Szturm populizmu
Kaczyński nie wskazał Morawieckiego. I to jest wiadomość dnia, a nie to, że postawił na Czarnka, partyjnego wroga byłego premiera. Prezes PiS chce ratować partię, wyruszając po elektorat Konfederacji i Brauna. Ale to oznacza, że odcina się od partyjnych centrystów, a nawet od prezydenta Nawrockiego, który chciał pod wspólnym parasolem zmieścić całą prawicę, a nie tylko jej radykalne odłamy.

Sensacją nie jest to, że kandydatem Jarosława Kaczyńskiego na kampanijnego premiera został Przemysław Czarnek, ale to, że nie został nim Mateusz Morawiecki. Oznacza to, że wojna w Prawie i Sprawiedliwości wchodzi w ostrą fazę, a prawdziwe kłopoty wewnętrzne tej partii dopiero się zaczynają. I choć prezes PiS postawił na jedność, nawet wymieniał w swoim przemówieniu Morawieckiego jako jednego z twórców programu PiS, to był to tylko teatrzyk dla naiwnych.
Czarnek różni się od Morawieckiego wszystkim. Nie ma doświadczenia politycznego byłego premiera, podobnego obycia międzynarodowego i poparcia w umiarkowanym elektoracie prawicowym.
Czarnek bez hamulców
Ale ma - podobnie jak były premier - nieposkromioną ambicję i pewną samodzielność, choć nie otacza go sztab wiernych towarzyszy, którzy gotowi są do ciężkiej pracy. W płomiennym wystąpieniu wezwał PiS do "szturmu", ale jest to szturm krzykliwego populizmu i antyzachodniej wrogości.
Czarnek, polityk biegunowo odległy od Morawieckiego, posiada ważne zalety z punktu widzenia przyszłości prawicowej partii stawiającej na populistyczny ton. Jest w stanie zapełnić zwolennikami - "zwykłymi Polakami" - salę w każdym polskim powiece, potrafi zagrać i "swojskiego inteligenta" (jest doktorem habilitowanym nauk prawnych, profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego), i trybuna ludowego, i alt-rightowego antyeuropejskiego lidera, który stawia na wojny kulturowe i się w nich nie hamuje. Wszystkie te cechy pokazał w swoim wystąpieniu w Krakowie.
Ale przede wszystkim ma papiery na to, by konkurować z Konfederacją na populizm i radykalizm. W debatach telewizyjnych przy użyciu bezceremonialnej bezczelności radzi sobie z największymi wyjadaczami politycznymi przeciwnej strony. W tym także różni się od Morawieckiego, który woli merytoryczne debaty, niż starcia bezpośrednie, bo w nich staje się emocjonalny i zbyt łatwo osuwa się w kłótliwość.
Gdyby Kaczyński postawił na Morawieckiego, wpisywałoby się to w logikę politycznej sukcesji i potrzebę chwili, by szukać innej ścieżki, niż walka o młodych prawicowych radykałów, którzy wolą tiktokową politykę Sławomira Mentzena i "młody patriotyzm" Krzysztofa Bosaka. Dawałoby to szanse na to, by partia złapała centrowy wiatr w żagle, a dziś można sobie wyobrazić, że koalicja z Braunem przestaje być wykluczona. Antyeuropejskość i nacjonalizm to silne spoiwa prawicowych radykalizmów.
Prezes bez litości
Sondaże dla PiS są słabe z punktu widzenia aspiracji, a największym kłopotem jest przemeblowanie prawicowej sceny politycznej, na której pojawiły się dwie Konfederacje, których elektorat ma zupełnie inną strukturę. Decyzja Kaczyńskiego jest próbą ucieczki do przodu, bo nie ma żadnej pewności, że Czarnek jako kandydat dotrwa do wyborów za półtora roku, a nawet jeśli dotrwa, to po wyborach zacznie się zupełnie nowa gra, w której będą się liczyć kalkulacje, a nie deklaracje czy obietnice.
O sile lojalności politycznej Kaczyńskiego przekonali się już tacy - podobnie jak Czarnek rozpoznawalni - politycy, jak Piotr Gliński i Beata Szydło. Ten pierwszy, zwany "premierem z tabletu" (prezes PiS puszczał jego wystąpienie w Sejmie właśnie z tego urządzenia), był kandydatem na premiera technicznego w czasach koalicji PO-PSL, a potem został "zaledwie" ministrem kultury.
A bardzo popularna w elektoracie PiS pani Szydło przekonywała, że z Kaczyńskim "jesteśmy umówieni do końca kadencji", a po dwóch latach bez żadnych sentymentów została zastąpiona Morawieckim i finalnie wylądowała w Parlamencie Europejskim z niemal zerową siłą polityczną w partii.
Kaczyński w polityce nie zna litości i jeśli będzie trzeba, to dzisiejszego kandydata wymieni na innego albo zapomni o nim bez żalu, zwłaszcza że Czarnek nie ma swojej osobnej frakcji w partii, choć ma wsparcie licznych przeciwników Morawieckiego.
Morawiecki w drodze na swoje?
Kaczyński zrozumiał, że polityk nieznany, na przykład samorządowiec, może się sprawdzić tylko w wyborach prezydenckich, kiedy cała partia pracuje na jedno nazwisko. PiS jest dziś targane konfliktami, ale Czarnek nie przekieruje uwagi z walki frakcji na "nowe otwarcie", ponieważ nie da się na dłuższą metę pogodzić alt-rightowego radykalizmu w stylu trumpowskim z technokratycznym konserwatywnym centryzmem. Dodatkowo cichy proces sukcesyjny w PiS już trwa, więc Czarnek mógłby tu odegrać pewną rolę, bo nie jest w polityce gołowąsem czy żółtodziobem.
Dziś Kaczyński szuka sposobu na zmierzch, jaki dopadł jego partię, mając świadomość, że Morawiecki nie słucha już partyjnych nakazów i gra w swoją grę. W powietrzu wisi rozłam, a były pisowski premier nie próbował jeszcze swoich sił jako lider własnej formacji, do założenia której ma papiery. A teraz dostał nowy impuls. Być może czeka już tylko ma odpowiedni moment. O ile starczy mu odwagi i determinacji.
Przemysław Szubartowicz















