Tego chcieliście? Taka Polska wam się marzyła?
Psychologicznie dobrze rozumiem zwolenników "Polski uśmiechniętej". Potrafię sobie też wyobrazić wiele uzasadnień oraz racjonalizacji, które stosują. Ale warto w takich momentach zadawać sobie pytanie: "czy to jest normalne"?

"Demokracja walcząca" uderza już nie tylko w polityków opozycyjnych. Ale także w ludzi, którzy - jak dziennikarz Leszek Kraskowski czy ordynator Emil Jędrzejewski - z różnych przyczyn stanęli na drodze władzy, która po wygranych wyborach dała sobie pełne przyzwolenie na stosowanie prawa "tak, jak my je rozumiemy".
Różnica jest tylko, że do tej pory było to dla większości zwykłych ludzi czymś odległym i abstrakcyjnym. Tzw. normalsi mogli te Tuskowe zapowiedzi traktować jako rytualną część tego samego politycznego spektaklu, w którym jedni politycy oskarżają drugich o wszystko co najgorsze. A potem dostają na zasadzie wzajemności to samo. Tylko z nawiązką.
Ludzie patrzyli więc jak ciele na malowane wrota na zdejmowanie immunitetów posłom opozycji albo niekończące się spory o to, kto właściwie jest prokuratorem generalnym. Albo czy neosędzia jest sędzią czy raczej uzurpatorem. I myśleli sobie, że jedni w sumie drugich warci. No, ale przecież to nigdy nie zejdzie niżej.
Ale to schodzi niżej.
Bo ani dziennikarz Kraskowski, ani ordynator Jędrzejewski nie są i nie byli politykami. Nie zamierzam wystawiać im tutaj świadectwa moralności lub jej braku. Bo to nie ma tutaj znaczenia. Chodzi o to, że oni są obywatelami. Takimi jak wszyscy.
Tyle że akurat z racji wykonywanych obowiązków zawodowych stali się zawadą dla władzy, która dała sobie po wyborach przyzwolenie na uprawianie "demokracji walczącej". I dziś mają z tego powodu kłopoty. Poważne kłopoty. I będą te kłopoty mieli dalej. Bo władza puściła w obieg potężną machinę, która ma odebrać im wiarygodność.
Z tego powodu pół Polski chce dziś wierzyć, że dziennikarz Kraskowski to obrzydliwy i niegodny zaufania przemocowiec, którego ustaleniom śledczym pod żadnym pozorem nie można ufać. A doktor Jędrzejewski odmówił odpowiedzi na pytania prokuratora, co jest najlepszym dowodem na to, że cała afera ze Szpitalem Południowym jest wyssana z brudnego palucha.
Powiem szczerze, psychologicznie dobrze rozumiem zwolenników "Polski uśmiechniętej", którzy w takie nawijki wierzą. Potrafię sobie też wyobrazić wiele uzasadnień oraz racjonalizacji, które stosują.
"No może i nasi nie są idealni, ale przecież tamci byli o wiele gorsi". "My w przeciwieństwie do tamtych mamy to pod kontrolą i umiemy się oczyścić". "Problem jest systemowy". "Któż by nie wykorzystał znajomości, żeby ratować zdrowie u lekarza?". "Nie wolno wylewać dziecka z kąpielą i z powodu jakiegoś Kacprzyka godzić się na powrót do władzy PiS-owców". Słyszałem już to wszystko wiele razy. I wy pewnie też.
Nowa normalność
Warto w takich momentach zadawać sobie pytanie "czy to jest normalne"?
Czy to jest normalne, że SOR-em w Szpitalu Południowym w Warszawie kierował bardzo młody i astronomicznie zarabiający lekarz bez specjalizacji, ale z legitymacją partii rządzącej Polską?
Czy to jest normalne, że na tym SOR przyjmowani byli poza kolejnością działacze partii rządzącej?
Czy to jest normalne, że władze Warszawy - rządzącej przez tę samą partię - nie reagowały na monity władz szpitala w tej sprawie?
Czy to jest normalne, że gdy ordynator poszedł z tematem do mediów (i stał się tym samym sygnalistą), to aparat państwa zaczął regularną akcję dyskredytacji i zastraszania sygnalisty?
Czy to jest normalne, że sygnaliście zadano w prokuraturze kilkadziesiąt pytań mimo jego wielokrotnych próśb o ustanowienie pełnomocnika?
Czy to jest normalne, że natychmiast po tym przesłuchaniu domowa odpowiedzi na pytania przez sygnalistę została przedstawiona przez prokuraturę jako dowód, że ma coś do ukrycia?
Czy to jest normalne, że wątpliwości co do wiarygodności sygnalisty wyraził wprost sam premier Donald Tusk?
Czy to jest normalne, że bliscy współpracownicy polskiego premiera zaczęli publicznie straszyć sygnalistę sugerując, że gorzko pożałuje swoich słów?
Czy to jest normalne, że w tym samym czasie prokuratura nie zainteresowała się bliżej owym młodym lekarzem bez specjalizacji od którego rządów na SORze w Szpitalu Południowym wszystko się zaczęło?
Sprawa Leszka Kraskowskiego
A przecież to tylko zdarzenia z kilku ostatnich dni. Nie tak dawno temu mieliśmy w zasadzie ten sam schemat. Oto dziennikarz śledczy Leszek Kraskowski, który jest autorem materiałów naświetlających udział ważnego polityka partii rządzącej Polską w bardzo poważnej aferze gospodarczej został aresztowany na trzy miesiące zarzutami gróźb karalnych wobec policjantów.
Zarzuty są wątpliwe, a dolegliwość środka zapobiegawczego niewspółmierna do czynu. W międzyczasie mieszkanie dziennikarza zostało przeszukane bez obecności świadków, a nawet bez nagrania z policyjnej kamerki (bo tych podobno na komisariacie akurat było brak).
Gdy podniosło się oburzenie opinii publicznej, że to jednak dość kontrowersyjna sprawa, to natychmiast zaczęła się akcja przekierowania uwagi. Pojawiła się historia żony dziennikarza, która oskarżyła go o złe traktowanie. Nie wiem, czy słusznie, czy nie słusznie.
Sprawa nie miała jednak nic wspólnego ani z dziennikarskimi śledztwami na temat Giertycha. Ani nie czyniła śmierdzących na kilometr okoliczności aresztowania Kraskowskiego pachnącymi jak kwitnące fiołki. Na dodatek Kraskowski odnieść się do zarzutów nie mógł, bo siedzi w ciupie.
Czy to też jest normalne?
Może powiecie, że to jest normalne. Albo nieważne. Ale warto się wtedy zastanowić nad konsekwencjami.
Jaki jest sygnał wysyłany tutaj do reszty społeczeństwa? Czy miażdżąc dziennikarza i lekarza sygnalistę, którzy sypnęli piach w tryby machiny nie mamy tutaj wyraźnego ultimatum, że może być miło, ale może być też bardzo bardzo niemiło?
Tego chcieliście? Taka Polska wam się marzyła? To maja być te słynne rządy "strony demokratycznej"?
Rafał Woś
















