Rok nie wyrok. Klincz po wyborach prezydenckich i nowy gracz na horyzoncie
Rok po wyborach prezydenckich sytuacja rządu i największej partii rządzącej jest lepsza, niż można było się spodziewać po porażce Rafała Trzaskowskiego w drugiej turze wyborów z Karolem Nawrockim. Nie tak dobra jednak, żeby uznać, że obecna koalicja będzie w stanie utrzymać władzę.

Rok od wyborów zleciał zaskakująco szybko. Rząd nie upadł. Świat się nie skończył. Równocześnie panuje poczucie, jakby dobiegała końca druga kadencja rządu Tuska, a nie zaledwie dwa i pół roku. Gdyby szukać słowa klucza opisującego stan umysłów wyborców - nie tylko rządzącej koalicji - byłoby to, jak sądzę, zmęczenie.
Wysokooktanowe paliwo, jakim napędza się polska polityka, czyli starcie KO-PiS, daje coraz mniej ciepła. Równocześnie nie widać wciąż innego, przynajmniej tak długo jak w którejś z dwóch głównych partii nie nastąpi zmiana warty lub też nie objawi się nowy gracz skuteczniej angażujący emocje anty-PiS lub anty-Tusk.
Trochę jak we współczesnym konflikcie na polu walki nie ma efektownych przełamań ani okrążeń. Toczy się wytrwała wojna pozycyjna, jak w niezbyt ciekawym finale Ligii Mistrzów. To są mecze, które się przegrywa, a nie wygrywa. Dobry występ konkurenta w debacie, jedna nieostrożna wypowiedź w kluczowym momencie oznacza utratę władzy.
Izolacja koalicji
Może dlatego ta władza wydaje się tak nieciekawa. Mimo tak wielu słów i prób podłączenia się pod "grzejące" tematy rozwojowe czy suwerennościowe ma niewiele do zaoferowania. To nie do końca są jej tematy. Czy to CPK, czy inne wielkie projekty (samochód elektryczny) były konsekwentnie przez ówczesną opozycję ośmieszane jako megalomania Morawieckiego i Kaczyńskiego.
Dziś, widząc, co kręci młodych mężczyzn, narzucających ton w mediach społecznościowych i na youtube'ie, KO poszła za nimi, ryzykując utratę wiarygodności oraz części dotychczasowych wyborców.
Kiedy przez lata cały wysiłek idzie na zbrzydzenie konkurencji, trudno znaleźć w sobie odpowiedź na to, po co tak naprawdę się rządzi? KO okazuje się partią naturalnie funkcjonującą w opozycji - kiedyś wobec klasy politycznej, dziś wobec wizji Polski PiS.
Nie ma tu natomiast tego, co jest potrzebne do sprawnego i sensownego rządzenia: misji, wizji, wartości, merytorycznych kadr, celów krótko- i średniookresowych. Są pojedyczne zdolne osoby (Sikorski, Domański, Berek, kilku wiceministrów na zapleczu władzy) i na tym koniec.
Tusk wystawił na scenę dziesiątkę "młodych", chyba tylko po to, żeby zaznaczyć, jak wiele dzieli go od Kaczyńskiego, który umiejętnie przez lata budował grupę 30-40 latków, gotowych do tego, żeby podejmować najważniejsze funkcje w państwie.
To, jak bardzo w izolacji znajduje się partia rządząca od swojego naturalnego zaplecza i jak bardzo nie traktuje środowisk eksperckich, społecznych czy biznesowych po partnersku, widoczne jest, gdy porówna się to z realnym wysiłkiem, jaki, czerpiąc ze znacznie skromniejszych zasobów, podjęło w swoim czasie Prawo i Sprawiedliwość.
Lewica wciąż nie potrafi zrozumieć, że jej potencjalny sukces (oznaczający wyjście poza pułap 6-7 proc.) nie leży w mamieniu Partii Razem (wciąż osobno), zadowalaniu potrzeb swojego antylibkowego komentariatu ani pilnowaniu starego postkomunistycznego elektoratu, lecz w odważnym sięgnięciu po soc-liberalną klasę średnią, którą dawno opuścił Tusk, a której nie przekonują niepoważne umizgi resztek po Polsce 2050.
Brak realnej opcji centroprawicowej (bo tej roli nie może odegrać znienawidzony na prawicy Tusk) oznaczać może utratę większości przez obecną koalicję. 2-3 proc. PSL to o wiele za mało, by marzyć o samodzielnym przekroczeniu progu, a póki co realnego wyborczego partnera dla ludowców nie widać.

