RBN jako mecz. Nokautu nie było
Ustawka się nie udała - triumfował po wyjściu z pałacu prezydenckiego Włodzimierz Czarzasty. Nie udało się co innego: zagwarantowanie Polakom procedur i zwyczajów, dających pewność, że polscy politycy nie kombinują czegoś na boku. Przy tej polaryzacji to niemożliwe.

Czy wczorajsza Rada Bezpieczeństwa Narodowego to mecz, który wyłonił zwycięzcę i wskazał przegranego? Rzecz w tym, że taki werdykt nie jest w pełni możliwy choćby wobec tajności całego starcia.
Rada Bezpieczeństwa Narodowego bez nokautu
Można tylko zauważyć, że prezydent Karol Nawrocki wypadł wyjątkowo przekonująco, otwierając obrady. Wygłosił z głowy ponad półgodzinne przemówienie, w którym wyłożył bardzo klarownie swoją agendę. Sporo się ten człowiek od czasu swojego startu w wyborach nauczył.
W przypadku funduszu SAFE Nawrocki przedstawił głównie listę wątpliwości i pytań. Nawet jeśli podyktowanych geopolitycznym niepokojem, że wyłącza się Amerykanów jako ewentualnych dostawców sprzętu, to formułowanych w imię przejrzystości tej gigantycznej transakcji.
Prezydent będzie miał zasadniczą trudność, jeśli przyjdzie mu do głowy wetować tę gigantyczną pożyczkę. Choćby dlatego, że obiecuje ona frukta polskiemu przemysłowi zbrojeniowemu, a i dlatego że byłby oskarżany o blokowanie wojennej gotowości.
W przypadku tak zwanej Rady Pokoju, do której zaprasza Donald Trump, ta inicjatywa wygląda na mało poważną erupcję egocentryzmu amerykańskiego prezydenta. A jednak Nawrocki wypunktował i w tej kwestii słabe punkty przeciwnika. Nie jest prawdą, że wpłata miliarda dolarów jest warunkiem wejścia do Rady. Tę decyzję trzeba podjąć dopiero po trzech latach.
Także argument o zasiadaniu tam wraz z Rosją i Białorusią byłby mocny, gdyby na podobnych warunkach Polska nie uczestniczyła choćby w pracach ONZ. Otwartym pozostaje kwestia, czy obecność w Radzie to rzeczywiście "udział w najważniejszych decyzjach". Jestem tu co najmniej sceptyczny. Ale Nawrocki wycisnął z tej kwestii na swoją korzyść maksimum tego, co było można.
RBN. Czarzasty w kręgu podejrzeń
Prezydent najsugestywniej mówił o tym, dlaczego zdecydował się wprowadzić na Radę Bezpieczeństwa Narodowego temat rosyjskich więzów biznesowych marszałka Włodzimierza Czarzastego. To polityk którego istotnie dzieli od tymczasowego sprawowania funkcji głowy państwa "jedno uderzenie serca prezydenta". I rzeczywiście tu nie obowiązuje zasada domniemania niewinności, to nie proces karny. Wystarczą uzasadnione wątpliwości. Polityk tej rangi w sytuacji wojennego zagrożenia powinien być poza podejrzeniami. Sama jego konsekwentna odmowa wypełnienia ankiety bezpieczeństwa podejrzenia te mocno wzmacnia.
Tym bardziej, że taktyka Czarzastego, aby wzgardliwie nie odpowiadać w tej sprawie na jakiekolwiek pytania, jest bronią cokolwiek obosieczną. Owszem, pewnie podoba się to twardemu elektoratowi antyPiS-owskiemu. Już wcześniej dowiedzieliśmy się z "Rzeczpospolitej", że pomysł nieustannego bicia i w Trumpa i w Nawrockiego ma być receptą na przyrost głosów Lewicy. Ale pojawiły się publikacje, które potwierdzają wagę pytań do Czarzastego. Nie tylko w mediach prawicowych.
Ta sama "Rzeczpospolita" przedstawia Swietłanę Czestnych jako autorkę ważnych dla interesu Rosji transakcji, sprzedającą nie tylko dzieła sztuki, ale różne składniki majątku Federacji Rosyjskiej. Jako osoba finansująca w ten sposób wojnę z Ukrainą powinna trafić na listę sankcyjną. Tymczasem jest wspólniczką w polskim hotelu, którego współwłaścicielem jest również Muza - firma Czarzastego.
Rada Bezpieczeństwa Nardowego. Co dalej zrobi PiS?
W sytuacji, w której to obecna koalicja rządząca bije codziennie na alarm w sprawie rosyjskiego zagrożenia i rosyjskich wpływów, coraz trudniej będzie uzasadniać, że te koneksje zbywa się milczeniem. PiS będzie do tego wracał, i właściwie powinien - nie tylko z powodów czysto partyjnych. Pytanie tylko, na ile zdoła utrzymać choć minimalne napięcie w tej kwestii, gdy codziennie wybucha inna sensacja.
A na razie prezydent klarownie objaśnił, dlaczego nie jest to jedynie partyjna przepychanka. Choć w wypowiedzi jeszcze przed Radą Donald Tusk sprowadził to do kwestii, czy ktoś lubi czy nie lubi Czarzastego.
Premier ustawił zresztą przed posiedzeniem RBN wszystkie kwestie. SAFE jest ważne i korzystne, tymczasem prawica chce ten program wywrócić. Nie przystąpimy do Rady Pokoju, choć będziemy temat monitorować i nie mamy nic przeciw udziałowi prezydenta w jej inauguracyjnym zebraniu (pewna ostrożność tych deklaracji pozwoliła ludziom Nawrockiego twierdzić, że rząd jest nadal niezdecydowany).
O sprawie wątpliwych kontaktów marszałka Tusk nie będzie o tym w ogóle dyskutował. Spełnił tę zapowiedź wychodząc z Rady przed rozpatrzeniem tego punktu. Czy jednak ta dość infantylna, czysto PR-owa reakcja wystarczy Polakom?
Daleko od standardów
W przypadku Rady Gabinetowej w części jawnej dochodziło do pojedynku na słowa między Nawrockim i Tuskiem. Tym razem można było zobaczyć tylko prezydenta, ale strona rządowa zgodziła się na taką formułę. Na ile wzmocni to pozycję i tak popularnego Nawrockiego, ciężko przewidywać. Polacy raczej się nie wsłuchują w długie przemówienia. Ale bez wątpienia udało się Nawrockiemu obsadzić Tuska i Czarzastego w roli oskarżonych, którzy nie mają nic do powiedzenia na swoją obronę.
Sama Rada była długa i męcząca, najwięcej mówiono o pieniądzach z programu SAFE. Kiedy po pięciu godzinach pojawił się temat Czarzastego, wielu uczestników po prostu już sobie poszło. Jedni pośpieszyli wypowiadać się do mediów, inni ruszyli do swoich spraw, m.in. Tusk. W efekcie wymęczona reszta nie miała siły aby się bić na serio. Zresztą po co, skoro nie ma kamer?
Ciężar obrony racji strony rządowej spoczął na ministrze koordynatorze służb Tomaszu Siemoniaku. Powtarzał on wcześniejsze argumenty: służby nie mają do marszałka zastrzeżeń, a przecież gdyby coś było, wywołałoby to trzęsienie ziemi, choćby za czasów PiS. Jest to argumentacja wybitnie defensywna. Ignorancja służb PiS-owskich nie tłumaczy przecież niezajęcia się tą sprawą, kiedy stała się głośna teraz.
Wszystkim tym, którzy niekoniecznie z powodu miłości do Tuska powtarzają, że to sprawa dla ABW a nie dla Rady Bezpieczeństwa Narodowego (mówił tak wcześniej nawet lider Konfederacji Sławomir Mentzen), dedykuję pytanie:
Czy jesteście pewni, że w dzisiejszych realiach ktoś pozwoli funkcjonariuszom służb deptać po piętach głównym politykom obecnej koalicji?
Sam Czarzasty trwał przy swojej taktyce nieodpowiadania na pytania. Przed Radą wyliczył długą listę biograficznych zarzutów, jakie z kolei on chce postawić prezydentowi, ale temat został poruszony marginalnie i nie przez samego marszałka. Co nie przeszkadzało mu ogłosić się następnie zwycięzcą. - Ustawka się nie udała - triumfował po wyjściu z tego posiedzenia.
Nie udało się co innego: zagwarantowanie Polakom procedur i zwyczajów, dających pewność, że polscy politycy nie kombinują czegoś na boku. Możliwe, że Czarzasty coś ważnego ukrywa. I możliwe też, że to tylko ciąg zbiegów okoliczności, tak to tłumaczył swoim posłom z klubu Nowej Lewicy. W każdym przypadku uważa on, że bardziej opłacalne jest dla niego odgrywanie roli ofiary. A logika systemu mu to umożliwia. Będzie utrzymywany na szczytach władzy dla samej zasady: na przekór prezydentowi Nawrockiemu i PiS-owi. Na tym przecież polega polityczna polaryzacja w Polsce.
Piotr Zaremba













