Reklama

Reklama

Siła głupoty i bezsilność "mądrych"

Na co zgodzi się Morawiecki, by przetrwać na stanowisku? Po odwołaniu mu Dworczyka i Szymańskiego, wydaje się, że na wszystko. Otoczony przez wilki z teoretycznie własnej formacji (wilki wiedzą, że PiS wcale nie jest formacją Morawieckiego, uważają, że jego realną formacją jest osobista ambicja i osobiste pieniądze) zgodził się, aby Kaczyński wyrzucił mu z sań najbardziej zaufanych ludzi. Kaczyński zrobił to, żeby się jego kochane, choć niezbyt rozgarnięte wilki, miały się czym pożywić przed zimą. Jeśli na przednówku wilki znów będą głodne, kierownik sań da im Morawieckiego, żeby nie zażądały samego kierownika.

Dworczyk był dla Morawieckiego ważny z co najmniej trzech przyczyn: jako dobry organizator PR-u (to przestało być aktualne w miarę publikowania jego maili), jako dobry pośrednik pomiędzy premierem, a przynajmniej częścią struktur partyjnych Prawa i Sprawiedliwości (to też przestało być aktualne), wreszcie jako człowiek, który nauczył się kupować samorządy za rządowe subwencje, podczas gdy Morawiecki konsekwentnie niszczył im własne źródła finansowania.

Konrad Szymański był z kolei ostatnim w PiS-ie człowiekiem, który chciał rozmawiać z Unią i umiał to robić. Dlatego Morawiecki wyciągnął go z MSZ, które po siedmiu latach rządów PiS stało się skrzyżowaniem wariatkowa i trumny. Po czym umieścił blisko siebie, jako swoją prawą i lewą rękę w rozmowach z UE. 

Reklama

Szymański zawsze zachowywał choćby minimum niezależności. Dał temu wyraz nawet w swojej mowie pożegnalnej, kiedy informując o odejściu ze stanowiska ministra do spraw UE, powiedział, że "przez długi czas starał się doprowadzić do deeskalacji sporów z Brukselą", jednak "ten zasadniczy spór cały czas natrafia na różnego typu blokady tak w Polsce, jak i Brukseli".

Pamiętam Konrada Szymańskiego jako europosła PiS. Budował solidarność Zachodu i krajów naszego regionu, wspierał, czasami nawet współtworzył, plany współpracy z parlamentami i siłami opozycyjnymi na terenie dawnego ZSRR. Zawsze zachowywał się skokowo rozsądniej, niż Legutko czy Krasnodębski, którzy używają swoich, naprawdę potencjalnie cennych dla Polski, miejsc w europarlamencie, wyłącznie po to, by mścić się na tej drugiej, "liberalnej" części polskiej inteligencji, która 30 i 20 lat temu faktycznie urządziła im krwawą łaźnię, czasami pod idiotycznymi pretekstami. 

Krasnodębski pobiera dziś w euro emeryturę niemieckiego profesora i pensję europarlamentarzysty. Jednocześnie jednak "w imieniu Polaków" rezygnuje z unijnych miliardów na KPO. Przekonuje też - w momencie, kiedy rosyjskie rakiety spadają na Lwów - że Unia Europejska jest dla polskiej suwerenności większym zagrożeniem niż Rosja Putina. 

Co z opozycją?

Siłą głupoty jest jednak bezsilność ludzi "mądrych". Zresztą czy ci drudzy rzeczywiście są tacy mądrzy? Opozycja - jak na dziś - przygotowuje się do tego, żeby iść do przyszłorocznych wyborów nie na jednej, nawet nie na dwóch, ale na czterech listach (PO, Lewica, Hołownia i PSL). W takim szyku straci sporo posłów w stosunku do liczby oddanych na nią głosów (patrz, większościowy system przeliczania głosów na mandaty metodą D'Hondta). W dodatku te cztery listy będą prowadzić kampanię przeciw sobie, a nie przeciw Kaczyńskiemu. To nie jest nawet kwestia złych czy dobrych intencji, opozycyjne ugrupowania walczą o elektorat w sporej części ten sam, więc niejako muszą się kanibalizować.

Tusk oficjalnie zaprasza wszystkich do koalicji, ale za kotarą rozdaje im prztyczki. Hołownia i PSL-owcy zupełnie mu już nie ufają. Mówią, że zaufaliby Trzaskowskiemu, ale ten (nie bez racji) boi się nadepnąć Tuskowi na stopę, więc Tusk faktycznie dla wyborców PO pozostaje bezalternatywny. 

Hołownia i jego otoczenie wciąż przeżywają swoją "świeżość" (jak się spojrzy na sejmową reprezentację Polski 2025, widać tam mądrzejszych i głupszych, ale żadne z nich nie jest "świeże"), krzywiąc się nawet na to, że mieliby wystartować na jednej liście z "nieświeżymi" PSL-owcami.

PSL wie, że koalicja jest mu potrzebna, bo śmierć zagląda w oczy. Kostucha-Kaczyński przekonuje co prawda wybranych PSL-owców, że ocali tych, którzy mu się podporządkują. Droga Mejzy stoi dla wszystkich otworem. Co bardziej rozsądni ludowcy nie entuzjazmują się jednak tymi zaproszeniami, bo wiedzą, że zarówno pieniądze budżetowe od PiS-u, jak też osłona PiS-owskich służb skończą się wówczas, kiedy Kaczyński PSL-owską przystawkę skonsumuje do końca. Wielu liderów PSL to wie, jednak bez chętnych do koalicji, oni sami ze sobą koalicji nie zrobią. 

Jaki jest plan "B"?

Czarzasty z Terleckim przygotowują się do planu "B", którym będzie koalicja po wyborach, jeśli wystarczyłaby Kaczyńskiemu do utrzymania władzy. Czarzasty dostałby wicepremiera i lwią część ministerstw (szczególnie cenne dla Lewicy, która ma dziś rozmiary domowego kotka), a Zandberg mógłby w telewizji Matyszkowicza codziennie ujadać na "libków". Oczywiście Lewica mogłaby też pójść do wyborów (a co najważniejsze, po wyborach rządzić) po stronie realnie opozycyjnej. Jeśli jednak wygrają solówki, także Czarzasty dostanie alibi na wszystko. Nie będzie to jednak wina wyłącznie Czarzastego, ale także najwybitniejszych opozycyjnych solistów. 

Kaczyński w tym pejzażu opozycyjnej "myśli taktycznej" w ogóle się jeszcze nie pojawia, nawet jeśli jego nazwisko jest tam używane, wręcz nadużywane. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy