Każda kolejna rocznica Powstania Warszawskiego (upieram się pisać je wielkimi literami) to dla mnie doświadczenie rodzinne. Kilka lat temu w Muzeum Powstania Warszawskiego przeglądałem grubą księgę z nazwiskami poległych powstańców.
Jest tam nazwisko mojego stryja Ryszarda Zaremby. Był starszym o 13 lat bratem mojego ojca, urodził się w roku 1921. Pseudonim "Tramp II". Walczył na Powiślu w Zgrupowaniu Kryska. Zginął pod adresem Solec 11 w dniu 11 września 1944.
Powstanie Warszawskie. Przynajmniej ich policzyliśmy
Nazwisko stryja znalazłem też w internecie, w katalogu powstańców stworzonym przez Muzeum. Jest tam jego adres: Czerniakowska 136. Stryj był, jak mój ojciec, synem inżyniera zatrudnionego w warszawskim porcie, stąd ten związek z Powiślem.
W piwnicy kamienicy na Czerniakowskiej rozwalonej przez pocisk czy bombę był zasypany mój dziadek, moja babcia i mój 10-letni ojciec. Tata stracił oko. Do tamtych zdarzeń wracał niechętnie.
Moja rodzina poniosła straszne straty - wcześniej podczas okupacji zginęła starsza siostra taty. W tej kamienicy przywaliło na śmierć ciotkę dziadka, niezamężna mieszkała z rodziną bratanka. Oddaliła się na chwilę. Julię Zarembę znalazłem z kolei w wykazie cywilnych ofiar Powstania na Murze Pamięci na Woli.
Słyszałem o toksycznym nastawieniu wielu Warszawiaków, rozżalonych, skoro Powstanie przegrało i Warszawa została zniszczona. Ale sam tego w mojej rodzinie nie zaznałem. Nikt z moich krewnych nie chciał stawiać przed sądem, nawet historii, komendanta AK Tadeusza Bora-Komorowskiego, Antoniego Chruściela "Montera", czy kogokolwiek. Tak jakby rozumieli, że Polacy zostali na tragizm swojej historii skazani. Dyskusja, nawet krytyka - tak, owszem. Ale nie złorzeczenie.
Długo szukałem w wykazach powstańców znajomych nazwisk. Może najbardziej wstrząsające wrażenie robi na mnie nazwisko Rysia Bryi. Kto to był? Zacznijmy od jego ojca. Wincenty Bryja to ludowiec z okolic Nowego Targu. Był po wojnie skarbnikiem mikołajczykowskiego PSL. W roku 1947 próbował uciec za granicę w tym samym czasie co Mikołajczyk. Złapano go w Czechosłowacji. Siedział w więzieniu do odwilży.
Bryja zamieszkał w Warszawie jeszcze przed wojną, pracował tu w banku. Podczas wojny był członkiem władz konspiracyjnego ruchu ludowego. W Powstaniu jego syn służył jako łącznik harcerskiej poczty polowej. I zginął. W maju 1944 roku skończył 13 lat.
Wincenty Bryja to jeden z bohaterów mojej powieści "Zgliszcza" - o PSL. On sam mówił o zabitym synu jesienią roku 1947 przesłuchującej go po nieudanej ucieczce z Polski komisji sejmowej. Ale dopiero niedawno zauważyłem coś ważnego. Rysio służył w tym samym zgrupowaniu Kryska co inny Ryszard - Zaremba. Zginął na ulicy Okrąg 4a w dniu 17 września, sześć dni po moim młodym stryjku i blisko miejsca jego śmierci, na Powiślu.
Możliwe, że się znali, choć z perspektywy mojego 23-letniego stryja Rysio był dzieckiem. Dobrze żeśmy ich wszystkich policzyli, spisali, uwiecznili. Wielka w tym zasługa Muzeum Powstania Warszawskiego. Obaj Ryszardowie są na murze pamięci w Muzeum. I zawsze będą w mojej głowie.
Spierajmy się nie tego dnia
Piszę o nich w przeddzień kolejnej rocznicy Powstania Warszawskiego. I wyjątkowo mało mam ochoty na debatę o sensie decyzji o Powstaniu właśnie 1 sierpnia. Choć nikomu nie odmawiam prawa do obrony własnego zdania każdego innego dnia. W końcu i niektórzy powstańcy uważali wywołanie Powstania za błąd. Nasuwa się przykład Wiesława Chrzanowskiego czy Stefana Kisielewskiego.
Ale i oni uznali, że mają obowiązki. Polskie obowiązki. Uznał to brat mojego taty. I uznał niespełna 14-letni Rysio Bryja. Ktoś może z ich śmierci próbować wykuwać akt oskarżenia wobec tego zrywu. Ale ja widzę ponad wszelkimi sporami o strategię i taktykę, triumf wierności własnej wspólnocie.
Co roku wkurzałem się, kiedy właśnie w okolicy 1 sierpnia odzywali się hałaśliwie zawzięci krytycy. Ze względu na coraz mniej licznych, ale wciąż obecnych powstańców, którym odbierano satysfakcję z dobrze spełnionego obowiązku. Łukasz Warzecha czy Janusz Korwin-Mikke ponad podziałami z Radkiem Sikorskim uznawali za stosowne odsądzać dowództwo AK od czci i wiary.
Przyznaję, znajdowali coraz większy poklask wśród komentariatu. Zwłaszcza niektórzy młodzi konserwatyści mieli już dość czczenia klęsk, więc szukali nowego spojrzenia na polską historię. Wszystko by się ich zdaniem dobrze ułożyło, gdyby nie garstka głupców na czele. To z ich winy Polacy mieli ponosić tak straszne straty jak zniszczenie Warszawy.
