Sprawdź, czy ty też jesteś zakładnikiem uśmiechniętej Polski
Myślicie, że Szpital Południowy to będą nowe ośmiorniczki? To się mylicie. Nic takiego nie nastąpi. Panowanie Donalda Tuska nad jego elektoratem jest bowiem totalne.

Obserwujecie reakcje uśmiechniętej bańki na kolejne afery i aferki rządu Tuska? Ja obserwuję. I widzę, że zawsze powraca ten sam scenariusz. Na wieść o kolejnym kryzysie Tuskoskrętna część polskiej publiki szybko odpala zawsze bardzo podobny zestaw racjonalizacji i uzasadnień. Intelektualnie są one cieniutkie jak zaliczka, a merytorycznie chybotliwe niczym stół z powyłamywanymi nogami. Człowiek myśli sobie w pierwszej chwili, że nawet trzyletnie dziecko by w to nie uwierzyło.
A jednak. Wierzą w to dorośli i całkiem - skądinąd - poważni ludzie. Wierzą nie dlatego, że są głupi albo naiwni. Taka charakterystyka dotyczyć może najwyżej części odbiorców. Większość wierzy, bo… chce wierzyć. A nawet wierzyć musi. Koszt zmierzenia się z konsekwencjami upadku zaufania do uśmiechniętej władzy wydaje im się tak ogromny, że zrobią bardzo wiele, by nie musieć go ponosić.
SOR dla VIP-ów? Ruszył kontrprzekaz
Trzeba przyznać, że ze swej strony uśmiechnięta władz nie zostawia swoich sympatyków bez serwisu. Przekaz ratunkowy zostaje uruchomiony zazwyczaj bardzo szybko. Można nawet powiedzieć, że medialno-narracyjna osłona rządu Tuska funkcjonuje znacznie lepiej niż pozostałe elementy państwa.
Bardzo szybko leci więc na wzburzone fale opinii publicznej cały szereg kół ratunkowych, których elektorat może się uchwycić i popłynąć w bezpieczne miejsce.
Skrypt jest zwykle bardzo podobny, a zmieniają się tylko okoliczności konkretnej sprawy.
Spójrzmy na przykład Szpitala Południowego, saloniku VIP dla polityków KO i platformerskiego lekarza aktywisty z orbitalnymi zarobkami. Uważny obserwator bez trudu odnajdzie te znajome schematy także we wszystkich poprzednich dużych kryzysach wizerunkowych rządzącej koalicji. Od sprawy zamykanych porodówek, kosztów polityki klimatycznej, paktu migracyjnego, z którego Polska wcale nie jest wyłączona po ręczne sterowanie prokuraturą, które minister Żurek stosuje już w zasadzie bez osłonek do uderzania w przeciwników rządu.
Pierwsze koło ratunkowe zwie się: "prawicowa propaganda". Wiadomo - wszyscy, co atakują naszych, to źli prawacy służący PiS-owi. Każdy, kto zajdzie nam za skórę, służy wiadomym siłom. Ergo - słuchać ich nie trzeba. A jak kto będzie za bardzo fikał, to może mieć wizytę policji w domu pod pozorem fałszywego alarmu bombowego. Albo trafić na trzy miesiące do aresztu. A jego brudna bielizna, sprawy rodzinne czy dokumentacja lekarska na temat przyjmowanych leków może wylądować na widoku publicznym.
Szpital Południowy i kolejne koła ratunkowe
Drugie koło ratunkowe to "rozmywanie". Wychodzi na przykład minister Kierwiński i z pełną powagą powiada, że problem nie jest polityczny. Bo tak naprawdę nie dotyczy polityka, działacza albo aktywisty związanego z obozem rządowym. Tylko zwykłych ludzkich słabości. A ludzie to przecież nie są anioły.
Trzecie koło podrzucają zaprzyjaźnieni urabiacze opinii. Nazwijmy to zjawisko hasłem "A, bo przecież PiS…". Dominika Wielowiejska czy Eliza Michalik obsługują z pozoru różne części elektoratu uśmiechniętych. Obie jednak powiadają w kontekście Szpitala Południowego to samo. Każda inaczej stawia akcenty i innych używa retorycznych chwytów. Prawdziwa afera - mówią nam jednak w gruncie rzeczy obie sympatyczne panie - to, kochani, nie tutaj. Prawdziwe wałki to robili PiS-owcy. I to ich afery trzeba wyjaśnić. Wtedy (ewentualnie) pogadamy o źdźble w naszym oku. Ale nie wcześniej.
Czwarte i piąte koło ratunkowe dostarcza osobiści premier Tusk. Premier mówi ostatnio często o "problemach systemowych". A "wiecie" (Tusk uwielbia używać tego swojego "wiecie"), jak ciężko jest rozwiązać problemy systemowe. A poza tym (koło piąte) winny jest Nawrocki. Ten wetoman, co nie podpisał jakiejś tam ustawy, która gdyby była podpisana, to by rozwiązałaby ten konkretny problem.
Wydawać by się mogło, że większość z tych tłumaczeń urąga ludzkiej inteligencji. W praktyce jednak… nie urąga. A dzieje się tak dlatego, że to nie Tusk musi dziś zabiegać o poparcie uśmiechniętych. Tylko jest odwrotnie. To uśmiechnięci wyborcy boją się, że Donald Tusk przegra. A wtedy powróci straszliwy PiS. Albo jeszcze gorzej. I świat się skończy.
Zwycięzcy III RP
Ta wiara w nieodzowność Tuska to oczywiście efekt wieloletniego urabiania i trenowania swojego elektoratu przy pomocy dostępnej przewagi pieniężno-medialno-opiniotwórczej. PiS = wariaci = piekło kobiet = druga Grecja = zbrodnie na granicy z Białorusią. I tak dalej.
Ale potęga Tuska to nie tylko socjotechnika. To także twarde interesy wyborców uśmiechniętej Polski.
Do roku 2015 wielu z nich w sensie klasowym, materialnym i symbolicznym to byli autentyczni zwycięzcy III RP. Kontrolowali media, biznes i głęboki aparat państwa. Tworzyli elity zawodowe prawnicze czy artystyczne. A także - nomen omen - lekarskie. Nadejście PiS-u w roku 2015, a potem długie osiem lat w opozycji, faktycznie odsunęło ich od wpływów. Wpływów, które uważali za swoje własne i w zasadzie już zasiedziane, a nawet dziedziczne.
Nic więc dziwnego, że Tuska potraktowali - w sensie dosłownym - jako wybawcę. Pogromcę złego smoka. A jednocześnie protektora, który ma zadbać o to, by smok ów nigdy nie odzyskał zdolności do ziania ogniem.
Dopóki więc wyborcy rządu Donalda Tuska nie utracą przekonania, że kierownik dowozi obronę ich interesu, dopóty żadne paniki moralne rządowi niestraszne.
Smutne to i straszne? Być może. Ale jednocześnie - przyznajcie - perfekcyjnie racjonalne.
Rafał Woś















