Putin wykorzystał słabość Trumpa
Trump stworzył dla Putina spektakl, który ten na zimno wykorzystał. Prezydent USA nie znosi przegrywać więc można spodziewać się, że jak gracz w kasynie będzie starał się odwrócić złą passę, nawet jeśli miałoby go to słono kosztować.

Zapraszając Putina do USA na szczyt w Anchorage Trump zastawił na siebie pułapkę. Bez żadnych warunków wstępnych zaoferował Putinowi możliwość wyjścia z izolacji i to w wielkim stylu. Trump zapowiadając z góry, że szczyt może skończyć się zawieszeniem broni wytworzył presję - nie na Rosję, ale na siebie. Putin zignorował groźby Trumpa o nowych sankcjach w przypadku braku ustępstw, słusznie uważając, że jest to czyste pustosłowie.
Trump uważa się za mistrza negocjacji. Być może umiał zachachmęcić w świecie nowojorskiej deweloperki. W konfrontacji z Rosjanami okazuje się zaskakująco bezradny.
Zazwyczaj szczyty zwołuje się, żeby dokonać finalizacji najtrudniejszych elementów wcześniej wypracowanego na niższych szczeblach porozumienia. Osobiste decyzje przywódców, ustępstwa i targi, których tylko oni mogą dokonać, nie będąc związanymi ścisłymi instrukcjami potrafią, jak np. w wypadku szczytów Reagan - Gorbaczow czy Nixon - Mao doprowadzić do przełomu.
Spotkanie Trump - Putin było wyjątkowe pod wieloma względami
Spotkanie Trump - Putin miało zupełnie inny charakter. Nie wiadomo nic o tym, żeby wysłannik Trumpa Steve Witkoff cokolwiek wcześniej realnie wynegocjował. Otrzymał po prostu rosyjskie warunki zakończenia konfliktu, o których mówił publicznie Putin: wycofanie się Ukrainy z obwodów kontrolowanych przez Rosjan, rezygnacja ze wstąpienia do NATO, demilitaryzacja. Ich przyjęcie oznaczałoby de facto kapitulację. Ponieważ ukraińska obrona nie została przełamana Kijów w żadnym razie nie mógłby się na nie zgodzić.
Opowiadanie o dzieleniu się zasobami naturalnymi Alaski czy - suwerennej przecież - Ukrainy - było ze strony prezydenta USA kompletnym pudłem. Putin nie wywołał wojny z tego powodu, ma dość zasobów naturalnych u siebie i nie potrzebuje kolejnych miliardów na koncie (jak Trump). I nawet ewentualne zdjęcie dokuczliwych sankcji z Rosji nie jest wystarczająco atrakcyjną perspektywą dla dyktatora, którego celem jest faktyczne zniszczenie ukraińskiej suwerenności.
Trudno jednoznacznie określić jakie stanowisko względem konfliktu zajmuje Trump. Nie negocjuje on w swoim imieniu, ale też Ukrainy i Europejczyków. Trump, w przeciwieństwie do poprzedniej administracji, nie zajął jednoznacznej pozycji jako sojusznik Ukrainy, stara się raczej o pozycję "honest broker" - neutralnego podmiotu, który negocjuje z walczącymi stronami warunki porozumienia.
Tymczasem Rosjanie uważają, że toczą wojnę z całym Zachodem, którego USA są w ich oczach jedynym suwerenem. I nawet ambiwalencja Trumpa wobec Ukrainy i Zełenskiego nie zmienią ich perspektywy na Stany Zjednoczone jako głównego wroga, bez którego cała koalicja powstrzymująca Rosję musiałaby się rozsypać.
Putin chce uczynić z Rosji supermocarstwo
Długofalowym celem Putina jest układanie porządku światowego albo przynajmniej "nowej architektury europejskiego bezpieczeństwa" (rozumianej jako wycofanie NATO z EuropyŚrodkowo-Wschodniej) z prezydentem USA "jak równy z równym".
Wywołanie wojny a następnie negocjacje wokół jej zakończenia są sposobem na uzyskanie czy też potwierdzenie statusu supermocarstwa, który Rosja straciła wraz z upadkiem ZSRR i głęboką zapaścią w latach 90.
