Prezentacja rządu w auli Politechniki może spokojnie zostać wpisana do podręczników "robienia polityki" w rozdziale "jak polityki robić nie należy". Jeśli ktoś starannie ją przygotowywał - to przygotował ją kompletnie bez wyczucia tego, co nowa premier jest w stanie znieść na początek urzędowania. Gigantyczna przestrzeń, która - miałem wrażenie - przytłoczyła Ewę Kopacz, podest i otoczenie, które nie pozwalało w jakikolwiek sposób opanować tremy, zaowocowały zdenerwowaniem i pomyłkami w przedstawianiu ministrów. Jeśli dodać do tego nieustające przypominanie i podkreślanie, że nowa premier jest kobietą, i dziwne, ezopowe przypowieści o chowaniu się w domu na widok niebezpieczeństwa - wrażenie było katastrofalne. Gafy, wpadki i niezręczności byłyby jednak mniej istotne, gdyby nie towarzyszyły im znaki zapytania i wątpliwości związane ze sposobem formowania nowego gabinetu. Formowanie to sprawiało wrażenie chaotycznego, przypadkowego, podporządkowanego kalkulacjom partyjnym albo kryterium osobistej lojalności. To, że Ewa Kopacz nie mogła być przy tej okazji okazać równej niezależności, jaką mógł okazywać Donald Tusk, jest zrozumiałe. Odchodzący premier konstruował rządy opromieniony chwałą wyborczych zwycięstw, z mocnym mandatem politycznym i partyjnym. Kopacz musiała zwracać większą uwagę na to, by nominacjami pacyfikować wewnątrzplatformijne nastroje i kupować sobie odrobinę partyjnego spokoju. Ale to, dlaczego ten spokój postanowiła budować przy pomocy zmiany szefa dyplomacji, tego się nie dowiedzieliśmy. Tajemnicą poliszynela jest, że Radek Sikorski miał ambicje wicepremierowskie, a kiedy okazało się, że nie ma co liczyć na taki awans - zamarzył o marszałkowaniu Sejmowi. I zdaje się, że trudno było mu to wyperswadować. Ale to - dlaczego z wielu kandydatów Ewa Kopacz wybrała akurat Grzegorza Schetynę, czemu, skoro był kiedyś szefem MSW, nie powierzyła mu raczej tego resortu, i dlaczego szefową policji i licznych straży zrobiła posłankę, która sama o sobie mówi, że marzy o emeryturze i świętym spokoju - pozostaje jej słodką tajemnicą. A robienie kogoś ministrem spraw zagranicznych, zwłaszcza w takiej sytuacji międzynarodowej, na zasadzie robienia mu na złość, jest co najmniej niepokojące. Tu ukłon w stronę partyjnych układów, tam postawienie na lokalno-koleżeńską lojalność, tu i ówdzie przekonanie, że nikt z wizją i siłą nie zgodzi się wejść do rządu na rok - wszystko to przyniosło gabinet nieco bezbarwny, składający się głównie ze starych działaczy PO i kilku mało znanych wcześniej pań. To może być mieszanka, która "dowiezie" Platformę do wyborów. Ale czy to jest mieszanka, która przekona Polaków, by kolejny raz zagłosowali na rządzącą partię? Jeśli wizerunek i forma nowego rządu będą miały w sobie sporo z tej nieszczęsnej prezentacji na Politechnice, to podejrzewam, że przyzwyczajeni do partii rządzonych przez silnych i wyrazistych liderów Polacy mogą mieć spory problem, by - nawet z zaciśniętymi zębami - zagłosować na Platformę Obywatelską.