Trump, Iran oraz Europa w roli statysty
Waszyngton w ogóle nie tłumaczy już interwencji zagranicznych demokracją. Liczy się prawo pięści. Europa patrzy z boku - i płaci - coraz wyższy rachunek za gaz.

W 1997 roku Barry Levinson nakręcił komedię, w której USA wywołały wojnę dla odwrócenia uwagi od skandalu obyczajowego. Początkowo zmyślone wydarzenia powoli stają się rzeczywistością. O brzydkich wybrykach prezydenta zapomniano. Podstęp się udał.
Kiepski skądinąd film uchwycił splot amerykańskich mediów i polityki, w którym z rozmaitych powodów może opłacać się liderom supermocarstwa wywoływać wojny w odległych krajach. Żadne negocjacje dyplomatyczne w starym stylu takiego efektu odwracania uwagi opinii publicznej na pewno by nie przyniosły.
W przypadku prezydentury Donalda Trumpa owe filmowe skojarzenia są wręcz natrętne. Dopiero co Amerykanie porwali głowę państwa wenezuelskiego, teraz zaś wraz z Izraelem uśmiercili irańskiego polityka i duchownego, Ali Chameneiego. Nie minął nawet kwartał.
Jeśli jednak śledzimy amerykańską debatę, w tle tych międzynarodowych wydarzeń o dużym kalibrze, cały czas krąży sprawa akt Epsteina. Jako że kiedyś Donald Trump pozostawał z nim w pewnej zażyłości, skandal wraca jak bumerang.
W Europie Zachodniej kilka karier VIP-ów zostało już przetrąconych. Biały Dom ma zatem świadomość powagi sytuacji, szczególnie że sondaże prezydenta są kiepskie. Brewerie ICE w Minnesocie, konsekwencje celnej polityki odkrywane przez samych Amerykanów, wszystko to zebrane razem staje się nieznośnym ciężarem, gdy zbliża się wyborcza konfrontacja (midterms).
Wystarczy zatem wykorzystać siły supermocarstwa - w dowolnym punkcie na świecie, aby w okamgnieniu wszystkie te kule u nogi znikły. Przynajmniej na moment amerykańskie mass media i demokraci zajmą się wojną. Oczywiście, nie jest tak, że interwencje Trumpa można sprowadzić do kiepskiego spektaklu. Nie jest jednak także tak, że odwracanie uwagi opinii publicznej USA nie ma tutaj znaczenia.
Atak USA na Iran. Spadające głowy państw
Konsekwencje kolejnych wydarzeń, podobnie jak ofiary w ludziach, są realne. W zasadzie Donald Trump rozpoczął wojnę bez zgody Kongresu. Atak na Iran jest tyleż spektakularny, ile pozbawiony realnego planu na zmianę reżymu. W Wenezueli zadowolono się usunięciem prezydenta Maduro.
Cały dawny system władzy w zasadzie pozostał na miejscu. O żadnym promowaniu demokracji tam nie było mowy. Podobny scenariusz zarysowuje się w przypadku Iranu, niezależnie od intencji Izraela. Spekulowanie dziś ponad miarę o scenariuszach dla Iranu nie ma sensu, albowiem ważniejsze jest coś innego.
Od stycznia 2025 Amerykanie otwarcie zmienili uzasadnianie swoich interwencji. Do niedawna promowano globalnie demokrację liberalną - chociaż ostatnio w praktyce niewiele z tego nie wychodziło, jak Iraku i Afganistanie. Podniosłe hasła okazywały się tylko listkiem figowym.
Teraz Waszyngton pokazuje, że może strącić głowę państwa w niemal dowolnym miejscu na ziemi. Jeśli nie chodzi o promowanie demokracji, to - teoretycznie - mogłaby to być także głowa państwa demokratycznego. Skoro chodzi tylko o "deale" i prawo pięści, to dlaczego nie?
Kosztem Europy
Pytania cisną się tym bardziej, że od sprawy ataku na Iran informacyjnie i logistycznie początkowo odsunięto całą Europę. Jeszcze do niedawna kurtuazyjnie uprzedzano o planowanym użyciu siły wybrane stolice państw, jak Londyn, Paryż czy Berlin. Tym razem, jak można sądzić po reakcjach, nic takiego w ogóle nie miało miejsca. Odnotujmy, że prezydenta Karola Nawrockiego zapewne także o niczym nie powiadomiono.
Jednocześnie jednak Stary Kontynent zbiera żniwa ataku na Iran. Ceny gazu ostro wystrzeliły w górę. Choć jako Europejczycy nie bierzemy udziału w wojnie, za chwilę niektórzy poczują w kieszeni jej konsekwencje.
Po pandemii COVID-19, wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie, rozwibrowaniu ceł przez Trumpa - to kolejny kryzys - który zostanie przełożony na język polityki i podziałów w państwach narodowych Europy. Niebywałe, jak w świetle trumpizmu niemal z dnia na dzień marginalizowana jest Unia Europejska - jakby nie było jedna z potęg gospodarczych świata.
Myślę, że w czasach, gdy nasze zasoby wzrosły i doszlusowaliśmy do G20, Polska powinna włączyć się śmielej do inicjatyw, które sprawią, że Europa przestanie stać obok. Tym bardziej, że permanentnie wracają stare szablony "koncertu mocarstw". Londyn, Paryż i Berlin co rusz spotykają się, by wyznaczać europejski kierunek przyszłości. Nie należy na to pozwolić.
W naszym interesie leży to, aby Europa działała jako szersze grono państw i jako podmiot światowej gry. Trumpizm u władzy oznacza, że kolejne wojny trzeba brać pod uwagę - podobnie jak próby niekorzystnego narzucania warunków pokojowych Ukrainie. Owe działania USA są podejmowane bez udziału Europy, ale - jak widać - stale jej kosztem.
Jarosław Kuisz













