Szeptycki powinien odejść z rządu. Ale tropienie Ukraińców nie jest pożądane
Krzyk prawicy: "Ukraińcy są w rządzie" mnie razi. Nacjonalistyczne emocje nie są nam potrzebne. Ale uważam, że wiceminister Andrzej Szeptycki powinien odejść ze stanowiska. A urzędnikami tego rządu, co akurat Szeptyckiego nie dotyczy, powinni być polscy obywatele.

To kolejny mój felieton, który chyba nie zadowoli do końca nikogo. Trudno. Histeria prawicy wymierzona w wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego, ale i histeria, jaką rozpętał Donald Tusk w jego obronie, stały się odrębnym tematem. Choć wywołał je kryzys w relacjach Polski z Ukrainą.
Przypomnę: Andrzej Szeptycki wdał się w radiowe rozważania (w rozmowie z Jackiem Żakowskim) na temat kultu żołnierzy UPA wśród Ukraińców. I zaczął tłumaczyć, że tę formację można porównać do polskich "żołnierzy niezłomnych" (nazywanych też "wyklętymi"), czyli powojennych partyzantów walczących z komunistyczną władzą.
Opozycja zareagowała żądaniami dymisji. A w środę w Sejmie Przemysław Czarnek, kandydat PiS na premiera, krzyczał z sejmowej trybuny, że w rządzie są Ukraińcy, którzy szkalują Polaków.
Tropienie Ukraińców?
Wiceminister Szeptycki z Polski 2050 to dość świeżej daty polityk, politolog, był od dawna wymieniany na rozmaitych czarnych listach prawicy jako eksponent lobby ukraińskiego w rządzie Donalda Tuska.
Skoro tak, jego udział w dyskusji wokół naszego dyplomatycznego, choć i społecznego, sporu z Ukrainą musiał zabrzmieć podwójnie kontrowersyjnie.
Skądinąd za godny krytyki uznali go początkowo także politycy koalicji. Atak Czarnka w naturalny sposób ratuje go przed odejściem z rządu, choć nie jest pewne, czy nie ratowała go już wcześniej sama logika polaryzacji. Gdy jedni atakują, drudzy bronią.
Ratuje go też mowa Tuska. W debacie o wotum nieufności dla szefa MSWiA Marcina Kierwińskiego premier oskarżył prawicę o nacjonalizm, a właściwie rasizm, polegający na tropieniu w rządzie i administracji ludzi obcego pochodzenia.
Mówił o tym więcej niż o zaletach swojego ministra, skądinąd topornego aparatczyka, którego zasług trzeba było szukać ze świecą.
Warto opowiedzieć kilkoma zdaniami o owej ukraińskości Szeptyckiego. Ktoś czytając ataki na niego, może podejrzewać, że to typowy reprezentant mniejszości ukraińskiej w Polsce. Oczywiście nie.
To potomek polskiej arystokratycznej rodziny. Szeptyccy byli galicyjskimi hrabiami, pochodzenia kresowego, więc mogli się w teorii uważać za Rusinów.
Ale stryjeczny pradziadek Andrzeja Stanisław był polskim generałem, przeciwnikiem Piłsudskiego z pozycji prawicowych. Jego rodzony pradziadek Leon to ziemianin i szambelan papieski, zamordowany w roku 1939 przez NKWD.
Jak to się stało, że część rodziny, na czele z innym stryjecznym pradziadkiem polityka, grecko-katolickim metropolitą Lwowa Andrzejem, wybrała tożsamość ukraińską? I jak do niej doszedł wychowany w Polsce politolog z arystokratycznej elity? Zostawiam badanie tego innym.
A teraz co do meritum. Wiceminister powinien otrzymać dymisję. Nawet jeśli Tusk słusznie wybrał bardziej miękkie podejście do konfliktu z Zełenskim o UPA (a nie jestem co do tego przekonany). Mamy jednak konfrontację dwóch historycznych polityk: polskiej i ukraińskiej. Powinna obowiązywać elementarna, jeśli nie narodowa, to państwowa solidarność.
Szeptycki opowiadał o analogiach między polskimi i ukraińskimi partyzantami, ale to przecież nie tylko kwestia subiektywnych odczuć współczesnych narodów.
Polskim "niezłomnym", dodajmy niektórym, zdarzały się zabójstwa na tle etnicznym. Ale żadne ich dowództwo nie nakazywało mordu na całym narodzie na danym terytorium. Tym bardziej dotyczy to absurdalnych analogii między UPA i AK. Polski wiceminister powinien to zaznaczyć. Nie zrobił tego.
