Rakieta bez głowicy, ale z przekazem
Rosja nie wystrzeliła Oriesznika po to, aby przestraszyć Ukrainę. Kijów żyje wojną od lat. Adresatem tej demonstracji była Europa Zachodnia. Zmęczona konfliktem, niepewna Ameryki Trumpa i rozważająca rozmowy pokojowe z Moskwą.

Nocą (24 maja - red.) Rosja znów przeprowadziła zmasowany atak na Ukrainę. Drony oraz rakiety poleciały głównie w kierunku Kijowa. To cywilizacyjne barbarzyństwo, do którego wschodni sąsiedzi od stuleci próbują nas przyzwyczaić. Tej nocy Kremlowi najbardziej zależało jednak na tym, aby zauważono użycie Oriesznika, czyli pocisku balistycznego średniego zasięgu, który może przenosić głowice jądrowe. Nie pierwszy raz sięgnięto po tę flagową broń hipersoniczną. Jak poprzednio, zadowolono się jednak pokazem siły. Dlaczego?
Było to potrzebne, ponieważ Kreml wizerunkowo znajduje się dziś w defensywie. Teoretycznie Rosja naciera na froncie. Jednocześnie każdego dnia ponosi ogromne straty, o czym regularnie informują - szacunkowo - Amerykanie. Także sytuacja gospodarcza nie wygląda dobrze: inflacja rośnie, wzrost gospodarczy pozostaje niski, a ludzie chcą emigrować. Wyłączanie internetu przez władze wywołało prawdziwe poruszenie społeczne.
Do tego Ukraina pokazuje, że potrafi uderzać dronami głęboko na terytorium Rosji. W zasięgu pozostaje nawet Moskwa, przez co rozpada się kremlowska idea chronienia miejskich elit przed bezpośrednim doświadczeniem wojny. Oriesznik miał więc przypomnieć, że Rosja wciąż posiada istotne karty w talii. Krótko mówiąc: pocisk, który nie zawierał głowic jądrowych, przypominał, że mógłby je zawierać.
Kreml w defensywie, ale z bombami
Po reakcjach na Ukrainie można sądzić, że to nie Ukraińcy byli głównymi adresatami tej demonstracji. Tam po prostu nie dopuszcza się do świadomości hipotezy wojny nuklearnej. Inaczej wygląda to na Zachodzie, szczególnie w Europie Zachodniej, gdzie wizja potężnej Rosji wciąż prześladuje społeczeństwa i polityków.
Tam możliwość użycia "bomby A" - jak dawniej mówiono - pozostaje całkowicie realnym scenariuszem. Powstają kolejne książki, artykuły i podcasty poświęcone wizji eskalacji, która wymknie się spod kontroli i doprowadzi do globalnej katastrofy. W tym sensie wystrzelenie kolejnego Oriesznika nie było pozbawione logiki. Zwykli ludzie się go boją.
Jednocześnie europejscy politycy coraz częściej zastanawiają się nad rozmowami z Rosją. Do niedawna prezydent Putin i jego otoczenie znajdowali się na liście "persona non grata". Jednak geopolityczne kaprysy Trumpa, stopniowe wycofywanie się amerykańskiego zainteresowania ze Starego Kontynentu, a także rozmaite szykany - choćby celne - uzmysłowiły w Berlinie i Paryżu, że czas żartów się skończył.
Dodatkowo w 2027 roku odbędą się wybory i w kilku kluczowych państwach może dojść do zmiany władzy na korzyść ugrupowań prorosyjskich. Wówczas koniunktura do przeciwstawiania się agresorowi może minąć. Czas zatem goni europejskie stolice.
Strach przed Rosją, strach przed Trumpem
Tym bardziej że Amerykanie mogą wycofać się z dnia na dzień - i tutaj żadne "specjalne relacje" z Trumpem nie pomogą. To ważne, że Polsce udało się zatrzymać amerykańskie wojska nad Wisłą, być może nawet zwiększyć ich liczebność.
Warto jednak pamiętać, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ, a jeszcze niedawno ulubienicą prezydenta USA była premier Meloni. Prezydent Nawrocki może podzielić jej los z byle powodu - chyba że będzie zachowywał się w sposób niegodny głowy państwa, czyli ostentacyjnie lizusowski wobec Trumpa, jak dziś czyni to znaczna część polityków amerykańskiej administracji.
Dlatego radość z utrzymania amerykańskich żołnierzy nad Wisłą warto przeżywać na chłodno. Te szczątkowe oddziały - ledwie kilka tysięcy żołnierzy - nie ochronią Polski przed największym zagrożeniem, jakim może okazać się kolejny kaprys Białego Domu. Dobra wiadomość jest jednak taka, że aktualnie kluczowi polscy politycy deklarują chęć aktywnego reagowania na niebezpieczeństwo ze Wschodu.
W 2026 prezydent Nawrocki oraz rząd Tuska, każdy ze swojej strony, próbuje zwiększyć bezpieczeństwo państwa, na ile to teraz wykonalne. Dziwnie to brzmi, ale w Polsce - ponad podziałami politycznymi - wydaje się chwilowo wygrywać racja stanu.
Jarosław Kuisz












