Stalingradem Tuska i Kaczyńskiego będzie służba zdrowia?
To pole bitewne, jak filmowe Winterfell lub prawdziwy Stalingrad, ma odwrócić losy zmagań. Przez najbliższe dwa lata PiS będzie starał się przenieść cały ciężar walki z rządem na obszar służby zdrowia. Tam problemy będą najsilniej odczuwalne.

Czy 32-latka z mazowieckiej wsi Bandysie zmarła z powodu cięć w służbie zdrowia, jak interpretowała to w tym tygodniu opozycja? Sprawa jest dyskusyjna, tak samo jak używanie niemal każdej tragedii kobiety, która zmarła przy porodzie, podczas kampanii antypisowskiej Donalda Tuska w latach 2020-2023. Nie zmienia to faktu, że sytuacja w służbie zdrowia raczej lepsza nie będzie, a systemowi grozi poważna zapaść, co diagnozują także eksperci niezaangażowani politycznie. Konsekwencje będą poważne. Dla nas i dla nich, polityków.
Tu respirator nie pomoże
Na czym ta zapaść ma polegać? W sumie na wszystkim. Jeszcze bardziej surrealistycznych okresach oczekiwania na zabiegi, zamykaniu oddziałów i całych szpitali, realnej prywatyzacji usług przez konieczność wyboru leczenia płatnego lub fikcji. Powstaniu społeczeństwa dwóch prędkości. Takiego, które będzie stać na prywatne leczenie, i takiego, którego nie.
W budżecie NFZ w tym i przyszłym roku ma zabraknąć 40 mld zł. Suma ta będzie lawinowo narastać, bo zasypywanie najbardziej bieżących i budzących zagrożenie polityczne dziur (na przykład dziecięca onkologia) powoduje odsuwanie w czasie coraz większej dziury finansowej w systemie.
Nie dość tego, lekarzy wzburzyła, używana nie po raz pierwszy i nie tylko przez tę formację, propaganda mówiąca, że wszystko przez to, że "za dużo zarabiają". Jakby problemów było mało, szpitale zaczynają dotykać kolejne plagi, wyglądające wręcz tak, jakby ktoś chciał pogorszyć i tak złą sytuację. Tak wygląda sprawa modnej dziś walki z cyberzagrożeniami, w ramach której szpitale będą musiały wymieniać sprzęt, kupować systemy bezpieczeństwa, zatrudniać informatyków, sporządzać pracochłonne raporty, szkolić pracowników. Zabezpieczanie służby zdrowia przez podrażanie jej kosztów coraz bardziej przypomina kabaretowy tekst Smolenia i Laskowika: Operacja się udała, pacjent nie żyje.
Przegrzani migranci
Możliwość wyjścia z kryzysu trudno zobaczyć, a i chęci niełatwo. Działalność rządzącej ekipy sprowadza się w sumie do czterech działań, zresztą nieoryginalnych: obarczania winą poprzedników, punktowego łatania dziur dodatkowymi środkami, propagandy sukcesu i odwracania uwagi. Wszystkie one są doraźne i mają na celu przesunąć poważne społeczne skutki kryzysu o dwa lata. Do najbliższych wyborów. Cele PiS są dokładnie odwrotne. Dlatego przekaz tej partii będzie skupiał się przede wszystkim na służbie zdrowia, a niektórzy politycy tej partii już dziś douczają się z tematu.
Szczególnie, że jako błąd zdiagnozowano niedawne skupienie się przede wszystkim na problemie migrantów. Po pierwsze dlatego, że temat jest dla PiS nie do końca wygodny ze względu na wydawanie pozwoleń na pracę dla cudzoziemców w okresie rządów tej partii. Do tego politycy z obozu władzy bardzo często operują liczbami włączającymi wielką liczbę uchodźców ukraińskich, którzy przyjechali do Polski po rosyjskiej agresji. A że równocześnie ci sami politycy deklarują żelazną proukraińskość? Cóż, elektoraty nie zawsze są do końca logiczne.
"Imigranci" okazali się fiaskiem jednak z jeszcze jednej przyczyny. Zostali przegrzani. Polska nie była krajem poddanym presji, w której nagle pojawiłoby się milion przybyszów z krajów islamskich. Pakt migracyjny to operacja długofalowa i odbywająca się na wielu płaszczyznach. Jego skutki, być może opłakane, zobaczymy tak naprawdę za kilka lat.
Tymczasem politycy PiS i prawicowe media okrzyknęły, że już dziś, już teraz, już jutro polskie ulice zamienią się w piekło. Nie zamieniły się, a ludziom temat się znudził. Szczególnie że Donald Tusk zagrał tą samą bronią. Niewiążące deklaracje i "możliwość ubiegania się" o odroczenie działania paktu przedstawił niemalże jako wykluczenie Polski z jego obowiązywania. Zamknięta w bańkach informacyjnych spora część społeczeństwa prawdopodobnie w rządową propagandę uwierzyła.
W przypadku służby zdrowia ma być inaczej.
System na zastrzykach
Tu już nie będzie tak łatwo zapomnieć o faktach, bo one same zapukają. Pozostaje pytanie, czy rządowi Tuska uda się na finansowych zastrzykach i protezach dociągnąć sprawę do 2027 roku i czy opozycja nie popełni znowu błędu, przesadzając z opisem sytuacji i zamieniając go w karykaturę. A sporo wskazuje, to temat na osobny tekst, że elektorat konserwatywny często twardziej stąpa po ziemi i mniej ulega histeriom niż liberalno-lewicowy.
Tak czy siak, nie jest dziś już nawet pytaniem, czy wzrosną kolejki do lekarzy, nasilą się awantury w przychodniach, rozszerzy się przyznawanie zabiegów seniorom na terminy zdecydowanie przekraczające statystyczne szanse dożycia, pogorszy opieka pediatryczna czy onkologiczna. To się stanie. Pytaniem politycznym jest to, czy decydująca, wahająca się politycznie część społeczeństwa odczuje to na tyle szybko i uzna za na tyle ważne, by oddać znowu władzę ekipie Kaczyńskiego i Morawieckiego. Pytaniem dla wielu ważniejszym jest to, czy kiedyś zostanie zatrzymany upadek publicznego systemu zdrowia.
Wiktor Świetlik













