Rok pobudki, czyli koniec naiwnego bezpieczeństwa Polski
Mijający rok powinien nas przekonać do współpracy w polityce bezpieczeństwa. Jeśli ktoś wątpi, niech przeczyta najpierw nową Strategię Bezpieczeństwa Narodowego USA, a potem finał wiersza Brzechwy "Na straganie".

Podsumowania roku atakują nas zewsząd. W tym roku są one mocno ponure. W grudniu 2024 roku wielką nadzieję nieśli zwolennicy Donalda Trumpa.
Reelekcja kandydata republikanów ich politycznie uskrzydliła. Przejęcie władzy w najpotężniejszym kraju na świecie wydawała się postawieniem kropki nad "i". Setki decyzji i podpisy składane przed kamerami dowodziły, że wszystko jest możliwe. Nawet ekspresowa zmiana ideologiczna. I oto po 12 miesiącach nawet media sprzyjające trumpizmowi oklapły. Jak gdyby w czasach nowych mediów tylko znajdowanie się w politycznej opozycji uskrzydlało.
Gospodarz Białego Domu w ciągu roku - na pewno niechcący - pokazał ogromne słabości Stanów Zjednoczonych. Zerwał zasłony dyplomacji, administracji i wszystkich ceremoniałów, które sprawiały, że władza wydawała się odległa, a przez to niemal nieograniczona. Oczywiście były to złudzenia, jednak na tym właśnie - na "soft power" - w dużej mierze opierała się Pax Americana.
Coraz mniej sprawny ustrój USA obserwujemy od dekad. Obecnie namacalne efekty kryzysu skruszyły fundament państwa, rozregulowały administrację, na szczyt władzy wypchnęły telewizyjnego celebrytę. Ostatecznie podważyły wizerunek potęgi, co widać w działaniach Rosji oraz Chin.
Podsumowaniem roku 2025 są zatem nie tyle same miesiące Trumpa w Białym Domu, ile:
- permanentne ataki Rosji na Ukrainę w czasie rzekomych rozmów pokojowych,
- popisowe manewry chińskie dokoła Tajwanu,
- Europa z wolna otrząsająca się z ciosów zadanych przez Waszyngton.
W tym czasie Trump snuje bajkowe opowieści o pokoju niesionym światu, podczas gdy nawet w Gazie zawieszenie broni jest wirtualne.
Po amerykańskim śnie
Dla Polski to czas przebudzenia. Po 1989 roku wraz z innymi państwami regionu postawiliśmy na jedną kartę. Nie ma sobie co tego wyrzucać. Jeszcze w ostatnim roku prezydentury Joe Bidena było to poniekąd uzasadnione. Teraz jednak czas na pracę, której największym przeciwnikiem jest głupota polaryzacji. Gołym okiem widać, że od 2025 roku musimy przemyśleć sprawę bezpieczeństwa w Europie Wschodniej.
Z jednej strony, do władzy w krajach Europy Zachodniej pchają się partie, które wspiera Rosja, zwykle medialnie, czasem nawet finansowo. W obecnym świecie powinniśmy myśleć o scenariuszu, w którym za kilka lat nacjonaliści zdobywają władzę, np. we Francji czy w Niemczech, i całkowicie wycofują się ze współpracy z nami w zakresie bezpieczeństwa. Zwijają Unię Europejską w zakresie swobodnego przepływu osób - i nie tylko. Do niedawna było to "science fiction", obecnie sondaże pokazują dobitnie, kto idzie po władzę w Paryżu, Berlinie czy Londynie.
Z drugiej strony, USA pokazują, że porzucenie sojuszników jest możliwe. Nie ma w tym zaskoczeń, kiedyś machnęli ręki na Wietnam Południowy, niedawno zaś na Afganistan. Jeśli jednak porzucą Ukrainę, kto zaręczy, że nie porzucą innych. Na każdym kroku Kijów pokazuje Trumpowi, że geopolitycznie woli być z nim, a nie z Putinem - niewiele to jednak zmienia.
Nad nami wciąż wisi cień dyplomatycznego porzucenia, zdrady w białych rękawiczkach, która może odbyć się poprzez zmuszenie Ukrainy do zawarcia pokoju na niekorzystnych warunkach.
Gwarancje bezpieczeństwa, które nie będą nic warte, zostaną oczywiście udzielone, tak jak kiedyś złożono podpisy pod Memorandum Budapesztańskim. Wtedy Bill Clinton przymusił Kijów do oddania broni jądrowej, teraz Donald Trump dociśnie oddanie ukraińskich ziem i podpisanie rozejmu czy pokoju, który będzie tak "respektowany" przez agresora, jak inne inicjatywy pokojowe tego polityka.
W istocie Amerykanów Europa Wschodnia mało obchodzi. I jeśli ktoś sądzi, że Warszawa ma jakieś specjalne przywileje w Białym Domu, bo kilka lat temu Trump powiedział kilka cieplejszych słów podczas przemówienia w Warszawie - to jest bardzo, bardzo naiwny. Zresztą to nie on napisał to przemówienie.
Razem do roboty
Rok 2025 uczy nas, że w Polsce w zasadzie każda strona sporu - prawica, lewica i centrum - powinny zabrać się od nowa do namysłu nad naszą suwerennością. Sytuacja radykalnie się zmieniła. Wojna na Wschodzie może się skończyć wygraną Rosji. Agresorzy widzą słabości USA. My zresztą także wiemy, że coraz mniej wskazuje na to, iż Amerykanie będą chcieli umierać za Tallin, Helsinki czy Warszawę.
Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA, podpisana przez prezydenta Donalda Trumpa, wykłada to nam czarno na białym. Jednocześnie wiemy, że Europa Zachodnia - bez USA - samodzielnie nie jest nam w stanie zapewnić bezpieczeństwa. Społeczeństwa i wyborcy, którym obojętne są powiązania rosyjskie, z pewnością także nie będą dla nas się narażać. Jeśli ten rok ma coś nam do powiedzenia ważnego, to jedno:
Dość głupich sporów, pomyślmy raczej o naszych dzieciach i wnukach. Ostatecznie one w przedszkolach uczą się wiersza, w którym polskie warzywa mówią poważne prawdy tylko połowicznie żartobliwym tonem: "Po co wasze swary głupie / Wnet i tak zginiemy w zupie!". Kochani Rodacy, w 2026 roku mamy coś do zrobienia - razem.
Jarosław Kuisz