Słabość opozycji
Największym atutem Tuska są jego przeciwnicy. Rozbicie prawicy po jej niespodziewanym sukcesie, jakim było zwycięstwo Karola Nawrockiego, może kosztować ją władzę w 2027 roku. Mimo przewagi narracyjnej i dużych - na dziś - szans na parlamentarną większość opozycja bynajmniej nie zmierza po władzę.
Nawrocki, który wciąż jest najpopularniejszym politykiem w Polsce, zdążył narazić się kilku wpływowym grupom na swoim zapleczu (kibice, ukrainofobii, fanatycy lustracji), jednocześnie nie robiąc nic, by powalczyć o miano "prezydenta wszystkich Polaków".
Nie udaje nawet, że jego celem jest cokolwiek innego niż wywrócenie tego rządu, co paradoksalnie pomaga Tuskowi - ponieważ zwalnia go nareszcie z odpowiedzialności za wprowadzenie ustaw.
Gdy tymczasem bardziej strategicznie rozgrywający swoją partię prezydent byłby znacznie trudniejszym przeciwnikiem, wymuszając koncesje i ujawniając słabości rządzących.
Kaczyński chyba po raz pierwszy od posmoleńskich rozłamów tak bardzo otwarcie nie jest w stanie kontrolować własnej partii. Udało mu się pociągnąć za hamulec bezpieczeństwa i uniknąć wykolejenia, jakim byłoby wypchnięcie grupy Morawieckiego, co oznaczałoby już kryzys permanentny, ale to tylko odwleka ostateczne starcie do momentu stworzenia list wyborczych.
Partia, której skrzydła więcej czasu poświęcają na walkę między sobą niż z przeciwnikiem, nie może wygrywać w oczach opinii publicznej. Kaczyński nie ma jednak wystarczająco autorytetu, żeby te rozgrywki jednoznacznie przeciąć i ostatecznie ukrócić.
Kluczem do władzy będą wcale nie wybory partyjne, a wewnątrzpartyjne. To, ilu ludzi wprowadzi Morawiecki, a ilu jego przeciwnicy. Podobnie w Konfederacji - decydujące okaże się starcie między Mentzenem a Bosakiem i późniejsza wewnątrzpartyjna lojalność lub jej brak.
Do tego dochodzi rozgrywający własną partię Nawrocki, dla którego rozbita prawica, bez jednego hegemona jest szansą na to, by stać się nareszcie podmiotowym ośrodkiem władzy.
Silny, duży PiS z perspektywą objęcia władzy godził sprzeczne interesy głównych graczy. Gdy to spoiwo zaczyna się kruszyć, wygrywają partykularyzmy, które kiedyś doprowadzą zapewne do pęknięcia, o ile PiS w ogóle nie spadnie trwale do roli "numeru dwa", zmuszonego do partnerskiego traktowania postaci takich jak Sławomir Mentzen, który u Kaczyńskiego zdaje się budzić realną odrazę i wstręt.
Nowy gracz
Ten nieustający klincz usypia nieco komentatorów. Znów bardzo dużo się dzieje, ale nic wielkiego się nie wydarza. Tymczasem na polskiej scenie politycznej dojrzewa zmiana: ideowa, pokoleniowa, technologiczna. Najbliższych wyborów nie wygra może jeszcze AI - udzielając "neutralnej" odpowiedzi, kogo poprzeć, ale będzie bez wątpienia istotnym graczem.
Nie wiadomo też, co wydarzy się z wojną w Ukrainie. Czy nie dojdzie do jakiegoś przesilenia istotnie wpływającego na agendę w takich kluczowych tematach jak bezpieczeństwo czy migracja? Czy nie nastąpi jakaś eskalacja ze strony Rosji, zanim na serio rozpoczną się rokowania o zawieszeniu broni?
Najpóźniej po wakacjach rozpocznie się gorączkowe zabieganie polityków o uwagę. Będziemy bombardowani komunikatami o "występkach" i "kompromitacjach", o niemieckiej i rosyjskiej agenturze, o targowicy i o "ostatecznej rozgrywce".
Jak wielu umęczonych tym jałowym sporem rodaków zmieni kanał?
Leszek Jażdżewski















