Reklama

Reklama

Szatan pychy i niewiary

Niemałe poruszenie wywołał Jarosław Kaczyński, gdy na Forum Ekonomicznym w Karpaczu wyznał, że przed trzema dekadami odwiedził Wiedeń, gdzie zorientował się, że jest "w innej strefie kulturowej". Zobaczył tam "różne rzeczy", których jednak nie chciał opisać, ale był to dla niego jeden z dowodów na "obcość kulturową" państw Europy Zachodniej. Najwyraźniej odczuwa ją do dziś, skoro najbliższą kampanię wyborczą postanowił oprzeć na pobudzaniu antyeuropejskich namiętności wśród Polaków i wzniecaniu ich nacjonalistycznych afektów. Bo taki był prawdziwy cel tej wypowiedzi.

Niektórzy politycy, którzy w 1993 roku towarzyszyli prezesowi PiS podczas przelotnej wizyty w Wiedniu - jak Joanna Kluzik-Rostkowska czy Paweł Rabiej - próbowali zdementować przywoływaną przez niego opowieść o szoku kulturowym, jakiego ponoć wówczas doznał, ale wspomnienia o pitej ze smakiem wiedeńskiej kawie nie zamknęły sprawy. Domysłom komentatorów nie było końca, zaczęły plenić się narracje o zachodniej zgniliźnie moralnej, która stoi na antypodach przeczystej polskości, więc tym samym polityczny cel został osiągnięty. Obecna władza w tej optyce ma stać na straży suwerenności, a Unia Europejska, w której rej wiodą Niemcy, ma czyhać na naszą narodową niewinność.

Reklama

Do wypowiedzi prezesa PiS odniósł się także redaktor Piotr Semka, z którym miałem okazję dyskutować w ostatnim programie "Cztery strony prasy" w Polsat News. Niespodziewanie przywołał anegdotę, ponoć autorstwa Janusza Głowackiego, jak to przed laty w ramach atrakcji turystycznej pokazano Jackowi Kuroniowi sadomasochistyczny klub w Nowym Jorku, gdzie ten - jako polityk niezwykle wrażliwy na krzywdę, wychowany w etosie służby słabszym - miał stanąć w obronie ofiary wyuzdanych gier. Kiedy zorientował się, że to tylko teatr, mocno zdenerwował się na organizatorów wycieczki. Znając kąśliwą ironię autora mikropowieści "My sweet Raskolnikow", zapewne nie chodziło mu o krytykę rozpasania i obsceniczności, ale publicysta "Do Rzeczy" chwilę później wspomniał o brukselskiej dzielnicy rozpusty, więc kontekst został dość precyzyjnie wskazany.

Nie wiadomo, czy "różne rzeczy", jakie miał zobaczyć Kaczyński w Wiedniu, miały tego typu charakter, ale niewątpliwie symptomatyczne jest przywoływanie w kontekście jego wypowiedzi owej rzekomej pornograficznej aury Zachodu. Jakby przygotowywana przez PiS na wybory polityczna opowieść miała na celu zderzenie dwóch mitycznych, fantazmatycznych światów, czyli polskiej świętości i europejskiej rozpusty. Staje mi w pamięci fragment piosenki Jacka Kaczmarskiego z 1997 roku pt. "Źródło wszelkiego zła": "Schną mężczyźni, śnią kobiety/Błysk biseksualnych bielizn,/Płodzą uniwersytety/Permisywizm i ateizm./W spisku cyrkla i fartucha/ (Zamiast maski - okulary)/Chrześcijańskiego dusi ducha/Szatan pychy i niewiary".

Trywializując wiedeńskie wspomnienia Kaczyńskiego, łatwo zapomnieć o realnej antyeuropejskiej postawie jego partii, która konsekwentnie zohydza Zachód, obrzydza Unię, a proeuropejskiej opozycji odmawia patriotyzmu, co budzi zdecydowanie wschodnie skojarzenia geograficzne. Krzysztof Zanussi, który nie jest admiratorem współcześnie rozumianego postępu, a poprawność polityczną i nowy purytanizm - umiłowane przez młodą lewicę - nazywa błahymi rewolucyjkami, powiedział w moim wywiadzie dla "Tygodnika" Interii, że "w perspektywie geopolitycznej izolowanie się od Europy jest dla Polski samobójcze". Słowa te warto potraktować jak memento.

Przemysław Szubartowicz 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy