiczne, a nawet militarne - stawiają nam przed oczami obraz Moskwy jako potęgi raczej minionej świetności. Co będzie dalej, oczywiście, nie wiadomo.
Niemniej jednak tu i teraz armia rosyjska utknęła na froncie ukraińskim, zaś w Moskwie znów spekuluje się o ewentualnych następcach Putina. Wojna na wyniszczenie przeciwnika to także wojna z własnym narodem - o to, ile jest on w stanie znieść.
Na tym tle widać, że spotkanie Trumpa i Xi w Chinach to spotkanie na prawdziwym szczycie. Pekin był w stanie znieść i odeprzeć szaleństwa celne Trumpa. Technologicznie bierze udział w wyścigu, czego dowody dał na polu sztucznej inteligencji.
Wreszcie militarnie trudno mówić o słabościach, skoro zamiast wykrwawiać się na polach bitew, przeciwników odstrasza oraz zastrasza raczej skutecznie. Amerykanie próbują się pocieszać historią i geografią. W powodzi komentarzy Bret Stephens stwierdził na łamach The New York Times, że Chiny prawdopodobnie nie wyprzedzą gospodarczo USA, podobnie jak wcześniej nie udało się to ZSRR, Japonii ani Unii Europejskiej.
Zdaniem komentatora przeszłość pokazuje, że największym źródłem siły gospodarczej są wolność polityczna, otwarte rynki i konkurencja - im więcej wolności i otwartości, tym większa produktywność państwa.
Zwrot ku Azji
Pięknie. Tyle że wystarczy porównać wizytę Trumpa w Pekinie z głośną wizytą Nixona w Pekinie, aby zdać sobie sprawę z kosmicznego dystansu, który przebyły Chiny. Od dekad trwa tam przyspieszona modernizacja, którą napędza chęć odwetu na Zachodzie, a nie prawa człowieka.
Wolność polityczna kojarzy się tam z chaosem oraz wojną domową. Otwarte rynki i konkurencja są niezmiennie zaprzęgnięte do realizacji wyższych celów imperialnych.
Tu i teraz USA oraz Chiny szachują się wzajemnie. USA blokują eksport nowych technologii do Chin. Chiny odwzajemniają się ograniczeniem dostępu do zasobów metali ziem rzadkich. W 2023 roku Trump chyba naprawdę sądził, że cłami rzuci Pekin na kolana. Później uznał, że wojna w Iranie będzie wielkim atutem w walce o przywództwo na świecie.
Jak to nieraz bywało, impulsywni liderzy często początkowo zyskują dzięki łamaniu wcześniejszych zasad. Później jednak inni szybko pojmują, że zmieniły się reguły gry. A wtedy brak elastyczności staje się śmiertelną słabością.
W przypadku Trumpa elastyczność paradoksalnie oznaczałaby umiejętność planowania w dłuższej perspektywie oraz brania pod uwagę opinii ekspertów zajmujących się różnymi częściami świata.
Bardzo mała szachownica
Nasza szachownica polityczna jest zdecydowanie mniejsza. W Polsce tymczasem toczy się awantura o pana Ziobrę, który najpierw uciekł przed wymiarem sprawiedliwości na Węgry. Teraz - po sromotnej przegranej Orbána w wyborach - odnalazł się w trumpistowskich USA.
Wciąż wygląda na jednego z tych polityków, którym zabrakło odwagi do stanięcia do otwartej walki politycznej w kraju. Jednak z oddali wydaje się gotów służyć zagranicznym ośrodkom politycznym.
W końcu zaproszenia od Orbána czy Trumpa oraz specjalny status tylko ktoś skrajnie naiwny może postrzegać krótkofalowo - jako sojusz oparty wyłącznie na podobnych przekonaniach czy temperamentach.
Nic z tego. W końcu przychodzi moment wystawiania rachunków, użycia danej osoby do określonych celów albo stopniowego popadania w zapomnienie. Ostatecznie ten, kto uchodzi, pozostawia pole do gry innym. A tutaj chętnych do walki o prawicowy rząd dusz nie brakuje.
Nawet bardzo emocjonując się lokalnymi sporami partyjnymi, warto jednak czasem patrzeć z perspektywy wielkich trendów światowej polityki. A z tej perspektywy widać wyraźnie, że mali bohaterowie polskiej polityki stają się łatwi do rozgrywania z zewnątrz dokładnie wtedy, gdy ich ambicje okazują się większe niż ich horyzonty.
Polska historia nie zna litości dla politycznych prowincjuszy, którzy mylą cudzą protekcję z własną siłą. I być może właśnie to jest dziś najważniejsza lekcja dla naszej prawicy.
Jarosław Kuisz














