Szok! Dziennikarka "Wyborczej" przestrzega przed błędami UE i polskich liberałów
Artykuł Dominiki Wielowieyskiej w "Gazecie Wyborczej" dobrze rozpoznaje zagrożenia. Narzucanie Polsce zbyt wielu rozwiązań przez Brukselę sprzyja wzmacnianiu skrajnej prawicy. Tylko nie bardzo wiem, co autorka proponuje.

Dosłownie w tym samym momencie, w roku 1991, zaczęliśmy pracę sejmowych reporterów: ja w "Życiu Warszawy", ona w "Wyborczej". Często słyszałem głosy, że Wielowieyska, córka katolickiego działacza, ale też posła Unii Demokratycznej, jest jedną z mniej typowych dziennikarek tamtego tytułu.
Trochę w to powątpiewam, zwłaszcza od kiedy w pewnym tekście wyraziła przypuszczenie, że służby Łukaszenki po to atakują polsko-białoruską granicę aby pomóc PiS-owi wygrać wybory. Ale tym razem mnie zaskoczyła pisząc w sposób odległy od kanonicznego tonu jej środowiska. Tytuł: "U liberałów i lewicy panuje samozadowolenie".
Unia zbyt się rozpycha?
Jak zaczyna? "Wśród rządzących panuje radość z odpływu wyborców z PiS do Korony, na lewicy widać chęć, by Unia sama wprowadziła u nas liberalne prawo. To bardzo krótkowzroczne kalkulacje. Aby opanować antyunijne nastroje w Europie, nie wystarczy opowiadać, że wspomniani politycy to agenci Putina albo że to pożyteczni idioci na mimowolnych usługach Kremla".
Dalej komentatorka wyraża niepokój o los Unii Europejskiej, która może się rozpaść. Życzy jej tego już 25 procent Polaków, a przecież euroentuzjazm był u nas prawie powszechny.
I wprawdzie zaraz autorka wyśmiewa opinię PiS, jakoby "Polska wstępowała do innej Unii Europejskiej i że ten związek państw ewoluował w zbyt centralistycznym kierunku". Dowodem ma być fakt, że już 25 lat temu Unia karała Austrię za dopuszczenie do współrządzenia nacjonalisty Jörga Haidera.
Ale przecież formułka o "innej Unii" dotyczyła zapowiedzi, że nie będzie się ona wtrącała w nasze sprawy wewnętrzne, zwłaszcza światopoglądowo-cywilizacyjne. Autorka sama, przywołując spór o orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej dotyczące jednopłciowych małżeństw, cytuje wypowiedź Krzysztofa Bosaka, który te zapowiedzi przypomniał.
A zarazem niektóre jej opinie brzmią na tle dominującej mantry jej obozu rewolucyjnie. Po przypomnieniu, że Polacy "mają zakodowany w genach silny lęk przed utratą niepodległości i niezależności", czytamy u niej: "Ale nie można lekceważyć problemu suwerenności i poczucia całkiem licznych obywateli, że coraz więcej kompetencji oddajemy wspólnocie".
Potem padają kluczowe zdania: "Dziś jednak trzeba sobie zadać pytanie, czy Unia Europejska nie powinna się zatrzymać, jeśli chodzi o integrację prawną, ponieważ rozbudowanie legislacji, która musi być przyjęta przez państwa członkowskie, wywołuje coraz większą irytację w społeczeństwie, zresztą nie tylko polskim, i buduje u części Polaków wrażenie, że sami już o niczym nie decydujemy".
Tusk jako eurosceptyk
Ogólnym, dość radykalnym konkluzjom towarzyszy niestety minimalizm konkretów. Komentatorka nie wychodzi na ogół poza agendę obecnie rządzących. Chwali ministra Waldemara Żurka za to, że chce załatwić sprawę "neosędziów" polską ustawą. Chwali Donalda Tuska, że nie chce bezpośredniego aplikowania werdyktu TSUE w sprawie małżeństw jednopłciowych, bo przecież o tym też powinien decydować ustawą polski parlament.
W stosunku do wyzwań związanych z masową migracją przypomina, że Pakt Migracyjny został przyjęty aby ją ograniczyć. Gani nie tyle rządzących, ile organizacje praw człowieka, że są przeciwne wszelkim restrykcjom.
Podobnie co do polityki klimatycznej, raduje się, że Unia zmieniła zdanie w sprawie zakazu spalinowych aut po roku 2035, więc eurokraci "nie są całkiem odklejeni". Ale też powtarza swoją podstawową nadzieję. "Tu akurat Tusk wykazuje się przytomnością i od kilku miesięcy namawia instytucje unijne, by złagodziły kurs klimatyczny, szczególnie że w naszym sąsiedztwie toczy się wojna".
