Na najbardziej podstawowym poziomie można ten spór podsumować prostackim "kto kogo?". W rzeczywistości kryje się za nim jednak znacznie więcej. Ten ostry konflikt w samym sercu polskiej opozycji napędzają dziś cztery wielkie siły. W dużej mierze od siebie niezależne.
Ziobryści, maślarze i harcerze
Pierwsza sprężyna sporu tkwi w tym, że PiS to ugrupowanie szerokie i wielonurtowe. Zawsze tak było, tylko że w latach tłustych 2015-2023 dawało się to jakoś rozsmarować w ramach zajęć, wyzwań, profitów i splendorów związanych ze sprawowaniem władzy.
Po przejściu do opozycji pod szyld PiS wrócili dawni ziobryści (dziś coraz częściej nazywani SuwPolem). Przekonani, że do powrotu do władzy starczy wygrać licytację na radykalizmy z jedną i drugą Konfederacją.
Swojej nazwy doczekał się też istniejący od lat podział na "maślarzy" i "harcerzy". Ci pierwsi odwoływali się do starego PC albo pierwszego PiS-u, więc orientowali się zawsze na zasadę, że król jest tylko jeden. A na koniec i tak zdecyduje Jarosław Kaczyński.
"Harcerze" to z kolei ci, co dostrzegli, że prezesa cała masa spraw związanych z praktycznym rządzeniem po prostu nie interesuje. A Mateusza Morawieckiego - owszem, tak. I że to ten ostatni jest do dawna najlepiej zorganizowanym, najpoważniejszym i najskuteczniejszym środowiskiem na prawicy.
Od lat te trzy frakcje ciągną każda w swoją stronę. Bo niby czemu miałyby nie ciągnąć?
Dziel i rządź
Drugie oczywiste źródło obecnego sporu to sposób zarządzania ugrupowaniem przez Jarosława Kaczyńskiego.
Nie jest żadną tajemnicą, że prezes od zawsze rządzi PiS-em poprzez konflikt. Po roku 2015 dowartościował Morawieckiego, żeby ekipa Beaty Szydło albo ziobryści nie myśleli sobie, że są nie do zastąpienia. Gdy po paru latach urósł Morawiecki, to prezes celowo wypuszczał na niego Sasina czy Kurskiego. Dbał też o to, by premier cały czas czuł, że może zostać wymieniony na kogoś innego. A to Obajtka, czy ostatnio - już w opozycji - na Czarnka.
Z perspektywy Kaczyńskiego takie zarządzanie jest oczywiście uzasadnione, a nawet bardzo skuteczne. W PiS-owskich frakcjach tworzy jednak atmosferę ciągłego podgryzania, rywalizacji oraz nieufności. A to jest idealne wysokokaloryczne paliwo dla eskalacji sporu.
Spór w PiS. Przyczyny numer trzy i cztery
Trzecia przyczyna konfliktu polega na tym, że każdy w PiS-ie wie, że w ciągu kilku lat kwestia realnej sukcesji po Kaczyńskim musi się rozstrzygnąć. Tym razem już na serio. To dlatego dzisiejsze walki frakcyjne nabierają dodatkowego ciężaru. Najpewniej to właśnie dziś PiS-owskie pokolenie 40 i 50-latków dokonuje najważniejszej inwestycji, która ustawi ich kariery do emerytury.
Czwarty powód jest związany z postacią Mateusza Morawieckiego. Do pewnego momentu był on kolejnym "zderzakiem" Kaczyńskiego wyniesionym wysoko wolą prezesa - po to, by wykonać przewidziane dla niego zadanie. W przeciwieństwie do poprzedników on jednak zdecydował się walczyć dalej. Nawet po tym, gdy Nowogrodzka podjęła decyzję o przesunięciu go na ławkę rezerwowych. Morawiecki nie chciał być kozłem ofiarnym na ołtarzu ewentualnego pojednania Konfederacją (Konfederacjami) po nadchodzących wyborach. Postawił się, odmawiając rezygnacji z budowy swojego politycznego środowiska. I to dolało oliwy do ognia.
Bo tego w PiS dotąd nie było. Morawiecki nie osunął się w śmieszność jak Marcinkiewicz. Ani w polityczną samotność jak Andrzej Duda. Nie uprawia teatrzyku "jajakobyły" w stylu świętej pamięci Ludwika Dorna chodzącego pod koniec życia po liberalnych salonach celem uzyskania absolucji z grzechu bycia "trzecim bliźniakiem". Ani nie dał się uciszyć względnie ciepłą posadką w europarlamencie jak Beata Szydło.
Pytać o zdanie przyszłych koalicjantów? Tuskowi nawet by to nie przyszło do głowy
Morawiecki jest inny także dlatego, że przez lata swojego premierowania zgromadził w ręku naprawdę dobre karty. Stworzył opowieść o Morawieckim, który umożliwił PiS-owi fundamentalną zmianę priorytetów rządzenia. Z ugrupowania skupionego na rozliczeniach przeszłością (długi cień PRL) uczynił siłę polityczną skoncentrowaną na praktycznej teraźniejszości (500+, płaca minimalna, 13. i 14. emerytura). A może jeszcze bardziej wychyloną w przyszłość, czyli ambitne projekty rozwojowe i strategiczne.
Do tego dodał Morawiecki cechy potrzebne do sukcesu w każdej innej karierze: wytrwałą determinację, dobrą organizację, umiejętność delegowania zadań oraz gromadzenia wokół siebie ludzi. A to też są rzeczy ważne, którymi wielu jego potencjalnych rywali nie do końca może się pochwalić. Wszystko to sprawiało, że Morawiecki był w minionych latach wielkim zasobem PiS-u. I nadal czyni go kluczowym pretendentem do przywództwa w całym obozie prawicy w przyszłości.
Nawet argument, że jest niestrawny dla Konfederacji, też w zasadzie też działa na jego korzyść. Bo czy PiS, będąc największą siłą po stronie opozycji, musi się koniecznie oglądać na zdanie tych mniejszych partnerów do zawarcia przyszłej koalicji? Nie szukając daleko, taki Donald Tusk postępuje przecież od trzech lat dokładnie odwrotnie. Nigdy nie przyszło mu nawet do głowy pytać Hołowni, Kosiniaka albo Czarzastego, czy on, Tusk im się podoba czy też nie. Wychodzi po prostu z założenia, że to nie ogon jest od machania psem. I co? I ogon się podporządkowuje, a rząd Tuska trwa w najlepsze.
Fundamentalny test dla PiS
Dorobek Morawieckiego pokazuje umiejętność łączenia realnych sprzeczności. Starej patriotycznej prawicowości z nowymi trendami socjalnego populizmu oraz konserwatyzmu ze ssaniem na wielkie projekty modernizacyjne. W obozie PiS żadne inne środowisko nie daje takiej gwarancji. Suwpolizacja PiS-u grozi odrzuceniem projektu przez bardziej umiarkowaną część społeczeństwa. Pełne zwycięstwo maślarzy to ucieczka w nierealistyczną fantazję, że Kaczyński będzie żył wiecznie.
Dlatego właśnie przypadek Morawieckiego jest dziś dla PiS-u tak fundamentalnym testem. Jeśli partia go obleje, to utraci ogromną część swojego dzisiejszego potencjału. A bez umiejętnego wykorzystania maksimum swojej pełnej siły władzy w Polsce opozycja na pewno nie odzyska.
Rafał Woś
















