Sikorski, Kamiński, Petru zakładają nową partię? A macie, panowie, struktury?
Wystarczy zebrać 1000 osób, wymyślić nazwę, napisać statut oraz regulaminy i partia gotowa. Dużo trudniej jednak sprawić, by jej zakładanie miało sens, a przede wszystkim by weszła do Sejmu i odegrała jakąś rolę. Dlatego z dużym dystansem podchodzę do informacji na temat nowych tworów politycznych, które miałyby wyrosnąć, pasożytując na formacji Donalda Tuska.

Mieliśmy już rozmowy toczone przez Michała Kamińskiego z różnymi liderami, które w sumie nie wiadomo do końca, jaki miały cel, ale mówiono, że oprócz rządu technicznego mogłaby być ich efektem nowa formacja.
Mieliśmy namowy politycznych influencerów (np. Elizy Michalik) kierowane do Radosława Sikorskiego, by założył swoją partię, choć tu mam poważną wątpliwość, czy on sam aby tych apeli nie prokurował. Groźbę stworzenia "prawdziwej Platformy", złożonej z Silnych Razem i osób mających upodobanie do ośmiogwiazdkowych skrótów, miał wprowadzić wraz ze swoim członkostwem w PO Roman Giertych. Pojawiały się plotki na temat partii Rafała Brzoski, który miałby zgrupować środowiska biznesowe rozczarowane rządem i szukające "trzeciej drogi".
Teraz do korowodu przyszłych, wirtualnych liderów dołączył Ryszard Petru, który w rozmowie z Interią Biznes zapewnia, że jest wręcz do tego namawiany.
Ma on tę przewagę nad konkurentami, że już jedną partię założył, a nawet wprowadził ją do parlamentu. I dodajmy, że jest to też jego największa słabość - uwzględniając losy tej formacji. Dlatego "nie chcem, ale muszem" w przypadku pana Ryszarda się nie ziści.
Struktury, misiu, struktury
We wszystkich tych spekulacjach nie chodzi tylko o zmianę nazwy czy kolorów, jak chce zrobić to Platforma Obywatelska, by pogrzebać ostatecznie historyczną, ale źle odbieraną nazwę. Nie chodzi o konsolidację koalicji, do czego ponoć ma dojść jesienią. Chodzi o stworzenie nowego bytu politycznego, który będzie konkurował z Donaldem Tuskiem i podległą mu strukturą. I tu pojawia się problem dobrze znany i Ryszardowi Petru, i Pawłowi Kukizowi, i Jarosławowi Gowinowi, i Szymonowi Hołowni z Michałem Koboską.
Najkrócej mówiąc: struktury. Wszyscy ci ludzie, którzy lepią plakaty (tak, to nadal bardzo ważne), rozdają ulotki, organizują spotkania, robią ruch w mediach społecznościowych, budują bazę społeczną (stąd wojny o koła gospodyń wiejskich i OSP), pozyskują samorządy, organizacje samorządowe. Ci, którzy potrafią przekonać szefową domu kultury, dyrektora szkoły, proboszcza, by delikatnie wsparli. Którzy sprawnie uruchomią miejskie spółki i sprytnie spożytkują zagraniczne granty, by służyły kandydatowi. Wykorzystają koncert lub akcję charytatywną. Może nie jest to w pełni zgodne z kodeksami i ustawami, ale tak się w Polsce robi wybory i tak się je wygrywa.
Potężne struktury mają dziś Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Warto dodać, że lojalność aparatu Platformy wobec tego pierwszego lidera jest dużo większa niż wśród rozczarowanego elektoratu rządzącej koalicji.
Nawet patrząc po mediach społecznościowych, działacze PO zdecydowanie częściej deklarują lojalność wobec Tuska niż nadzieje wiązane z Sikorskim czy innym politykiem. Podobnie w PiS - ambitne wilki, które liczyły na przejęcie władzy w partii czy choćby osłabienie Jarosława Kaczyńskiego, po czerwcowym kongresie zostały sprowadzone na ziemię. Aparat stawia na lidera, bo podporządkowuje się hierarchii, a także wie, gdzie dzielone są wpływy, miejsca na listach i pieniądze.
Ktoś zapyta: a jak poradziła sobie Polska 2050 Szymona Hołowni? W bardzo prosty sposób. Skorzystała z ogromnych, starych struktur PSL sięgających potężnego zjednoczenia z czasów PRL, które część zasobów siłą przejęło kiedyś przecież z historycznej partii chłopskiej. Dlatego po rozpadzie koalicji to partia Hołowni i Michała Koboski jest w zdecydowanie trudniejszej sytuacji. Przy dobrej kampanii, silnej aktywizacji swoich zasobów, PSL powinien wyciągnąć przynajmniej tyle, by wejść do Sejmu.
Survival polityczny
I w końcu kwestia zapotrzebowania. Niby dlaczego jakieś środowiska biznesowe lub liczące się grupy społeczne miałyby popierać partię, której celem będzie tylko to, by część polityków mogła uratować skórę? Tworzonej po to, by zwiększyć zdolności rozmów koalicyjnych (na przykład z Konfederacją)? Albo po prostu wejść do Sejmu, Parlamentu Europejskiego, otrzymać dotację partyjną, by mieć z czego żyć?
Trochę to mało jak na program polityczny, który miałby wywrócić do góry nogami polską scenę polityczną, a nawet taki, który zachęciłby tysiące osób do zaangażowania.
Taka formacja ma za to jak w banku, że będzie bezwzględnie zwalczana przez tego, któremu będzie najbardziej zagrażać, a zarazem, tak się składa, kto ma dziś największe wpływy w Polsce. Pozostaje więc chodzenie i opowiadanie, że "coś się szykuje", toczenie rozmów, zakulisowe spotkania, które pobudzają ciekawość mediów. To przecież też metoda na przetrwanie w polityce. Ważne, żeby mówili i nie przekręcali nazwiska.
Wiktor Świetlik