Jej generalny wniosek brzmi przytomnie: "Lewica przeforsowała swoją agendę w zjednoczonej Europie już w bardzo dużej części, więc dziś musi wziąć pod uwagę, że zbytnie przegięcie ideowe, przyciskanie pedału gazu i nieliczenie się z emocjami konserwatywnej części Europy może prowadzić do rozbicia Unii Europejskiej". Zarazem pokładanie nadziei a to w niecałkowitym "odklejeniu eurokratów", a to w monitach Tuska, pobrzmiewa naiwnością.
Zielony Ład jest co do zasady nadal realizowany, perswazje Tuska mają znaczenie bardzo ograniczone. A jego obecna wersja naprawdę grozi kontynentowi ekonomiczną zapaścią. W amerykańskiej Narodowej Strategii Bezpieczeństwa przypomina się prawie triumfalnie, że udział Europy w globalnym PKB spadł już teraz z 25 procent w roku 1990 do 14 procent dziś.
Prawda, polskiemu premierowi udało się załatwić odłożenie implementacji w Polsce Paktu Migracyjnego, ale tylko o rok. Obecnie rządzący Polską nie mają klarownego programu w kwestiach związanych z polityką Unii. Preferują kuglarskie sztuczki, uniki, często związane z kolejnymi cyklami wyborczymi. Mam wrażenie, że Tusk sam nie ma pojęcia, w jakim kierunku zmierzają ci, co naprawdę w Unii o czymkolwiek decydują.
Co z polską konstytucją?
Najważniejszym moim zastrzeżeniem wobec tekstu jest niemal całkowite pominięcie oceny zmian ustrojowych w Unii. Owszem, pojawia się sugestia, że eurokraci chcą zagarnąć za dużo władzy. Ale co z tych prób jest słuszne, a co już nie - tego nie wyczytamy.
W tekście nie pojawia się najświeższy kłopot Polski w relacjach z Unią: orzeczenie TSUE odmawiające prawomocności naszemu Trybunałowi Konstytucyjnemu. Pewnie artykuł powstał jeszcze przed tym faktem. A to ten werdykt jest najbardziej sugestywnym komentarzem do niepowstrzymanego brukselskiego walca.
TSUE próbuje nam narzucić przy okazji zasadę nadrzędności prawa europejskiego nad polską konstytucją. W kompletnie innych warunkach odmienny od obecnego, liberalno-lewicowy skład TK orzekał, w roku 2005 i w 2010, że to polska konstytucja jest prawem najwyższym dla Polaków.
Prawo europejskie jest nadrzędne wobec polskiego (choć nie wobec samej konstytucji) tylko w kwestiach, które traktaty przyznają Unii. Nie jest taką materią z pewnością wymiar sprawiedliwości czy orzekanie o zgodności polskiego prawa z polską konstytucją. Można kwestionować tryb w jakim w roku 2015 PiS-owski Sejm dokonał podmianek członków Trybunału. Tyle że to nasza wewnętrzna sprawa.
Tymczasem chwalony przez Wielowieyską za pragmatyzm minister Żurek już zapowiada, że polski rząd będzie honorował to orzeczenie. Ale w jaki sposób? Już teraz przecież nie ogłasza werdyktów polskiego Trybunału i nie płaci, co żenujące, jego członkom. Za to usunąć go nie może bez złamania konstytucji.
Co więcej, koalicja właśnie zaczęła się przymierzać do wysłania swoich ludzi do TK. Czyżby miała ich wybierać do nieprawomocnego organu? A może niniejszym otwarto drogę do uśmiercenia polskiego sądu konstytucyjnego, może nawet na zawsze?
TSUE obwinia na dodatek nasz Trybunał o werdykty "niezgodne z europejskimi wartościami". Są nimi zwłaszcza te orzeczenia, które przypominały o nadrzędności polskiej konstytucji. Stosunek do takich sytuacji powinien być testem dla takich opinii jak ta Wielowieyskiej. Zwłaszcza, kiedy niemiecka prasa podkreśla, że w ich państwie konstytucja RFN nadal jest prawem nadrzędnym, bo to "inna sytuacja". Na czym polega ta różnica?
Dominika przestrzega, że wrażenie narzucania Polsce wszelkich rozwiązań przez europejskich "mędrców" sprzyja wzrostowi wpływów już nawet nie PiS, a Konfederacji i zwłaszcza partii Grzegorza Brauna. To słuszna diagnoza.
Ale do czego wzywa? Do jakiegoś pohamowania unijnej centralizacji? Czy tylko do powtarzania propagandowych sztuczek, co stało się specjalnością rządu Tuska. Na ile to reakcja na realne problemy, a na ile doraźny pomysł na powstrzymanie Brauna? Którego i ja chętnie bym powstrzymał.
Mimo wszystko, życzę dobrych szczęśliwych świąt i jej, i wszystkim czytelnikom. Także tym wierzącym, że Unia ma zawsze rację.
Piotr Zaremba
