Dodajmy, że coraz większe wpływy na umysły mają też lewicowi kontestatorzy nie tylko samego zdarzenia, ale spojrzenia na polską historię nacechowanego pochwałą heroizmu i poświęcenia.
Nic tego lepiej nie uosabiało jak spreparowany przez "Krytykę Polityczną" komiks. IPN-owskim rysunkom bohaterów domalowywano ośmieszające dodatki, na przykład wąsy. Należało ją wykpić. Walka zbrojna miała nieść ze sobą "maczyzm", być wykwitem kultury patriarchalnej.
Powtórzę, nie odrzucam dyskusji z rzeczowymi krytykami. Wiemy, że nie tylko Kisielewski czy Chrzanowski uznawali bezsens tego zrywu, ale na przykład jeden z ważnych oficerów komendy głównej AK Janusz Sęk-Bokszczanin, a z Londynu wódz naczelny generał Kazimierz Sosnkowski. Trudno udawać, że takich głosów nie było. I nie brać ich pod uwagę.
Mnie tylko drażni ton przemądrzałej wyższości, jakiego używa ten czy ów komentator z wygodnego fotela przy kawie. Bo przecież dowództwo AK nie mogło wiedzieć wszystkiego, a podejmowało decyzję w skrajnie trudnych warunkach.
Piotr Zychowicz się nie zawahał
Co tłumaczy autorów decyzji o wywołaniu Powstania? Wrażenie, że Niemcy są słabsi, niż byli w istocie (obserwacja rozbitych oddziałów wycofujących się ze wschodu). Niepewność co okupanci zrobią z Warszawą, skoro chcą zmienić ją w twierdzę wobec nadciągania Sowietów (pojawiło się takie niemieckie zarządzenie). I wiara, że trzeba zamanifestować swoją polityczną obecność - wobec Polaków i wobec świata, bo inaczej opcja reprezentująca zdecydowaną większość narodu zostanie uznana przez Sowietów i polskich komunistów za nieistniejącą.
Dużo to czy mało? Niech każdy osądzi sam. Ale nawet jeśli uznamy, że za mało, żeby uznać Powstanie za uzasadnione, trudno się pogodzić z niegodziwościami niektórych "realistów".
Piotr Zychowicz, autor książki podważającej sens Powstania, nie zawahał się rzucić potwarzy na jednego z dowódców AK Leopolda Okulickiego "Niedźwiadka", sugerując, że mógł być sowieckim agentem zainteresowanym klęską swojej formacji. Bo w latach 1940-1941 był więziony przez NKWD.
Ostatecznie został w roku 1945 skazany jako jeden z 16 przywódców Polski Podziemnej i zmarł w sowieckim więzieniu. Zychowicz aurą skandalu podbijał sprzedaż swojej książki.
Przejawy zdziczenia widać też na dole. Pewien biznesmen napisał na Facebooku, że byłoby lepiej aby AK-owcy poszli 1 sierpnia na piwo niż do walki. Komentował w ten sposób kontakty współczesnej młodzieży z weteranami. Jego zdaniem młodzi ludzie powinni potraktować staruszka, dawnego powstańca, taką właśnie opinią.
Co dalej z tą tradycją?
To co dziś widzę jako najbardziej wartościowe w podtrzymywaniu powstańczej tradycji, to uznanie tego, o czym mówił ciekawie dyrektor Muzeum Historii Polski Marcin Napiórkowski.
Zgadzam się z nim ponad podziałami: "Towarzyszy temu ożywienie pamięci międzygeneracyjnej. Mówi się młodzieży: patrzcie, powstańcy byli tacy jak wy, tylko 60 lat temu. To droga do podsuwania sensownych wzorów osobowych".
Myślę, że to pochwała obowiązku w duchu Josepha Conrada, a nie rozstrzyganie sporów historycznych, stała za pomysłem Lecha Kaczyńskiego, gdy inicjował Muzeum Powstania.
To zresztą nie tylko indywidualne wzorce osobowe. To także pochwała wspólnoty. Nieprzypadkowo przywołałem syna ludowca Rysia Bryję. W tym Powstaniu pojawiają się reprezentanci wszystkich nurtów ideowych, nawet komuniści.
Zenon Kliszko czy Władysław Bieńkowski w nim uczestniczą. I jakby w konsekwencji tego na Placu Piłsudskiego pewnie i w tym roku spotkają się tłumy, od KOD-owców po wyrazistą prawicę, aby śpiewać powstańcze piosenki.
Początek tego zrywu to także triumf samoorganizacji, społeczeństwa obywatelskiego. Świetnie to pokazano w dokumentalnym filmie "Powstanie Warszawskie", zmontowanym według pomysłu Jana Komasy z fragmentów powstańczych kronik filmowych. Film był sensownym prezentem Muzeum Powstania dla Polaków. Pytanie tylko, czy go przepracowaliśmy.
Zarazem dyrektor tego Muzeum, tak pomysłowo opowiadającego o tamtym czasie, Jan Ołdakowski, już kilka lat temu pytał, jak mają wyglądać obchody kolejnych rocznic, kiedy zabraknie powstańców. Jest ich już tylko garstka, to ludzie, którzy brali udział w wydarzeniach, będąc w wieku Rysia Bryi.
Nie mam gotowej recepty. Boję się, że tradycja osłabnie w morzu cynizmu, obojętności czy różnych rodzajów propagandy. Chętnie bym poszedł w tej sprawie za mądrzejszymi.
Piotr Zaremba
















