SAFE zero procent? To ma ręce i nogi. A nawet głowę na karku
Wspólna inicjatywa prezydenta Nawrockiego i prezesa Glapińskiego w proch i pył rozbija rządową narrację o tym, że dla unijnej pożyczki SAFE nie ma żadnej alternatywy. Owszem, jest. I to znacznie tańsza oraz bezpieczniejsza.

Uśmiechniętemu rządowi zdawało się, że mają już prezydenta w SAFE-owej pułapce. Podpisze? To powiedzą, że "nawet on" chwilowo zmądrzał, albo że się przestraszył i wymiękł. A za tydzień i tak nazwą go "wetomatatem" albo jakoś równie subtelnie.
A najważniejsze, że jak Karol Nawrocki podpisze, to liberałowie dostaną to, czego chcą. Czyli program, który będzie kolejnym ubezwłasnowolnieniem Polski w relacjach z Komisją Europejską. A to się bardzo przyda na wypadek wyborczej porażki w roku 2027.
Nie podpisze? No to prorządowa medialno-komentatorska otulina rozpęta piekło, nazywając Nawrockiego zdrajcą polskiego wojska, sługusem Władimira Putina albo i gorzej. "Win-win" - myśleli sobie liberałowie, szykując kieliszki do szampana.
Alternatywa dla programu SAFE. Bez odsetek i warunkowości
Tymczasem Nawrocki wyszedł z tej pułapki z impetem, który zaskoczył chyba nawet jego twardych zwolenników. Do tej pory, gdy prezydent odrzucał ustawy uśmiechniętego rządu, to raczej tylko tłumaczył. Czasem słał alternatywne projekty, które marszałek Sejmu chował w uśmiechniętej zamrażarce.
Z tym SAFE zero proc. to prezydent wytoczył jednak prawdziwą kolubrynę. Plan sprowadza się do tego, by zapewnić alternatywne źródła finansowania ambitnego programu zbrojeniowego.
W kwotach nie mniejszych niż unijna pożyczka SAFE. Tylko że bez nieznanych dziś odsetek od kredytu. I - co jeszcze ważniejsze - bez mechanizmu warunkowości, czyli owego wędzidła, które Komisja Europejska chciała nam narzucić przy okazji zaciągania pożyczki na armię. I potem ściągać i luzować wedle własnego uznania, zamieniając tym samym polską suwerenność w pacynkę.
Czy ten SAFE za zero jest realny? Oczywiście, że jest. A to z tego powodu, że w tym wypadku źródłem pieniędzy będzie Narodowy Bank Polski. Bank centralny to instytucja pozostająca nieco w cieniu politycznych sporów, ale niezwykle potężna.
Nie tylko z resztą w Polsce. Dla każdego, kto choć trochę ograna kwestie ekonomiczne, nie ulega żadnej wątpliwości, że tylko dzięki pomocy Europejskiego Banku Centralnego kraje UE mogły pozwolić sobie na liczone w ciężkich miliardach tarcze antycovidowe.
Amerykański Fed czy NBP pod wodzą Adama Glapińskiego postąpiły z resztą wówczas identycznie. U nas ekonomiczni analfabeci chcieli za to stawiać władze NBP przed trybunałem. Choć powinni raczej dziękować.
Finansowanie SAFE 0 proc. Tak wymyślił to prezydent i NBP
Tamte operacje banków centralnych z lat 2020-2022 zwykło się nazywać "niekonwencjonalną polityką monetarną". Niektórzy zarzucają jej, że była pośrednim finansowaniem długu publicznego.
A tego - powiadają puryści - zgodnie z unijnymi traktatami robić nie wolno.
Myślący mniej dogmatycznie odpowiadają jednak, że traktaty unijne były pisane dla rzeczywistości lat 90. i dziś są już mocno przestarzałe. Banki centralne zaś tylko się uśmiechają i robią swoją robotę.
W Europie idzie to wszystko w kierunku modelu amerykańskiego, gdzie tamtejszy Fed oficjalnie ma w swoim konstytucyjnym mandacie nie tylko "pilnowanie stabilności pieniądza", ale także troskę o dobrą koniunkturę i wysokie zatrudnienie.
Zgłoszony w środę u prezydenta pomysł pomocy NBP w finansowaniu wydatków zbrojeniowych jest trochę inny niż działania z czasów covidu. Tu w grę wejdzie nie tyle pomoc dla rządu w utylizacji zadłużenia publicznego, co raczej stworzenie specjalnego funduszu na zbrojenia.
Adam Glapiński zapewnił, że nie chodzi o ruszanie rezerw walutowych. Te pozostają do dyspozycji, gdy zajdzie potrzeba stabilizacji kursu złotego.
Wygląda na to, że źródłem pieniędzy mają być polskie rezerwy złota. Rezerwy - dodajmy - bardzo znaczące. Ten temat był w ostatnich latach konikiem prezesa Glapińskiego, a polski bank centrali należał do najbardziej aktywnych graczy na rynku złota.
Intensywne zakupy ruszyły w 2017 roku i o tamtej pory z poziomu 100 ton zwiększyły się do 550 ton kruszcu. Biorąc pod uwagę rekordowe wzrosty cen surowca, trzeba powiedzieć, że "Glapa" miał nosa. Istnieją wyliczenia, wedle których sam tylko wzrost wartości złota w ciągu ostatnich pięciu lat znacznie przekracza całą kwotę pożyczki SAFE, które chce pożyczać polski rząd.
Użycie choćby części tych zasobów do finansowania wydatków zbrojeniowych może więc zupełnie spokojnie stanowić albo bezpośrednie finansowanie albo zabezpieczenie wydatków na zbrojenia, których potrzebujemy.
Krótko mówiąc - ten plan ma ręce i nogi. A nawet głowę na karku.
Co na to rząd?
Po stronie rządu mamy na razie dezorientację. Trwa gorączkowe poszukiwanie dziury w całym i pretekstów do obśmiania planu. Pierwsze podejścia pod ten cel są jednak bardzo niespójne.
Najbardziej rozczulił wiceminister obrony Cezary Tomczyk, który stwierdził, że złota NBP Glapiński nie ma prawa ruszać, bo jest ono zabezpieczeniem na wypadek… wojny.
Tak jakby Glapa i Nawro chcieli wydać te środki na budowę miliarda orlików albo centrum sztuki współczesnej na Mount Evereście. A nie na czołgi, rakiety i pociski, których potrzebujemy do obrony.
Jednocześnie nawet wśród ekonomistów niekoniecznie sprzyjających opozycji SAFE za zero otrzymał nieoczekiwane wsparcie.
Były wicepremier w rządach SLD Grzegorz Kołodko stwierdził nawet, że pomysł jest… jego własną koncepcją. Faktycznie opisaną przez ekonomistę we wrześniu ubiegłego roku w portalu Money.
Z tą tylko różnicą, że u Kołodki - zdeklarowanego pacyfisty - część rezerw złota miałaby zostać użyta do tego, by ciśnienie wydatków zbrojeniowych nie wywróciło stabilności polskich finansów publicznych. Ale w sumie na jedno przecież wychodzi.
Rafał Woś