Trump rezygnując z zawieszenia broni i mówiąc o konieczności całościowego porozumienia pokojowego, przyjmuje de facto narrację Putina. Istnieje poważne ryzyko, że Trump nie mogąc wymusić ustępstw na Putinie będzie próbował wywrzeć presję na Zelenskim. Dlatego widać wzmożenie po stronie Europejczyków i Ukraińców, żeby ją skontrować, ale równocześnie nie urazić ego Trumpa. Stąd podziękowania dla prezydenta USA za inicjatywę pokojową i wezwania do zapewnienia Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa.
Po upokorzeniu Zelenskiego w Białym Domu i relatywnie udanym szczycie NATO powszechnie przyjętą strategią wśród sojuszników USA jest pochlebstwo i unikanie konfrontacji z nadwrażliwym na punkcie swojego wizerunku amerykańskim prezydentem. Takie podejście zaciemnia obraz i utrudnia zarysowanie czerwonych linii UE, Wielkiej Brytanii i przede wszystkim Ukrainy.
Nie można wykluczyć, że ta ostatnia jest w znacznie trudniejszej sytuacji niż wskazywałoby na to publicznie prezentowane stanowisko i że możliwość przerwania walk jest dziś ważniejsza niż kontrola nad terytoriami, których Ukraina i tak nie jest w stanie odzyskać w obecnej geopolitycznej sytuacji.
Ukraina potrzebuje gwarancji bezpieczeństwa
Ukraina przyjmując warunki negocjacji narzucone przez Trumpa i Putina nie może niczego wygrać, może tylko stracić - pytanie czy straci terytorium czy suwerenność. Ta druga jest ważniejsza, dlatego Ukraina przede wszystkim potrzebuje gwarancji. Rzecz w tym, że nikt nie udzieli im pomocy wojskowej i trzeba liczyć się, że nawet wsparcie sprzętowe może być w przyszłości ograniczone.
Kraje obawiające się konfrontacji z Rosją będą wzmacniać własne siły zbrojne, a presja na wspomaganie Ukrainy, gdy działania wojenne ustaną, również znacząco spadnie.
Skoro Ukraina nie kontroluje terytoriów zabranych przez Rosję, faktyczne, a nie formalne zaakceptowanie ich utraty (z nadzieją na możliwość odzyskania ich w przyszłości gdyby Rosja przeżyła jakiś poważny kryzys wewnętrzny) być może nie byłoby wykluczone - szczególnie, że to Ukraina ponosi największe koszty wojny i wykrwawianie na niej swoich najlepszych ludzi jest dla tego kraju tragedią na pokolenia.
Z drugiej strony, przy słabości sojuszników i agresywnej Rosji nie ma żadnej pewności, że za rok czy dwa Putin nie zaatakuje ponownie, wymuszając kolejne ustępstwa.
Z perspektywy Rosji faktyczna akceptacja jej zdobyczy terytorialnych i możliwość - powolnego - lecz konsekwentnego - powrotu do "business as usual" - bez groźby sankcji w relacjach z krajami, które skłonne są przyjąć rosyjski punkt widzenia jest kuszące. Dwa-trzy lata na odbudowę sił zbrojnych przy wyższym budżecie z racji na zniesienie sankcji + osłabienie wsparcia dla Ukrainy oznacza, że za kilka lat bilans sił na froncie może być dla Rosji korzystniejszy.
Możliwy jest kryzys wewnętrzny w Ukrainie
Zniesienie stanu wojennego i wybory oznaczają również przetasowania wewnątrz niestabilnej ukraińskiej demokracji. O ile trudno sobie wyobrazić powrót rządów prorosyjskich, o tyle jakaś forma wywołania kryzysu wewnętrznego w Ukrainie, która wydobywać się będzie z wojennych zniszczeń, jest całkiem możliwa.
Szczyt w Anchorage zbudował negocjacyjną przewagę Putina. Trump w niego zainwestował i trudno będzie mu teraz dokonać drastycznego zwrotu bez strat wizerunkowych. Trump ewidentnie szuka akceptacji w "silnym człowieku" prezydencie Rosji. Nie rozumie, że w relacjach z Moskwą szacunek buduje się siłą, a nie poddaństwem.















