Szczyt głupoty. Obecność prezydenta Finlandii kompromituje polskie wysiłki
O losach Europy Wschodniej w Waszyngtonie rozmawiano bez nas. Nasz udział w szczytach ograniczył się do tradycyjnej obecności na szczycie głupoty. Kiedy Polak będzie mądry przed szkodą?!

Donald Trump zmienił dyplomację. Czy to się komuś podoba, czy nie, przyśpieszył rytm polityki międzynarodowej. Kiedyś wielkie szczyty przywódców odbywały się rzadko. Urastały do rangi wielkich wydarzeń dyplomatycznych oraz medialnych. Politycy zachowywali się w sposób powściągliwy.
Analizowano zatem najmniejsze odstępstwa od protokołu. Nieoczekiwane gesty, rzucane półsłówka, luźniejsze ubrania - detale wynoszono do rangi symboli, czego obywatele mogą oczekiwać na przyszłość.
Nowe czasy
Obecnie jeden szczyt dyplomatyczny goni drugi. Politycy z mniejszych państw muszą się dostosować do globalnego centrum. I składać hołdy w Waszyngtonie, co najmniej słowne. Podarki, jako bardziej namacalny dowód czci, są widziane jeszcze milszym okiem.
Resztki tamtego świata jeszcze gdzieniegdzie widać. Jednak to są starożytne ruiny, na których wyrasta Nowe. Donald Trump skoncentrował wysiłki dokoła własnej osoby. Turbonarcyzm nie byłby możliwy, gdyby nie przemiany technologiczne, które wyniosły bezkompromisowy egocentryzm na sam szczyt społeczeństw. Konsekwencje dla polityki międzynarodowej?
Ważniejsze od dawnego protokołu dyplomatycznego stało się codzienne analizowanie humorów starszego pana. W trakcie pierwszej kadencji Donald Trump otaczał się jeszcze dyplomatami starej szkoły, jak John Bolton. Reprezentanci dawnego świata z wielkim hukiem wylatywali z Białego Domu. Temperamenty oraz nawyki były nie do pogodzenia.
Łamanie norm prawnych oraz obyczajowych w kraju i poza nim to zresztą znak firmowy Donalda Trumpa. Jeśli od czasu do czasu rzeczywistość upomni się o swoje prawa, polityk się do niej dostosowuje niechętnie i na ogół przejściowo.
Odsiecz waszyngtońska
Na tym tle po szczycie na Alasce przyszedł szczyt w Waszyngtonie. Europejskich przywódców przeniknął paniczny strach, że prezydent Putin trwale zawrócił w głowie prezydentowi Trumpowi. Dopiero co Waszyngton wspominał o nałożeniu nowych sankcji na Rosję.
Po duserach w Anchorage okazało się, że z agendy znikł temat zawieszenia broni. Rosjanie najwyraźniej podsunęli - korzystne dla siebie - rozwiązanie, czyli rozmowy o odległym w czasie pokoju. I chwyciło.
Prezydent Ukrainy (nieuznawany za partnera do rozmów przez prezydenta Rosji) zobowiązany był do wyprawy do Waszyngtonu. To była szansa na odwrócenie niekorzystnego trendu. Wszyscy jednak pamiętali, że Zełenski miał nieprzyjemność w Gabinecie Owalnym zostać potraktowany jako "junior partner", którego poucza się na temat ubrania oraz manier.
Polityk z kraju, który został napadnięty przez Rosję i gdzie codziennie giną ludzie, słusznie upomniał się o minimum przyzwoitości i prawdy. To był jednak głos z dawnego świata. W świecie nowej dyplomacji oraz "faktów alternatywnych" (czytaj: w krainie cyfrowych dyrdymałów) to było nie do przyjęcia. Wybuchła pamiętna awantura.
Teraz miało być inaczej. Cała armia przywódców europejskich ruszyła z odsieczą waszyngtońską. W Paryżu, Berlinie oraz Londynie w mig pojęto nowe reguły gry. Jeśli nie przywiezie się co jakiś czas za ocean kotła z wazeliną, to można oberwać. Choćby wysokimi cłami czy innymi kosztownymi nieprzyjemnościami, po których niektórzy wyborcy może stracą pracę. I nie ma znaczenia wysoki poziom osobistej sympatii. W końcu pociskami ceł strzelono także w kierunku Wielkiej Brytanii pana Starmera czy Włoch pani Meloni.
Zmiana reguł gry w Waszyngtonie wiąże się także z tym, że nikt nie wie, o co do końca chodzi Trumpowi. Ktoś powie, że to słynny: "art of the deal". Owszem, ale zakłada się, że za negocjacyjnymi zygzakami stoi jakaś myśl czy wartość. Upływ czasu pozwala zorientować się, czy o coś dokładnie chodzi, czy tylko dziennikarze powtarzają jak papugi frazes o pokojowej nagrodzie Nobla. I tu można mieć wątpliwości, czy poza tym, że Trump chciałby zakończyć wojnę jak najszybciej i zająć się znów Chinami, w ogóle jest jakaś szczegółowa myśl związana z Europą Wschodnią. Wydaje się, że nie.
Trumpa irytuje ten stan rzeczy, spory o ziemie, gdzieś tam daleko od USA. W głowie się mącą szczegóły, za którymi nie widać pieniędzy dla niego. Łatwo zatem zmienia zdanie. Przed spotkaniem z Zełenskim zdążył znów napisać w mediach społecznościowych, że to od prezydenta Ukrainy (a nie od Rosji) zależy pokój. W sprawach pokoju widoczna jest co najwyżej mgła, na której Trump kreśli negocjacyjne zygzaki.
Trump a sprawa polska?
Na naszym skromnym podwórku wybuchł spór o obecność Polski w rozmowach. Spór słuszny. Bez wahania można powiedzieć, że Donald Tusk oraz Jarosław Kaczyński - oraz ich plenipotenci, w tym Karol Nawrocki - przegrywają w kreśleniu swoich międzynarodowych scenariuszy. Polskie temperamenty najwyraźniej pochodzą z epoki starej dyplomacji. Fakt, że prezydent Finlandii zasiadł przy stole, kompromituje nasze wysiłki.
Polska jest fundamentalnie ważnym krajem tranzytowym. Wojna w Europie Wschodniej to nasza sprawa.
Ewidentnie polska polaryzacja przyczyniła się do nieskuteczności dyplomacji. Czy w odpowiedzi na porażkę nie otrzymamy profesjonalizacji i współpracy w imię racji stanu? Nawyki prowincjonalnego okładania się po głowach silne. Wodzenie za nos odbierane jest jako dowód uznania. Tymczasem w praktyce przegrywamy miejsce w najważniejszych rozmowach geopolitycznych.
Aby to się zmieniło w tym roku, wielu polityków musiałoby mocno zacisnąć zęby i przezwyciężyć swoje nawyki. Zabrać się - razem - do realnej pracy w czasach trumpizmu, choćby w tej jednej sprawie. W Europie Zachodniej oraz w Ukrainie to właśnie zrobiono.
A u nas? Kiedy Polak będzie mądry przed szkodą?!
Jarosław Kuisz















