Sorry, ale Trump... znów wygrał
Na dziś wygląda to tak, że Ameryka zrealizowała pierwszy i najważniejszy cel operacji "Epicka Furia". To znaczy osłabiła Iran, a co za tym idzie także Chiny. Dla Polski to bardzo dobra wiadomość. A jęki i stęki wszystkich zaczadzonych trumpofobią nie mają tu absolutnie żadnego znaczenia.

Niedługo po tym, jak Iran (za pośrednictwem Pakistanu) zameldował Ameryce o chęci zawieszenia broni, odbyła się konferencja sekretarza wojny USA Pete'a Hegsetha i szefa połączonych sztabów gen. Dana Caine'a.
Informowali oni, że w ciągu trwającej niecałe 40 dni operacji "Epicka Furia" zniszczeniu uległa miażdżąca większość irańskiego potencjału wojskowego. A mnie przyszło do głowy następujące ćwiczenie. Cofnijmy się o jakieś 100 lat. I wyobraźmy sobie, że mamy rok - na przykład 1930 - i na konferencji szefowie sztabów Francji i Polski informują o trwającej 40 dni operacji prewencyjnej przeciwko Niemcom. W wyniku której zniszczeniu uległa miażdżąca większość niemieckiego potencjału wojskowego.
Scenariusz, który znamy aż za dobrze
Nonsens? Nadużycie? A niby dlaczego. Z historii wiemy bardzo dobrze, że istniały bardzo realne plany takiego prewencyjnego uderzenia na Niemcy. Już wtedy ignorujące nakaz rozbrojenia narzucony im po porażce w pierwszej wojnie światowej. A jeszcze nie tak silne, by stanowić zagrożenie dla obawiających się ich sąsiadów.
Wiemy oczywiście, że taka operacja nigdy nie nastąpiła. I wiemy (aż za dobrze), co się dekadę później stało. Niemcy się uzbroiły, odbudowały i najechały najpierw Polskę, a potem Francję, wywołując drugą wojnę światową.
Piszę o tym w kontekście Iranu nieprzypadkowo. Dla nas ta wojna jest oczywiście gdzieś daleko na bez mała mitycznym Bliskim Wschodzie, na którym - z pozoru - nie mamy żadnych swoich interesów.
Ale przecież dla Stanów Zjednoczonych podstawowym celem operacji "Epicka Furia" była od samego początku właśnie… prewencja.
Mit, który dobrze się sprzedaje
Prezydent Trump na żadnym etapie nie zapowiadał osadzenia w Teheranie swojego własnego marionetkowego rządu - co najwyżej wyrażał nadzieje na to, że pod wpływem presji zewnętrznej Irańczycy sami pogonią ajatollahów. Ale to nie było nigdy przecież podstawowym celem tej operacji - również dlatego, że wiemy z historii (Afganistan czy Irak) że taka "westernizacja" na siłę to zadanie chyba niewykonalne.
Owym celem "Epickiej Furii" nie było również ponowne otwarcie cieśniny Ormuz. To ostatnie stało się w toku konfliktu warunkiem koniecznym (i oczywistym) zawieszenia broni.
Ale bałamutny argument, że Trump dzielnie walczył o ponowne otwarcie Ormuzu, który sam zamknął, jest po prostu zawracaniem głowy i klasyczną techniką manipulacji poprzez tzw. stawianie chochoła. Każdy uczciwy obserwator wie przecież bardzo dobrze, że to też nie był cel tej wojny.
Bo celem było od początku do końca osłabienie Iranu. To znaczy - po pierwsze - trwałe ograniczenie potencjału wojskowego państwa ajatollahów. Po drugie, zniszczenie ich programu atomowego. Po trzecie, wybicie Persom z głowy spiskowania przeciwko interesom Ameryki w regionie - czyli sponsorowanie i zbrojenie partyzantek zagrażających Izraelowi, Arabii Saudyjskiej oraz utrudniających przesyłanie ropy z Zatoki Perskiej.
Najchętniej bez dużych strat własnych i utknięciu w konflikcie na lata jak kiedyś Ameryka w Wietnamie czy ostatnio Putin na Ukrainie. Co się Trumpowi zresztą też udało. Przynajmniej na razie.
Co więcej, to osłabienie Iranu nie jest w amerykańskiej polityce ostatnich dekad niczym nowym. Co przeczy innej obiegowej tezie, że oto w Białym Domu nagle pojawił się zły podżegacz wojenny, który odwraca wieki pokojowej tradycji swoich poprzedników.
Gra o czas i wpływy
Iran był Ameryce solą w oku od prawie pół wieku. Zmagali się z tym problemem (z różnym skutkiem) i Clinton, i Bush, i Obama, i Biden. Obama doprowadził w stosunkach z Iranem do tzw. resetu, który dał Iranowi spokój potrzebny do spokojnej rozbudowy potencjału.
Już w czasach Trumpa pierwszego było dla Waszyngtonu jasne, że oto zaczął wyścig z czasem. Albo uda się osłabić Iran, póki jeszcze można. Albo okienko się zamknie, Teheran zbuduje broń jądrową i stanie się wrogim Zachodowi rozgrywającym w tym miejscu mapy świata, gdzie krzyżują się kluczowe interesy strategiczne, militarne i energetyczne (ropa).
Do tego dochodzi jeszcze fakt istnienia (bardzo realnego) sojuszu irańsko-rosyjsko-chińskiego. Iran stał się w ciągu minionej dekady prawdziwym energetycznym hubem zaopatrującym Pekin w potrzebne im paliwa. Jednocześnie absorbując jakieś 80 procent irańskiego eksportu Chiny powoli, ale skutecznie uzależniały od siebie Teheran, lepiąc sobie wiernego sojusznika.
Na wypadek realizacji scenariusza śmiertelnej konfrontacji gigantów USA i Chin na Dalekim Wschodzie Iran miał być jak pistolet wymierzony w amerykańskie interesy w sercu Bliskiego Wschodu.
Naprawdę nas to nie dotyczy?
Oczywiście ktoś może powiedzieć, że to są wszystko dalekie problemy dalekiej Ameryki. A nam nic do tego, bo mamy swoje. Czyżby? Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach może argumentować, że naszego interesu nic nie łączy z powodzeniem (bądź klęską) Stanów Zjednoczonych?
Jeśli ktoś tak na serio twierdzi, to chyba musiał, idąc za modnym ostatnio w niektórych kręgach importowanym antyamerykanizmem, puścić się - za przeproszeniem - poręczy. I runął na łeb na szyję w rejony, z których rozum już dawno abdykował.
Jest przecież absolutnie oczywiste, że na dziś jedynym realnym gwarantem naszego bezpieczeństwa są Stany Zjednoczone. Bez nich przed Rosją nie obroni nas nikt. Ani Niemcy, ani Unia, ani nawet marszałek Włodzimierz Czarzasty.
Oczywiście nikt nie mówi, by nie inwestować we własną obronność. Ameryka Trumpa tego zresztą od nas otwarcie oczekuje. Ale wyprowadzanie stąd wniosku, że już dziś możemy się na Amerykę i jej geopolityczne powodzenie (lub jego brak) nie oglądać, jest dowodem, że ktoś nie bardzo się orientuje, w jakim miejscu globusa leżą Warszawa, Białystok czy Olsztyn.
Rafał Woś


















