Pytania, które zadałbym Grzegorzowi Braunowi
Grzegorz Braun dociera do ściany skandalu, do której musiał w końcu dotrzeć, bo taka była logika jego działania. Tylko co dalej? Najgorszym, co dziś grozi reżyserowi-politykowi, nie jest więzienie, a to, że wszyscy zaczną się nim nudzić lub go lekceważyć.

Oburzenie było słuszne. Można zrozumieć też Łukasza Jankowskiego (Radio Wnet), swoją drogą jednego z lepszych dziennikarzy, który zdecydował się wywiad przerwać, choć ja pewnie zadawałbym Braunowi pytania do końca.
Czy wchodząc w negacjonizm wojennych zbrodni, neguje także ofiarę Polaków, którzy zginęli? Czy Janusz Korczak, który zginął w komorze gazowej w Treblince, a w getcie nosił polski mundur wojskowy, też pana Brauna bawi, też to nieprawda? Czy rotmistrz Witold Pilecki brał udział w międzynarodowym oszustwie i rekonstrukcji, niejako antycypując ją? A może nigdy nie istniał?
Pan Grzegorz odpowiedziałby na to coś nie na temat, jak to ma w zwyczaju, gdy ma do czynienia z niewygodnym pytaniem. Gdy pyta się go o powiązania z Romanem Giertychem albo dlaczego jest tylko jeden ważny przywódca na świecie, którego nie obraża.
Czy rozmowy te mają większy sens? Pewnie jest to dyskusyjne, choć sam kilka wywiadów z Braunem przeprowadzałem. Natomiast warto zastanowić się nad jego metodą i adresatami, bo przecież ktoś na niego głosował.
Braun nie ma istotnego planu politycznego, bazuje za to na swoim niskim tembrze głosu, dostojnej brodzie i mówieniu spokojnym głosem "więcej niż inni"
Grzegorz Braun zawsze przed innymi
Sądzę, że Grzegorz Braun żywi się przede wszystkim pewną postawą części naszych współobywateli, która u swoich podstaw jest często uzasadniona, ale sprowadzona do absurdu.
To dystans do oficjalnej propagandy, niewiara w wiodące narracje, masowe histerie i obowiązkowe mody ideologiczne nakręcane przez korporacje, organizacje międzynarodowe, ustawiany system grantów naukowych i dla organizacji pozarządowych.
Wystarczy wspomnieć, że w ten sposób kilka lat temu małą dziewczynkę wieszczącą koniec świata wypromowano na kogoś w rodzaju globalnego autorytetu, a prezydent Warszawy z przejęciem przekonywał, że "planeta płonie".
Grzegorz Braun - nie tylko on - idzie oczywiście dalej i podważa wszystkie trendy i wartości współczesnej zachodniej liberalnej demokracji. Warto dodać, że faktycznie jej problemem jest to, że bardzo często zasadne postulaty zamienia w ideologie - tak jak zdroworozsądkowy postulat zrównania praw ludzi różnych płci, koloru skóry czy nieprześladowania homoseksualistów zamienił się w coraz trudniejszy do zrozumienia intelektualny terror i utopijny projekt społeczny.
Problem w tym, że niektórzy ludzie walkę z tymi ideologicznymi histeriami sami zamienili w ideologiczną histerię. Są lustrzanym odbiciem. Dla nich każdy Żyd i Ukrainiec ma nóż w rękawie, komunikacja miejska powinna zostać zastąpiona wyłącznie przez samochody napędzane benzyną obowiązkowo nieposiadające katalizatorów, obowiązek zapinania pasów to zamach na wolność osobistą, a szczepionka na odrę to próba depopulacji.
Grzegorz Braun tym się żywi i walcząc z ludźmi, którzy przylepiają się do mostów, sam przylepia się do nich z drugiej strony. Nie ma istotnego planu politycznego, bazuje za to na swoim niskim tembrze głosu, dostojnej brodzie i mówieniu spokojnym głosem "więcej niż inni", co w dobie social mediów daje fantastyczne zasięgi (o ile to jedyna ich przyczyna).
Uderzenie w tematykę Zagłady było logiczną konsekwencją tej działalności, bo jest to faktycznie najważniejsze sacrum Zachodu. Argument o tym, że komory zostały zrekonstruowane w 1947 roku, jest idiotyczny. Odbudowano je dwa lata po ich zniszczeniu w dużym stopniu z oryginalnych fragmentów.
Jeśli to jest dla Brauna decydujące, to warto mu przypomnieć, że stodoły, w których Ukraińcy palili Polaków, też już nie istnieją. Swoją drogą, zbrodnią na Polakach (upamiętnianą w dzisiejszym dniu), zainteresował się dopiero po wybuchu wojny hybrydowej na Ukrainie i zajęciu Krymu przez Rosjan w 2014 roku.
Wracając do zbrodni niemieckich. Argumentacja Brauna w sprawie komór nie nadaje się do niczego, bo jej brak. To po prostu granie na emocjach i wrażeniu, że Braun zdradza jakieś "ukryte prawdy", de facto powtarzając każdą możliwą najbardziej radykalną tezę uderzającą pozornie w liberalną demokrację.
Pozornie, bo przy okazji, jak w tym przypadku, uderza także we wrażliwość polskich konserwatystów czy ludzi wychowanych w duchu patriotycznym, Kościoła w końcu - rzekomo tak mu bliskiego - a bardzo wyczulonego na tematykę zbrodni wojennych. Ostatecznie Niemcy księży i zakonnic wymordowali najwięcej ze wszystkich polskich grup zawodowych, wielu z nich właśnie w komorach (św. Maksymilian Kolbe został zamordowany przez wstrzyknięcie trucizny).
Jaki film teraz?
Wszystko to Grzegorza Brauna nie obchodzi, bo on robi show. Wystawia kolejne przedstawienia. Musi skupiać na sobie uwagę, bo jego siłą są social media. Gdy ta uwaga opada, musi wywołać skandal, by przykuć ją na nowo. A że sporo już ich wywołał, musi iść coraz dalej, tak by widz się nie znudził. Tyle że dotarł już do ściany.
Dalej reżyser-polityk się nie posunie, bo dalej faktycznie są już przestępstwa albo wariactwo. Bardziej prawdopodobne jest jednak to, że dalej będzie po prostu coraz większe znudzenie prawicowym politykiem, szczególnie że ma kilku poważnych konkurentów. Jeden z nich, także z filmową przeszłością, na razie siedzi, ale kiedyś przecież wyjdzie.
Wiktor Świetlik















