To bzdura, że Brytyjczycy stracili na brexicie
Słychać czasem, że Brytyjczycy strasznie cierpią z powodu brexitu i że najchętniej by do unijnego raju utraconego powrócili. Tylko że to jest... kłamstwo. Ulepione z myślenia życzeniowego i nielichego kręcenia danymi. Nie wierzycie? To przeczytajcie.

Odkąd dekadę temu Wielka Brytania zagłosowała za brexitem, Europa jest na nią ciężko obrażona. Jak mąż na żonę, co ośmieliła się złożyć pozew o rozwód, a potem go - o zgrozo - mimo wszystko przeprowadzić. A wszystko to w akompaniamencie wyrzutów, że "jeszcze tego pożałuje" i "będzie błagać kolejną szansę". Absolutna klasyka nieaksamitnych rozstań.
Czy Brytyjczycy faktycznie żałują tamtej decyzji? Zależy oczywiście, gdzie ucho przyłożyć. Nie jest przecież tajemnicą, że rozpoczęty referendum z czerwca 2016 roku, a sfinalizowany w styczniu 2020 roku proces brexitu, był na wyspach kwestią w dużej mierze klasową.
Lud za brexitem, elity przeciw
Linie podziału były i są nadal czytelne. Kosmopolityczne elity pieniądza, mediów, nauki i kultury były zdecydowanie przeciw opuszczaniu Unii. Lud pracujący i drobna przedsiębiorczość zagłosowała za. Widać to bardzo dobrze w wynikach plebiscytu sprzed dekady, gdy w najbardziej posh dzielnicach turbozamożnego północnego Londynu głosy przeciwników i zwolenników brexitu układały się jak 70 do 30.
Odwrotnie było zaś w takich miejscach jak postprzemysłowe Blackpool czy Wolverhampton, gdzie w ostatnich 30 latach wygaszono całą tradycyjną wytwórczość stoczniową, węglową i stalową. Tam 70 proc. populacji było za wyjściem z UE.
Tamten podział sympatii jest fundamentalnie ważny także dla dzisiejszej oceny skutków brexitu. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że medialno-fachową narrację na ten temat tworzy establishment nauki i mediów. Czyli dokładnie ci, którzy w brexicie widzieli (i widzą nadal) wielką tragedię.
Ktoś powie, że ich nastawienie nie ma żadnego znaczenia, bo liczą się tzw. twarde dane. A nie to, kto je zbiera, interpretuje i podaje dalej. Jeśli wierzycie, że tak właśnie jest, to przeczytacie koniecznie ten tekst do końca. Bo właśnie na przykładzie brexitu można świetnie pokazać, że jest to założenie kompletnie niesłuszne. A w konsekwencji prowadzące do kompletnie fałszywych wniosków.
Ulubionym "ekonomicznym" argumentem zwolenników tezy o złym brexicie, który zubożył Brytyjczyków, jest teza o 6-8 proc. Rzekomo o tyle jest dziś niższy brytyjski PKB per capita właśnie z powodu wyjścia Brytanii z Unii Europejskiej. Gdyby nie opuszczenie UE, bylibyśmy o 6-8 proc. bogatsi - powiadają krytycy brexitu.
Skąd takie wyniki?
Te "6-8 procent" pochodzą z opublikowanej w ubiegłym roku pracy ekonomistów Nicholasa Blooma, Philipa Bunna, Paula Minzena (i innych). Praca jest oczywiście bardzo chętnie cytowana przez polityków oraz media nie tylko w Wielkiej Brytanii. Ale także w Europie, której liberalny establishment - jak wspomniałem - bardzo chce, by podła brytyjska żona pożałowała rozwodu i prosiła na kolanach o ponowne wpuszczenie do domu.
Problem z tymi 6-8 proc. jest jednak duży. To, co z daleka udaje solidne dane, przy bliższym spojrzeniu okazuje się mieszanką myślenia życzeniowego i klasycznego kręcenia danymi tak, by wyszło to, co wyjść powinno. Zarzuty te podsumował niedawno angielski ekonomista Julian Jessop. Przytoczmy je.
Aby zrozumieć sedno sporu, pamiętać musimy, skąd się to 6-8 proc. w ogóle wzięło. Jest to bowiem klasyczne liczenie tego, "co by było gdyby". I stawianie wobec tego, co faktycznie jest.
Wyliczenie, co by było z brytyjską gospodarką, gdyby nie brexit, wymaga więc przeprowadzenia tzw. analizy kontrfaktycznej. Za tym trudnym słowem kryje się dobór próbki porównawczej. To znaczy państw podobnych do naszego pacjenta. Sprawdzamy więc, jak oni sobie radzili w interesującym nas okresie i porównujemy ich z Brytyjczykami.
Proste? Niby tak. Nie trzeba być jednak Einsteinem ani Leibnitzem, by wyłapać, jak ważna jest w tym wypadku próba krajów, z którymi porównujemy naszego pacjenta. Starczy do niej wstawić kogoś, kto w tym okresie rozwijał się duuuużo lepiej, i już nasz patent wychodzi na tym tle na totalnego niezgułę.
W czym więc problem?
W badaniu od tych "6-8 proc." właśnie coś takiego się wydarzyło. Niby Wielka Brytania zestawiona jest tutaj z 30 gospodarkami rozwiniętymi. Ale w praktyce badanie zostało oparte o porównanie z krajami, które z UK porównać trudno albo wręcz nie sposób. Chodzi głównie o Stany Zjednoczone. A także Irlandię. Oraz Hiszpanię, Grecję i Portugalię.
Ameryka jest tegoż badania największym problemem. A to dlatego, że USA rozwijały się w ostatnich 10-15 latach znacznie szybciej niż Europa. Inaczej, szybciej i lepiej wyszli najpierw z kryzysu 2008 roku, a potem dużo mniej uderzył w nich kryzys energetyczny związany z wojną na Ukrainie (kłania się amerykańska suwerenność energetyczna, której Europa nie posiada).
Do tego jeszcze boom w branży AI, którego Ameryka jest matecznikiem. W efekcie Stany mają dziś poziom PKB per capita o jakieś 20 proc. większy niż w roku 2016. Europa jest w tej konkurencji mniej więcej trzy razy słabsza.
Jaka Europa? - zapytacie. I będzie to pytanie doskonałe. Są bowiem w Europie kraje, które w minionej dekadzie rozwijały się lepiej niż reszta. Takim krajem jest na przykład Irlandia. Ona ma poziomy wzrostu na poziomie amerykańskim, ale jest to przypadek specyficzny, bo pompowany przepływami zarejestrowanych na zielonej wyspie koncernów globalnych.
Albo kraje takie jak Hiszpania, Portugalia czy Grecja. One mają za sobą całkiem niezłą dekadę, ale wynikającą nie tyle z ich siły, co ze strasznego spadku, który zaliczyli w czasie kryzysu zadłużeniowego w strefie euro. Czynienie z nich grupy porównawczej dla kogokolwiek też ma więc swoje poważne ograniczenia.
Londyn, Paryż, Berlin
Aby mieć prawdziwy obraz, dużo lepiej byłoby porównać Wielką Brytanię z krajami faktycznie z tej samej ligi, co ona. To znaczy z Niemcami i Francją, które mają podobną wielkość i podobny potencjał gospodarczy oraz polityczny. Jeśli tak zrobimy, to nagle widać, że te "6-8 proc." kosztu brexitu nagle znika.
Nie ma go. Rozpływa się w powietrzu. Widać wtedy, że Brytania rozwija się w omawianym okresie bardzo podobnie co Paryż i Berlin. Biorąc za punkt wyjścia rok 2016, to będzie plus 5 procent PKB. Czyli trochę szybciej od Niemiec (plus 3 proc.) I trochę wolniej od Francji (plus 7 proc).
Widząc te dane, wpływowy komentator ekonomiczny Wolfgang Munchau napisał, że brexit był makroekonomiczne wydarzeniem… bez znaczenia. I ja się z nim zgadzam.
Oczywiście postbrexitowa Wielka Brytania ma swoje problemy. Największym jest dziś coraz bardziej niestabilna scena polityczna. I to pomimo istniejącego tam tradycyjnie systemu większościowego. W siłę rosną ugrupowania antyestablishmentowe: Partia Reform wielkiego zwolennika brexitu Nigela Farage a z drugiej strony Zieloni pompujący dokładnie odwrotną turbopostępową agendę. Laburzyści i torysi nikną w oczach.
Jednak fakty ekonomiczne nie dają prawa do mówienia, że brexit przyniósł porażkę. Jest po prostu inaczej. Bo jest życie poza Unią Europejską.
A czego nie ma? Nie ma żadnych - powtórzmy! - ŻADNYCH dowodów na to, że Brytyjczycy na wyjściu z Unii Europejskiej zbiednieli jako społeczeństwo. Ani żadnych planów skruszonej brytyjskiej jawnogrzesznicy (celowo używam eufemizmu), która już zrozumiała swój błąd i teraz bardzo chciałaby wrócić, przepraszając nas wszystkich za swoje haniebne zachowanie.
Rafał Woś












![Mam pytanie do Krzysztofa Stanowskiego: Serio? [OPINIA]](https://i.iplsc.com/000MWUDP7AXR4A2I-C401.webp)


