SAFE to szantaż. A szantażom nie należy ulegać
Karol Nawrocki nie powinien podpisywać SAFE. I szczerze mówiąc, bardzo bym się zdziwił, gdyby to zrobił.

Program SAFE jest pułapką. I to jest absolutnie oczywiste dla każdego, kto skończył osiem lat i klockami LEGO bawi się już tylko po pijaku.
Różnica pomiędzy stronami polskiego sporu o SAFE polega na tym, że zwolennicy wpadnięcia w tę "sejfową" pułapkę się nie boją. Przeciwnie - Donald Tusk, Radosław Sikorski i inni rządzący nami unijni liberałowie - wpaść w tę pułapkę bardzo chcą. Wprost nie mogą się doczekać, by się w niej znaleźć. Widzą w niej bowiem wielką szansę na realizację swoich partykularnych celów. Głównie utrzymania władzy po roku 2027.
Program SAFE to pułapka idealna
Pułapka unijnej pożyczki SAFE polega oczywiście na wbudowanym weń mechanizmie warunkowości. Chodzi o schemat, w myśl którego bierzemy dziś pożyczkę, którą na pewno będziemy żyrować i spłacać.
Jednocześnie same pieniądze mogą do nas w ogóle nie trafić, albo zostać na wstrzymane pod byle pretekstem przez Komisję Europejską. Dokładnie wedle tego samego schematu, jak mrożony w latach 2022-24 unijny Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększenia Odporności. Lepiej znany u nas jako KPO. Każdy, kto nie spadł wczoraj z księżyca, musi pamiętać, jak Bruksela mroziła Polsce pieniądze z tego programu aż do momentu, gdy w Warszawie nie zmieniła się władza. Dopiero wtedy - gdy Polki i Polacy zagłosowali wreszcie tak, jak chciał liberalny euroestablishment - pieniądze zostały odblokowane. Choć przecież gdy chodzi o konkretne rozwiązania prawne (owe niesławne "kamienie milowe"), nie zmieniło się nic. N-I-C.
Jednocześnie warunkowość SAFE-u będzie w rękach Brukseli dalece silniejszym mechanizmem ingerencji w polskie demokratyczne wybory, niż był nim KPO. Dlaczego? Bo celem KPO były "zaledwie" inwestycje zwykłe. W SAFE chodzi zaś o najbardziej esencjonalną dla racji stanu kwestię, czyli o zbrojenia i bezpieczeństwo.
Jak pamiętamy, wokół KPO udało się Unii Europejskiej i polskim "unijczykom" zbudować idealną pułapkę na demokratyczny rząd Mateusza Morawieckiego.
Działała ona tak: jak przyjmie KPO, to będziemy mogli z nim grać w kotka i myszę, domagając się kolejnych ustępstw, machając mu marchewką "miliardów z Unii". A jak odrzuci, to się zrobi raban na osiem fajerek, że Morawiecki jest jak rządy Polski Ludowej, co wzgardziły uczestnictwem w planie Marshalla i skazali kolejne pokolenia na biedowanie.
Nie ma najmniejszych wątpliwości, że SAFE pomyślany jest dokładnie tak samo. Jak wezmą, to będziemy mogli grozić Polakom wstrzymaniem pieniędzy na zbrojenia, jeżeli źle wybiorą sobie rząd w roku 2027. A jak nie wezmą, to się ogłosi, że to ruscy agenci i nie chcą się zbroić przeciwko Władimirowi Putinowi. Tak to będzie sprzedawane. Tak to już jest sprzedawane w liberalnym mainstreamie.
Ale przecież warunkowość programu SAFE to tylko pierwszy, ale wcale nie jedyny dobry powód, by programu nie przyjmować. Równie ważne - a może nawet ważniejsze - są względy praktyczno-ekonomiczne.
Zdziwię się, jeśli Karol Nawrocki to podpisze
Po pierwsze, odmowa udziału w SAFE nie oznacza zawrócenia ze ścieżki zbrojeń. Każdy, kto tak twierdzi, zwyczajnie manipuluje i słuchać go nie należy. Przede wszystkim Polska może kredyty na rozbudowę armii pozyskiwać sama, korzystając z własnej - w międzyczasie bardzo dobrej - zdolności kredytowej. Tak jak zrobią to na przykład Szwedzi, którzy udziału w SAFE odmówili, twierdząc, że potrzebne środki pożyczą sami. Albo jak Niemcy, którzy w SAFE uczestniczą jako sprzedawca broni. A nie jako kupujący.
Po drugie, Polska może swoje zdolności wojskowe rozbudowywać w oparciu o środki własne. Dokładnie tak, jak robiła to przez ostatnie cztery lata w ścisłej współpracy rządu i banku centralnego. Co było zresztą powieleniem modelu finansowania programów antykryzysowych w pandemii COVID-19. Programów, które pozwoliły nam uniknąć głębokiej recesji, a z drugiej strony trzymać wydatki publiczne w kondycji, do której nie mogła się przyczepić nawet (niechętna wówczas rządowi PiS) Komisja Europejska.
Po trzecie, musimy pamiętać, że pożyczanie w ramach programu SAFE oznacza pozyskiwanie "znaczonych pieniędzy". Dokładnie tak, jak to było w przypadku KPO. Te programy są bowiem tak zbudowane, że środki zeń wydawać można tylko na niektóre cele. A na inne nie. Mówiąc wprost, dłużnik bierze na siebie koszty obsługi pożyczki. Ale o tym, co sobie za nie kupi, decyduje wierzyciel. W wypadku uzbrojenia ma to znaczenie kluczowe. Oddanie decyzji o tym, co i od kogo kupujemy jest de facto oddaniem w cudze ręce kierownictwa całej strategii bezpieczeństwa państwa.
I tu leży chyba - jeśli wolno tak powiedzieć - pies pogrzebany. Na głębszym poziomie jest ten spór o SAFE sporem o Polskę w Europie. Zwolennicy programu widzą w nim szansę na to, by się Polska wreszcie w tej Unii rozpuściła i by scedowała na Brukselę (i tego, kto tam aktualnie rządzi, bo przecież nie chodzi o Flamandów ani Walonów) pełni faktycznej władzy. To model, w którym polskie demokratyczne wybory wciąż się odbywają, ale są - by tak rzec - teatrzykiem kukiełkowym dla przedszkolaków. Bo kluczowe decyzje zapadają gdzie indziej. A nasi rządzący mają je tylko z gracją realizować.
Po drugiej stronie tego sporu są ci, którzy podnoszą kwestię suwerenności. Oni nie chcą, by wybierani w demokratycznych wyborach przez Polki i Polaków politycy byli tylko figurantami. Ten obóz powołuje się na literalne zapisy unijnych traktatów mówiące o dobrowolnym związku suwerennych państw, które swoje polityki - owszem - koordynują. Ale władza nad kluczowymi sprawami pozostaje rozproszona. Zgodnie z narodowymi konstytucjami. W tym Konstytucją RP.
Karol Nawrocki wygrał demokratyczne wybory prezydenckie, dość wyraziście pozycjonując się jako kandydat tego drugiego obozu. I z tych wszystkich powodów bardzo bym się zdziwił, gdyby jego podpis znalazł się pod unijną pożyczką SAFE.
Rafał Woś














