Święto ważniejsze od innych. Niech będzie dniem wolnym
Politycy, artyści i publicyści, którzy krytykowali Powstanie Warszawskie, zwykle podkreślali, że atakują tylko dowództwo polityczne, a nie tych "biednych chłopców". Ale w praktyce sprowadzało się to do podważania sensu całej walki. A mimo to powstanie się obroniło. Dziś jest silniejszym symbolem niż niejedno zwycięstwo militarne. Brakuje tylko jednego. Wolnego dnia od pracy.

Powstańcy walczyli z Niemcami, a po wojnie prześladowali ich sowieci i komuniści. Ale Powstanie Warszawskie miało o wiele więcej wrogów, czyli publicystykę, co ciekawe, ze wszystkich stron sporu publicznego, która próbowała strącić je z piedestału. A mimo tego okazało się silniejsze. Na pewno jako symbol odniosło większy sukces niż jako zryw militarny.
Nawet powstańcy nie byli pewni, czy tak będzie. Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz przeczytałem wiersz "Do potomnego" Tadeusza Gajcego, pewnie dawno temu w liceum, ale za którymś razem zrobił na mnie ogromne wrażenie. Miał coś z autentycznego science fiction, podróży w czasie.
Gajcy, piszący w 1943 roku, zwracał się w nim do takich ludzi jak ja wówczas - młodych Polaków z przyszłości. Wiedział, że ich nie spotka. W połowie sierpnia 1944 roku zginął na warszawskim Muranowie. Uderzało jednak to, że wcale nie był pewien, jak go ocenimy, jak ja go ocenię. Przecież "w szczęk żelaza zasłuchany, mijał dzień po dniu jak krzyże". Czy go zrozumiem? Przecież obaj tak niewiele wiemy o sobie nawzajem. Czy więc "nie podniosę z ziemi kamienia" lub nie rzucę ze wzgardą "ziemi grudę"?
Powstanie Warszawskie. Grudy i kamienie
Ta pozornie litościwa gruda, od niechcenia i ze znudzeniem rzucana na groby, była zresztą najgroźniejsza. Jej pochodną są politycy, umiejscawiający datę powstania na 1988 rok i nic o nim niewiedzący. Dzieci lat 90. To wtedy wyciągnięto przeciwko powstaniu najpotężniejszą artylerię i było najbliżej tego, by jego pamięć wykończyć. Nie była to żadna krytyka, a nuda, rutyna, brak zaangażowania i autentyczności odbębnianych co roku z obowiązku akademii. Była to najkrótsza droga do tego, by pamięć powstania zanudzić, rozbełtać w słowach i defiladach bez znaczenia i serca.
Tak było aż do 2004 roku. Otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego i ogromne, można by rzec, globalne obchody zorganizowane przez Lecha Kaczyńskiego, wyzwoliły gigantyczną, skumulowaną energię tego symbolu. Nie tylko oddano sprawiedliwość garstce przedwojennych warszawiaków, ale dano wspólną tożsamość różnym pokoleniom "słoików", które tu się osiedlały. A potem rozlało się to na cały kraj.
Czy i w tym nie ma tak bardzo typowego dla nas symbolu? Przed wojną też nie lubiano Warszawy. Też na co dzień była dla całej Polski miastem - pijawką, wypełnionym wyniosłymi fircykami. Ale gdy szedł wróg, zamieniało się nie tylko w stolicę, ale najwyższą świętość. W 1920, 1939 lub 1944 roku walczyło się za nią, szło się jej na odsiecz, ginęło.
A co z kamieniami? Kamienie rzucali po pierwsze komuniści i ich zmieniająca się propaganda. Reakcyjny zryw, rozpaczliwa próba utrzymania władzy przez rząd londyński, zbrodnicze dowództwo, wysyłające na śmierć dzieci. Po 1956 roku, gdy żołnierzy AK zaczęto przyjmować do organizacji kombatanckiej ZBOWiD, ta krytyka nieco zelżała.
W wolnej już Polsce liberalno-lewicowym mediom przeszkadzały syreny w rocznicę godziny W (bo płoszą ptaki i są nadużywaniem systemów alarmowych), koszulki powstańcze (bo bezguście), wszechobecność powstania (bo za brutalne dla dzieci) i milion innych detali.
A także generalnie lansowano tezę, że kult powstania to bohaterszczyzna, nie na te czasy, a my powinniśmy skupić się na sprawach bieżących, na konstruktywnych wzorcach, brać przykład z działaczy społecznych, a nie jakichś straceńców.
Kolejną szkodliwą cechą tej bohaterszczyzny miało być to, że jej uprawianie zniekształca kształt historiografii, która powinna skupiać się bardziej na sprawach wstydliwych, by je przepracować w walce o lepszą ludzkość. Symbolem tego był słynny, skonfabulowany tekst prasowy o tym, że powstańcy wybijali niedobitki z getta.
Ale gromy posypały się, szczególnie w ciągu ostatnich kilkunastu lat, także ze strony prawej, czyli tak zwanych realistów historycznych. Dlaczego czcimy pamięć bezsensownych zrywów, powstań, a nie skutecznej polityki? Powstanie było zbrodnią na narodzie, w ogóle w tym czasie nie należało już walczyć z Niemcami, a może i z nimi przed 1939 rokiem zawrzeć sojusz.
Ten triumf gdybologii politycznej niby był wymierzony tylko w najwyższe dowództwo, ale przecież łączył się z krytyką przesadnych obchodów, czyli także oddawania hołdu powstańcom. Ta "realistyczna" krytyka też ostatecznie rozbijała wspólnotę pamięci i uderzała w tożsamość, choć deklarowała chłodny profesjonalizm.
81. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Vox populi
Mimo tych gromów ze wszystkich stron powstanie jako symbol wygrało. Nie sądzę, by była rocznica, która bardziej porusza dziś Polaków i jest bardziej kojarzona ze zrywem patriotycznym przez młode pokolenie. Na pewno najpoważniejszym konkurentem jest rocznica Bitwy Warszawskiej, zwycięska i potężna, ale nie aż tak atakowana.
A przecież to była wielka wiktoria. Czemu przegrywa? Bo powstanie było owszem - operacją wojskową - ale jest silniejszym symbolem zrywu całego narodu, wszystkich warstw, dzieci i starców, solidaryzmu i gotowości do poświęcenia. W 1920 roku też to było, ale tu było to jeszcze bardziej dramatyczne.
Owszem, punktowo bywało inaczej, zawsze tak jest w przypadku takich symboli, takich wielkich zrywów. Pod Monte Cassino też pewnie ktoś zdezerterował, ale całość daje heroiczny obraz. Powstanie było najwyższym aktem poświęcenia Polaka za Polaka oraz za wolność i dlatego wygrywa bitwę o pamięć. Kto tego nie rozumie, nie rozumie Polski.
Nie udało się powstania ani obrzydzić, ani obśmiać, ani zanudzić. To ostatnie było po trochu losem dwóch najstarszych świąt narodowych: rocznicy Konstytucji 3 maja i przejęcia przez Józefa Piłsudskiego władzy 11 listopada 1918 roku. Pierwsze z tych świąt jest dość odległe i upamiętnia częściowo abstrakcyjny sejmowy akt, podjęty przez rządzącą elitę, zresztą tuż przed największą polityczną katastrofą w naszych dziejach.
Drugie to rocznica mocno uznaniowa, wymuszona w sumie przez rządy sanacji przed wojną. Obie te daty uskrzydlili naziści i komuniści. Zrobili to, walcząc z tymi świętami.
Niemcy torturowali i zabijali ludzi, którzy w rocznice kładli kwiaty pod pomnikami. Polacy z PPR i PZPR przez cały okres swojej władzy tłukli i więzili 3-majowych demonstrantów.
W ten sposób, paradoksalnie, Bolesław Bierut, Wojciech Jaruzelski i ich towarzysze nadali zamierzchłej konstytucji nowe życie i bardziej aktualny walor, a także bezspornie ustalili dzienną datę odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku. Dzięki peerelowskim represjom i komunistycznej przemocy symbolicznej, po 1989 roku obie daty stały się bezdyskusyjne i odzyskane, jak korona na głowie orła w godle.
Ale dziś żadna z nich nie budzi takich emocji, identyfikacji, zapału jak Powstanie Warszawskie. Jeśli ktoś więc zapyta mnie o argument koronny, to jest on prosty. Głos ludu. Dlatego Powstanie Warszawskie zasługuje nie tylko na pamięć, ale na osobny, wolny dzień w kalendarzu.
Wiktor Świetlik
















