Równanie w dół. Wszyscy jesteśmy lodziarnią z Pszczyny
Co chciała osiągnąć rzeczniczka praw dziecka, interweniując w sprawie nagradzania przez lodziarnię z Pszczyny najlepszych uczniów? Być może to, by część dzieci nauczyła się żyć w świecie, w którym za darmo lody dostają nie najpracowitsi, a ci, którzy mają znajomego lodziarza.

Historia interwencji w Lodziarni Pod Dębem z Pszczyny mogłaby zostać wymyślona przez jakiegoś współczesnego Gogola, Mrożka lub Josepha Hellera.
Trudno o bardziej ostentacyjny przykład urzędniczej nadgorliwości, ale też szkodliwego absurdu, do jakiego dotarła konsekwentnie realizowana utopijna wizja. Jak wiele zgubnych ideologii, mająca gdzieś tam w pomrokach historii szlachetne założenia.
Obecne tłumaczenia, gdy już zrobiła się awantura, że "to tylko było tak do rozważenia" w ogóle sobie darujmy. Jak malutki biznes z Pszczyny dostaje pismo z ministerstwa, to raczej nie traktuje ich jako zbioru dobrych rad i doświadczenie uczy, że ma w tym rację. Gdyby właściciele się nie wycofali, a równocześnie sprawa nie zyskała zasięgów, to z dużą dozą prawdopodobieństwa zaliczyliby potem krzyżową kontrolę i żaden uczeń, ani dobry, ani zły, już by Pod Dębem loda nie dostał.
Darmowe lody
A przecież intencje pani rzeczniczki były tak chwalebne! Śląska lodziarnia, rozdając za darmo dzieciom z czerwonym paskiem na świadectwie lody, dyskryminowała inne dzieci, które paska nie miały.
Zgubny proceder trwał od 25 lat. Nie wiem, co Monika Horna-Cieślak miała w głowie, wysyłając list "z prośbą o zaprzestanie tej inicjatywy". Może wyzysk pańszczyźnianego chłopa i niepiśmienne dzieci pracujące od małego w polu. Może amerykańskich niewolników z XIX wieku? Być może kierowała się trendami zza oceanu.
Zapewne modne na lewicy pojęcia, takie jak affirmative action czy equity, pani rzecznik ma w małym palcu. Problem w tym, że niezbyt uwzględniła to, że żyjemy w Polsce, a nie w Kalifornii albo Nowym Meksyku i tamtejszych problemów po prostu nie mamy. Mamy za to inne, które jej działania pogłębiają.
Tak czy siak, trzeba przyznać, że list odniósł skutek, o jakim tylko mogli pomarzyć politycy pokroju Sławomira Mentzena. Koncertowo ośmieszył sprowadzoną do absurdu "walkę o równość", a w sprawę włączył się sprawny w takich performance'ach Krzysztof Stanowski, który zapowiedział, że też będzie rozdawał dobrym uczniom lody. Nie da się ukryć, że nie pomogło to pani rzecznik.
Historia ta aż prosi się o satyrę. Przecież wspomniani radykalni liberałowie gospodarczy też powinni akcję pochwalić. W końcu dzięki rzeczniczce praw dziecka najlepsi uczniowie, przyszła elita, od dziecka uczą się, że podobnie jak "nie ma darmowej zupy", tak samo nie ma darmowego loda.
Można by tak ciągnąć, sprawa ta ma jednak bardzo poważne korzenie, tło i konsekwencje.
Potworek równości
Akcja Moniki Hornej-Cieślak to przejaw powszechnego, wybiórczego doprowadzenia do absurdu fundamentalnej zasady naszej cywilizacji, jaką jest równość wobec prawa czy społeczne dążenie do likwidacji nieuzasadnionych nierówności.
Problem w tym, że te wielowiekowe dążenia, których efektem były i równe prawa dla kobiet, i powszechna edukacja, przerodziły się w ideologicznego potworka, gdzie równość jest traktowana wybiórczo, na podstawie urzędniczego wskazania palcem, stając się swoim zaprzeczeniem.
Jeśli pani rzecznik uważa inaczej, to może niech się przejedzie do Pszczyny i wytłumaczy dobrym i złym uczniom, dlaczego jedni rodzice w Polsce mieli informację o dostępie do rozdziału środków z KPO, a inni nie. To jest prawdziwa nierówność, a nie to, że dziecko dostanie loda za czerwony pasek.
W sprawie z Pszczyny zastosowano typowe równanie w dół. Zamiast - jak zrobiła to lodziarnia - podciągać aspiracje, postanowiono je obniżyć. Zresztą to tylko element szerszego zjawiska walki z samymi czerwonymi paskami, już wdrażanej w niektórych szkołach. Wszystkie dzieci dostają tam kolorowy znaczek za to, "w czym są dobre", według uznania, a nie na podstawie ocen czy osiągnięć. Łobuz i leń też mogą dostać za poczucie humoru, tak samo jak olimpijczyk za ciężką pracę.
Wszystkie dzieci zapłacą
Ta ideologiczna urawniłowka jest w rzeczywistości dyskryminacją nie tylko najzdolniejszych, ale również najpracowitszych. To oczywista demotywacja wynikająca z ideologicznego oderwania od rzeczywistości, braku analizy skutków własnych działań i lekceważenia długofalowych konsekwencji społecznych w kraju, który już dziś zmaga się z poważnymi problemami w obszarze edukacji.
Niby drobna sprawa, medialny "michałek", a w istocie przejaw koszmarnego zniekształcenia zasady równego traktowania. Wydawałoby się, że każdy wie, iż społeczeństwo rozwija się przez nagradzanie kompetencji, pracy i osiągnięć, a nie dzięki systematycznemu zacieraniu różnic między tymi, którzy włożyli większy wysiłek, a tymi, którzy tego nie zrobili.
Dzieci z Pszczyny zapewne to rozumieją, rzeczniczka praw dziecka i jej podobni ideolodzy albo sobie z tym w zacietrzewieniu nie radzą, albo to zwalczają. W jednym i drugim przypadku rysuje to fatalną perspektywę na przyszłość. Nie tylko dla dzieci z czerwonymi paskami, ale dla wszystkich małych klientów lodziarni z Pszczyny, a także ich polskich rówieśników.
Wiktor Świetlik














