Wczoraj we francuskiej telewizji publicznej gawędzono o amerykańskiej agresji wobec Wenezueli. Łamano sobie głowy nad legalnością czy nielegalnością schwytania pana Maduro. Załamywano ręce nad nowym imperializmem USA. Wreszcie biadano nad strefami wpływów, które coraz bardziej bezczelnie wyznaczają na globusie największe państwa. Do USA zatem należeć miałyby obie Ameryki, w tym Grenlandia, część obszaru na Pacyfiku. Wreszcie zwasalizowana Europa. W pewnej chwili jeden z paryskich publicystów, jakby się obudził i zareagował: "Europa zostanie podzielona". Drugi zaś bez mrugnięcia okiem dodał: "Oczywiście!". I tu wątek urwano.
"To tak wygląda wasza solidarność!", pomyślałem w zasypanej śniegiem tej połowie Europy, którą już rzucono w myślach na pożarcie. W teorii niedawno podpisaliśmy z Francją traktat w Nancy, który jakoś ma wzmacniać nasze bezpieczeństwo. Papier wszystko zniesie, szczególnie gdy prześwitują zza niego kontrakty zbrojeniowe. W praktyce chyba trzeba nie znać Paryża, żeby wierzyć, że ktoś tam podejmie ryzykowną decyzję, aby nas ratować. Słodka "joie de vivre", kawiarniana "radość życia" zawsze miały swoją mroczną stronę. Nie inaczej jest dzisiaj.
Caracas - Warszawa
Oczywiście pytanie, co oznacza uprowadzenie przez Amerykanów prezydenta Maduro, dla Europy i Polski jest zasadne. W Polsce dominuje podwórkowa hipokryzja. Ci, którzy najwięcej ryczą o obronie naszej niepodległości, jednocześnie wycierają brzuchy, aby płaszczyć się przed Donaldem Trumpem. Jeden z prawicowych publicystów, dla przyciągnięcia uwagi czy z głupoty (co zresztą wychodzi na jedno), zachęcał Amerykanów do usunięcia Donalda Tuska, jak pana Maduro. Nie wiedział biedaczysko, że Polska nie ma największych na świecie złóż ropy naftowej, więc nikt go nie posłucha.
W jednym bowiem francuscy komentatorzy mieli rację strefy wpływów to nie system norm porządku międzynarodowego. Ze studiów pamiętam drwiące pytania studentów do wykładowców, czy ta gałąź prawa w ogóle jest na serio. Prezydent Donald Trump udziela niejako odpowiedzi: "prawo międzynarodowe jest dla słabych". I skądinąd ma rację. Istotnie, to dla krajów takich, jak Polska czy Dania, ustanowienie reguł i ich minimalne poszanowanie ma znaczenie. Imperia zawsze mogą trzasnąć pięścią w stół. Zrzucić bombę atomową. Ich powściąganie w działaniu, wszystko jedno z jakich motywacji, pozwala nam trwać na mapie świata. Przeciwnicy Unii Europejskiej chyba nie zdają sobie sprawy, że w chwilę po jej zniknięciu znaleźlibyśmy się w "stanie natury" czy "szarej strefie". Tam już krążą geopolityczne drapieżniki, którym krew ścieka z siekaczy. Podobnie rzecz ma się z ewentualnym rozkładem NATO.
Śmierć NATO?
Tymczasem prezydent Donald Trump z uśmiechem powiedział, że następna na celowniku jest między innymi Grenlandia. Czy Dania może wezwać NATO do obrony przed USA? - to pytanie krąży wśród specjalistów bodaj od 2019, gdy po raz pierwszy amerykański polityk zaczął flirtować z ideą przejęcia wyspy pokrytej lądolodem. Samo pytanie początkowo budziło wesołość. Jednak od roku prezydent USA uparcie wraca do tematu. Obecnie można raczej powiedzieć, że Amerykanie błyskawicznie zajęliby Nuuk i resztę Grenlandii, zaś… Europa nie zrobiłaby nic. Albo podzieliłaby się jak w sprawie siłowego uprowadzenia Maduro. Jedni nabrali wody w usta, inni coś przebąkiwali o prawie zaś premier Włoch, Georgia Meloni otwarcie poparła działania USA w Wenezueli. Generalnie na horyzoncie majaczy bowiem widmo porzucenia przez Trumpa Ukrainy. Odcięcie pomocy wywiadowczej i logistycznej mogłoby doprowadzić do szybkiego zwycięstwa Rosji. Moskiewskie wojska rozochocone ewentualnym sukcesem pytałaby, jaki jest następny cel na Starym Kontynencie. Europę w międzyczasie zalałaby ogromna fala emigracji. Pytanie o strefy wpływów zawisłoby nad polskimi głowami, nad całym naszym dorobkiem od 1989 roku. W sytuacji zagrożenia - widoczna dziś wzajemna nieufność państw europejskich - tylko przyśpieszyłaby procesy dezintegracyjne.
W tej chwili widać, że prezydent Donald Trump atakuje UE i marginalizuje NATO. Czy "America First" doprowadzi do zamrożenia czy rozpadu tych organizacji? Nie wiemy, ale w przeszłości nie takie rzeczy widzieliśmy. Nie jeden z nas jeszcze pamięta, jak rozpadało się RWPG czy Układ Warszawski. Właśnie dlatego powinniśmy dopuszczać myśl, że - obserwując wydarzenia w odległej geograficznie Wenezueli - oglądamy także piłowanie gałęzi, na której siedzimy. Być może teraz prezydent Donald Trump postawi się teraz mocniej prezydentowi Putinowi. A być może przeciwnie, to tylko ciąg dalszy rozkładania dawnego świata na kawałki, z których najsilniejsi wybiorą sobie, co zechcą.














