Reparacje blisko jak nigdy dotąd [OPINIA]
Domaganie się przez Polskę reparacji od Niemiec jest moralnie słusznie i politycznie uzasadnione. A z prezydentem Nawrockim także (pewnie pierwszy raz) praktycznie wykonalne.

Jeszcze pół roku temu wydawało się pozamiatane. Po powrocie do władzy premier Donald Tusk otwartym tekstem potwierdził niemiecką wykładnię, że reparacje to temat zamknięty. Uczynił to dwukrotnie wobec dwóch kolejnych kanclerzy Schloza i Merza.
W tamtej rzeczywistości politycznej z idącym po prezydenturę Rafałem Trzaskowskim i stale pogłębiającym się osaczeniem PiS-u w polityce wewnętrznej reparacje nie miały prawa powrócić w jakiejkolwiek formie. No chyba, że jako przykład kolejnego PiS-owskiego odjazdu pokazującego antyeuropejską zaściankowość polskiej prawicy. Koniec, kropka i Schluss.
Karol Nawrocki w Berlinie. Temat reparacji wskrzeszony?
A jednak. Mamy połowę września i imponujący trójskok prezydenta Karola Nawrockiego. Najpierw reanimacja tematu reparacji w niezwykle mocnym przemówieniu 1 września na Westerplatte. Potem wprowadzenie go do dużej gry w czasie wizyty w Berlinie. Wreszcie domknięcie zaskakująco konstruktywną propozycją, by reparację przybrały - na przykład - formę finansowania przez Niemców rozbudowy polskich zdolności militarnych.
Czy to polityczne wskrzeszenie Łazarza? Faktycznie, reparacje jak nigdy dotąd pasują do zmienionego kontekstu w Polsce, Europie i na świecie. Zacznijmy od tego, że Nawrocki faktycznie urósł w ekspresowym tempie do roli pierwszego sojusznika prezydenta Donalda Trumpa w Europie.

Jednocześnie Niemcy i inne zachodnie stolice mogą mówić o samodzielnej europejskiej polityce bezpieczeństwa tak długo, jak tylko chcą. Fakt jest jednak taki, że to Ameryka jest tą siłą, która w praktyce chroni Zachód przed Rosją. I widać to dziś dużo wyraźniej niż jeszcze przed rokiem 2022, gdy Unia mogła się jeszcze łudzić, że Putin nigdy nie pokąsa ręki która karmi go euro za ropę, gaz i metale ziem rzadkich. Europa może Trumpa nie lubić i może się nim brzydzić. Ale ignorować go nie może. I zasada ta - siłą rzeczy - rozciąga się także na Nawrockiego. W tej sytuacji (zupełnie inaczej niż za czasów Bidena) to Berlinowi zależy, by nie robić sobie w Polsce wroga. Zwłaszcza, że widoki są takie, że w 2027 protrumpowska prawica weźmie w Polsce władzę. I to raczej w skali triumfalnej.
Zza dyplomatycznych kulis słychać dziś, że już nawet przed rokiem 2023 Niemcy byli gotowi na podjęcie negocjacji z Polską w kwestii reparacji. Oczywiście nie miało się to nazywać reparacjami, ale raczej "zadośćuczynieniem". Stanowisko Berlina było ponoć takie, by oprzeć je głównie na symbolice oraz upamiętnieniu, bo to najtańsze i najłatwiejsze. Taka jest geneza choćby tego nieszczęsnego "głazu pamięci", który stanął w okolicach Bramy Brandenburskiej.
W razie pozostania PiS-u u władzy po wyborach roku 2023 Niemcy byli ponoć gotowi rozbudować to o jakieś finansowe konkrety. Głównie o pomoc dla żyjących jeszcze ofiar drugiej wojny. Ewentualnie - w kolejnym kroku - o pomoc wojskową dla Polski. Skoro więc Berlin był gotów do jakichś kroków przed Trumpem, to w dzisiejszej sytuacji jego gotowość do podjęcia tematu jest przecież zdecydowanie większa.
Zmiana nastawienia. Reparacje ważne dla Polaków
Na dodatek zmienia się także klimat wokół reparacji w samej Polsce. Jest oczywiste, że podnoszenie tematu w latach 90. było absolutną myślo-zbrodnią. Różnica potencjałów między Polską a Niemcami zdawała się wtedy międzygalaktyczna. Polacy mieli się cieszyć, że Niemcy raczyli nam uchylić wrota do zachodniego raju. I nie psuć sąsiadowi humoru głupimi uwagami o przeszłości, żeby się przypadkiem nie rozmyślił. Na tym fundamencie odegrano spektakl tzw. polsko-niemieckiego pojednania. Pełnego gestów tak nieszczerych, że nawet niemiecki publicysta Klaus Bachman nazwał tamten czas "kiczem pojednania".
Ale przecież najpóźniej po roku 2015 tutaj zaszła strukturalna zmiana. W Polsce do głosu zaczęło już dochodzić nowe pokolenie Polaków, którzy nie widzą powodu by mieć wobec Republiki Federalnej jakieś szczególne kompleksy. Paraliżująca nas niegdyś różnica potencjałów też się drastycznie skurczyła. W 2004 roku porównanie PKB per capita Polski i Niemiec wychodziło jak 1 do 6. Dziś to już jest raczej 1 do 2,5.
Na takim podglebiu nie przyjęły się więc proste przeszczepy z lat 90. Najlepiej ilustruje to historia prof. Krzysztofa Ruchniewicza. Ten polski niemcoznawca, zaczynający zawodową karierę w latach 90. jest chodzącym uosobieniem "zawodowego Polaka" przez lata mówiącego niemieckiej opinii publicznej dokładnie to, co ona chce o Polsce usłyszeć.
Tenże Ruchniewicz stanął w roku 2024 na czele Instytutu Pileckiego powołanego przez PiS po to, by realizować wobec Niemiec bardziej suwerenną politykę metodami miękkiej dyplomacji. Dokładnie na tej samej zasadzie na jakiej działają w Polsce od lat 90. analogiczne niemieckie instytucje. Ruchniewicz zrobił zwrotkę przez lewą burtę i próbował pchnąć Pileckiego na tory dobrze znane z przeszłości - choćby rozważania o polskiej współodpowiedzialności za wojenne okropieństwa.
W sierpniu Ruchniewicz wyleciał z Instytutu. Nawet dla premiera Tuska i jego otoczenia stało się jasne, że taki powrót do tego co było nie pasuje do nowej Polski i summa summarum rządowi szkodzi.
Nie powinien przy tej okazji umknąć też ogrom roboty wykonany przez polską prawicę. Zaczęło się za pierwszego PiS-u od wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego przypominających o odpowiedzialności Niemiec, która ma wymiar także materialny. Kaczyński był za to zabijany w Niemczech śmiechem i przedstawiany jako "kartofel". Po roku 2015 przygotowana została ekspertyza posła Mularczyka. Nadal wrogowie mogli zwalczać postulat reparacji, ale teraz była już przynajmniej konkretna liczba: 1,3 bln euro. Dopiero na tak przygotowany grunt wszedł Nawrocki ze swoją energią oraz postawą dobrze oddającą generalny zwrot w postrzeganiu Niemiec przez większość Polaków.
Pytanie o kolejną fazę operacji reparacje zależy od rozwoju sytuacji politycznej. Trudno sobie rzecz jasna wyobrazić, by te biliony złotych były teraz Polsce wypłacane w kolejnych transzach. Ale tak przecież reparacji nikt nie postrzegał nawet w samym PiS-ie. Reparacje od początku miała być elementem negocjacji nowych (bardziej partnerskich) relacji polsko-niemieckich.
Propozycja, by przybrały one formę rozbudowy polskiej armii to jedna z opcji. Bardzo ciekawa. Dla Niemców mogłaby stanowić sposób na wyjście z twarzą i nowe otwarcie w relacjach z Polską. Dla Polski byłaby testem, czy umie słuszne moralne postulaty przekuwać na polityczny i finansowy konkret.
Rafał Woś














