To lewica jest dziś przeciw równości i demokracji
Zachodnia lewica ma dziś to, na co bardzo dzielnie przez ostatnie dekady pracowała. Stała się politycznym reprezentantem interesu mniejszości radykalnych i przekonanych o swojej absolutnej słuszności mniejszości. I to właśnie czyni lewicę dziś tak bardzo niebezpieczną dla demokracji.

Spójrzmy na Wielką Brytanię. Spójrzmy, bo widać tam coś więcej niż tylko niepotrzebną śmierć 18-letniego Henry'ego Nowaka z Southampton podczas policyjnej interwencji.
Zauważmy, że Nowak zginął nie dlatego, że zawiodły procedury, w działania policji wkradł się błąd ludzki, a karetka nie dojechała. Nic z tych rzeczy. Nowak umarł właśnie dlatego, że system zadziałał. Zadziałał zgodnie z zasadą radykalnego systemowego antyrasizmu. Czyli z najważniejszą, najbardziej czytelną i najgorliwiej realizowaną lewicową polityk publicznych ostatnich lat na Zachodzie.
Ów systemowy antyrasizm polega w praktyce na tym, że policja w Wielkiej Brytanii i wielu innych zachodnich krajach w swoich codziennych interwencjach działać wedle prostej i czytelnej zasady. Być zawsze po stronie etnicznych mniejszości. I tak właśnie się policja w Southampton zachowała. Co widać doskonale na nagraniu z policyjnych kamerek.
Southampton i lekcja dla Europy
Policjanci widzą na miejscu dwóch mężczyzn: sikha i białego. Zgodnie z zasadą antyrasizmu sikh zostaje uznany za ofiarę, a biały za napastnika. Pomoc zostaje udzielona w pierwszej kolejności sikhowi. Biały zostaje zakuty w kajdanki i umiera wykrwawiwszy się na śmierć.
Trudno by było o lepszy przykład tego, jak zaszczepiony odgórnie systemowy antyrasizm prowadzi wprost do dyskryminacji białej większości. Antyrasizm urodził rasizm. Oraz to, co lider brytyjskiej Partii Reform Nigel Farage nazwał "systemem prawnym dwóch prędkości". Inny (gorszy) system dla większości. A inny (lepszy) dla mniejszości. Akurat zdarzyło się to Southampton. Ale równie dobrze może się wydarzyć w każdym innym kraju. Bo to jest nieuchronna logika takich polityk.
Lewicowy rząd Keira Starmera próbuje tej filozofii bezpieczeństwa bronić. Ale nie zdoła tego zrobić. I to na żadnym poziomie. Ani merytorycznym, ani moralnym. Przegra też na najważniejszym z pól. Czyli w sporze demokratycznym.
Na tym ostatnim polu polityki antyrasizmu nie da się obronić przede wszystkim dlatego, że antyrasizm jest polityką obłaskawiania mniejszości. Z jednej strony oczywiście mniejszości etnicznych, w których obronie chce występować. Z drugiej mniejszości statusu społecznego, które polityk antyrasistowskich potrzebują, by napawać się swoją moralną wyższością protektora mniejszości etnicznych. Sęk w tym, że jedni i drudzy również wspólnie stanowią… mniejszość.
Owszem, jest to mniejszość wpływowa, zamożna, dobrze usytuowana w sferze mediów, kultury i sztuki. Ale w swojej progresywnej agendzie kompletnie oderwana od reszty społeczeństwa.
Bunt większości
Dopóki te elity statusu, kultury i mediów potrafiły jakoś powściągnąć swój radykalizm i moralizatorskie apetyty dopóty ich władzę dało się jakoś obronić. W ostatnich latach puściły im jednak wszelkie hamulce. Radykalnemu zaostrzeniu uległa ich agenda na bardzo wielu polach - od opisanego tu antyrasizmu, przez skrajnie ofensywne podejście w kwestiach genderowych, po radykalny klimatyzm. To obudziło opór uśpionej i zniechęconej większości. Progresywna rewolucja urodziła konserwatywną kontrrewolucję.
Szarżująca w awangardzie postępu na wszystkich tych polach (antyrasizm, genderyzm, klimatyzm) lewica zachodnia podpisała na siebie wyrok. Efektem była antagonizacja ogromnej części społeczeństwa. W odpowiedzi lewica wszystkich swoich krytyków zaczęła nazywać "faszystami". Jak na tym słynnym memie, gdzie człowiek stojący dokładnie w tym samym środku mapy politycznych preferencji w miarę upływu dekad z "centrolewicowca" przeistacza się w "skrajną prawicę". Choć przecież nie przesunął się ani o milimetr.
W USA lewica już przegrała. Sama swoim własnym radykalizmem i moralizatorstwem zapewniła Donaldowi Trumpowi i ruchowi MAGA trwałą większość. Coś bardzo podobnego dojrzewa teraz w Wielkiej Brytanii. A na kontynencie we Francji i w Niemczech. Gdy padną oba te bastiony, padnie również i Komisja Europejska. To spowoduje wycofanie wsparcia instytucjonalnego na którym wisi władza lewicy i liberałów w Europie Środkowo-Wschodniej.
Niebezpieczna pokusa cenzury
Najsmutniejsze jest jednak to, że lewica na Zachodzie i w USA o tym wie. I to czyni ją tak bardzo niebezpieczną. Niebezpieczną dla demokracji. Oni zdają sobie sprawę, że ich polityka nie jest większościowa. A ludzie nie chcą ani masowej migracji, ani zeroemisyjności bez względu na koszty, ani kompletnego rozwichrowania podziału na dwie płcie, czyli mężczyzn i kobiety.
Progresywiści nie zamierzają jednak naginać jej do potrzeb większości. To stępiłoby moralizatorski charakter progresywizmu, który daje im największą satysfakcję. Nigdy więc z tego radykalizmu nie zrezygnują.
Prędzej podejmą próbę zmiany reguł gry. W końcu władza w wielu miejscach ciągle jest w ich rękach. Władza polityczna i symboliczna. Jedna z drugą pod rękę będą więc próbowały wyciszać te miejsca w przestrzeni medialnej, gdzie nie sięga ich cenzorska władza. Już próbują, forsując obłudne krucjaty przeciwko "mowie nienawiści". Będą próbowali tworzyć wrażenie, że chcą nas zjeść potwory (sztuczna inteligencja, globalne ocieplenie, technofaszyzm, populizm), z którymi tylko pod ich kierunkiem możemy wygrać. I to też już robią.
Obym się mylił. Oby to wszystko nie układało się w ten smutny i niepokojący obrazek. Ale cóż pocznę, że tak się właśnie układa.
Rafał Woś
