Tak samo zdegradowana w swoim politycznym środowisku lewicy powinna być wicemarszałek Senatu Magdalena Biejat, który pobiegła do ukraińskich mediów bronić Zełenskiego przed Nawrockim.
Ale lewica jest w tej sprawie co najmniej okrakiem na barykadzie. Polska 2050 broni z kolei swojego człowieka w rządzie. A Tusk zdecydował się użyć tematu Szeptyckiego do kampanii przeciw zagrażającemu nam podobno nacjonalizmowi.
Co napisawszy, nie pochwalę Czarnka za te krzyki: "Ukraińcy w rządzie!". Pałę wojującego nacjonalizmu PiS powinien pozostawić innym. Ona nie służy polskiej racji stanu.
Mniej mi nawet chodzi o samego Szeptyckiego, którego to raczej wzmocniło w koalicji. Chodzi mi o całokształt naszych relacji z Ukraińcami. Ich "tropienie", a dotyczy to też nagonki na takich polityków koalicji jak Paweł Kowal, na pewno nie przyczyni się do tego, że będą to relacje normalne i zdrowe.
Czarnek tłumaczył się potem kontekstem tej wojny na słowa. Zaczął poseł PSL Jarosław Rzepa, który nazwał "pasożytem" posła PiS Dariusza Mateckiego. Poruszony tym Czarnek zaczął szukać "pasożytów" w ekipie Tuska. Z kolei Tusk odebrał owe słowa jako przejaw rasizmu. Skądinąd typowe sejmowe pogwarki.
Kim ma być urzędnik?
Pojawił się przy okazji wątek szerszy, "ukrainizacji" polskiej administracji. Poseł Janusz Kowalski, dawniej PiS, dziś niezrzeszony (zapewne kandydat do Konfederacji), ogłosił, że odpowiadała mu na jakieś zapytanie urzędniczka resortu edukacji ukraińskiej narodowości.
Takie komunikaty zgodne są z logiką owego "tropienia". Nie lubię takiego języka, ale przede wszystkim on nie służy pokojowi społecznemu w Polsce.
Dotyczy to także takich specyficznych historii jak wrzawa wokół urzędniczki lubelskiego ratusza Wiktorii Herun. Została ona przedstawiona w prawicowych mediach jako Ukrainka sprowadzająca do Lublina masowo studentów z Afryki.
Atmosferę podgrzała jeszcze sytuacja, kiedy to obywatel Zimbabwe zranił w lubelskim lokalu Polaka. Po pewnych wahaniach władz został on skądinąd deportowany.
Wiktoria Herun nie miała administracyjnego wpływu na tę masową migrację afrykańskich studentów. To dzieło prywatnych uczelni, które wobec niżu demograficznego szukają zarobku, otwierając szeroko podwoje przed przybyszami z czarnego lądu. Za przyznawanie im wiz odpowiada z kolei administracja państwowa, nie samorządowa.
Pani Herun tylko się z tych migracji cieszyła, także i z tego że owi studenci sprowadzają do Lublina rodziny. Niech każdy oceni sensowność jej radości, ale była ona nie produktem jej ukraińskości, a polityki miasta, które chce na przybyszach zarabiać. Lublin jest miastem akademickim.
Co napisawszy, znów zrobię inne zastrzeżenie. Nie znam prawnego statusu ani Wiktorii Herun, ani podwładnej minister Nowackiej, która pisała do posła Kowalskiego. Wolałbym jednak, aby urzędnik decydujący o moich interesach i moim losie, miał polskie obywatelstwo.
To dodatkowa gwarancja, że będzie się kierował moim dobrem, bynajmniej nie jedyna czy nawet główna, ale jakaś. I zabezpieczenie przed kimś, kto może przeżywać konflikt lojalności wobec dwóch państw. To polskie obywatelstwo powinno być zaś trudniejsze do zdobycia niż jest dzisiaj.
Niech mnie nazywają z tego powodu nacjonalistą. Niewiele lat temu byłoby to oczywiste, wcale nie tylko dla ludzi prawicy. Dziś trzeba się z takiego stanowiska dodatkowo tłumaczyć. Zarazem nie życzę sobie i Polsce narodowościowej histerii.
I większym problemem są dla mnie nie Ukraińcy, odkrywani w segmentach polskiego państwa, a dziwne, biznesowo-towarzyskie powiązania marszałka Włodzimierza Czarzastego z wpływową rosyjską bizneswoman.
Albo fakt, że Ryszard Kalisz, członek Państwowej Komisji Wyborczej, reprezentuje przed sądem rosyjskich oligarchów, jako adwokat. W tym widzę realne zagrożenie.
Piotr Zaremba















