- Chcę być z wami szczery - powiedział nowy premier Wielkiej Brytanii. Andy Burnham to siódmy szef rządu w ciągu dekady. Przyznaję, że pierwsze deklaracje laburzystowskiego polityka, burmistrza aglomeracji Manchesteru, nie brzmiały porywająco. Może to nieoczekiwana trema, może coś innego, ale przecierałem oczy ze zdumienia.
Oto Burnham ma być nową jakością po Keirze Starmerze, którego określano jako "drewnianego", "sztywnego" i w ogóle mało porywającego. Owszem, Starmer nie zabiegał nerwowo o sympatię tłumów. Niemniej to on poprowadził Partię Pracy do brawurowego zwycięstwa latem 2024 roku.
Słabe sondaże były sprężyną, która uruchomiła zakulisowe machinacje. Poprzedniemu premierowi wbito kilka noży w plecy. Doły partyjne liczą na wywindowanie na wyższe stanowiska. I na cud polityczny, który nie nastąpi.
Brytyjskie legendy
Rotacja na stanowisku premiera nie jest spowodowana tylko słabym przywództwem. To kłopot szerszy. Dość zajrzeć do oficjalnych danych. Od lat wyniki gospodarcze Wielkiej Brytanii, eufemistycznie rzecz ujmując, nie są porywające. Realne płace nie rosną. Inflacja jest wyższa niż przed pandemią. PKB stoi w miejscu. Niski poziom inwestycji nie pozwala na beztroskie spoglądanie w przyszłość.
Więcej niż symboliczne było wstrzymanie (jeszcze za rządów konserwatystów) potrzebnych inwestycji w szybką kolej, m.in. do miasta zarządzanego przez Burnhama. Transport miał dać rozwojowy impuls zdeindustrializowanym częściom kraju. Owszem, Wielka Brytania ma ogromny "soft power", który rozciąga się szeroko od misia Paddingtona po dziennikarstwo BBC. W dużej mierze są to jednak legendy. W końcu decyzja wielu, wielu Polaków o powrocie nad Wisłę spowodowana była ostatecznie słabymi wynikami gospodarczymi.
Wegetacja poza Unią
Gdy Burnham wygłaszał swoje przemówienie przy Downing Street 10 w Londynie, znów ktoś próbował śpiewać hymn Unii Europejskiej. Problemy Wielkiej Brytanii nie zaczęły się z brexitem, ale brexit dodał im rozmachu - i czegoś jeszcze. Bardzo szybko stracono optymizm polityczny. Wizję przyszłości "na swoim" zweryfikowała rzeczywistość.
Nie mam pojęcia, na czym opiera się wiara w polityczny geniusz Burnhama. W poniedziałek komunikacyjnie nie był wiele lepszy od Starmera. Nie miał żadnej wizji przyszłości. W gruncie rzeczy chce "zawrócić Tamizę kijem", czyli, krytykując "zły kierunek" obrany w latach 80. (za czasów Margaret Thatcher), deklaruje, co mu się nie podobało w historii, a nie co zrobi, by było lepiej od 2026 roku.
Zapowiedzi dalszego rozparcelowania władzy centralnej to tylko kontynuowanie polityki Partii Pracy z czasów Tony'ego Blaira i Gordona Browna. Żadna nowość. Co więcej, dalsze oddawanie władzy oznacza, że śmiałe reformy państwa w centrum będą praktycznie trudniejsze. Sprawczość będzie mniejsza. Pretensje do polityków będą rosły. Oni zaś będą rozkładać ramiona.
Ogłoszenie zniesienia podatku VAT na energię elektryczną dla gospodarstw domowych to tylko punktowe rozwiązanie. Walka z bezdomnością to oczywiście szlachetny postulat, ale Burnham nie poradził sobie z nim nawet w Manchesterze.
Pomimo to w poniedziałek Burnham uderzył w bombastyczne tony. Zapowiedział "największą zmianę w brytyjskiej polityce od 40 lat". Tymczasem ostatnie lata dowodzą, że na takie zmiany mogą sobie pozwolić kraje, które nie roztrwoniły budżetu państwa, powstrzymały utratę sprawczości w centrum władzy oraz zachowały więcej suwerenności cyfrowej niż inne.
Oczywiście, Partia Pracy nie ma na sztandarach rewolucji, ale szlachetne zarządzanie. Można spierać się o poziom wydatków na obronność, jak John Healey, obecnie kanclerz skarbu Burnhama (w poprzednim rządzie zrezygnował z funkcji ministra obrony w proteście przeciw odmowie zwiększenia wydatków na zbrojenia). Jednak nie oznacza to wywracania stolika, o którym mówi nowy premier. Rozczarowanie może przyjść błyskawicznie.
Prawdziwy konflikt
Wszystko to jednak mówi nam coś więcej o świecie polityki europejskiej. Obecnie ogromnym problemem jest powiązanie problemów "normalnego człowieka" ze światowymi wyzwaniami. Stan wiedzy sprawił, że prawdopodobnie mamy świadomość zagrożeń w szerszym planie czasowym oraz geograficznym niż kiedykolwiek w historii ludzkości (od zmian klimatycznych do wojen). Właśnie dlatego elity polityczne Londynu - ale także Paryża i Berlina - są przekonane, że dobrze robią, wspierając finansowo i militarnie Ukrainę przeciwko Rosji.
Tym lepiej dla nas, jednak obecnie ich problemem politycznym jest nie tylko stan budżetów państwa oraz gospodarcza stagnacja. Ogromnym wyzwaniem jest dziś to, że zwykli wyborcy chcą, aby zająć się w pierwszej kolejności nimi. Gdy po dekadach w skarbonce pusto, trzeba wybierać.
Lekcję rozdarcia pomiędzy codziennymi potrzebami obywateli a problemami świata przerabiał Emmanuel Macron we Francji (żółte kamizelki), teraz zapewne przerobi to Burnham w Wielkiej Brytanii.
To polityczne pęknięcie nie jest zmyślone. Opiera się ono na rozziewie pomiędzy codziennym doświadczeniem, potrzebami wyborców a prognozami opartymi co prawda na wiedzy, ale jeszcze niepotwierdzonymi ich doświadczeniem. Brytyjska wersja populistów (czy jak ich nie nazwać) już przebiera nogami, aby iść po władzę.
Oni także nie rozwiążą problemów na Wyspach. Jednakże dadzą coś innego, coś, czego nie zapewnił ani Starmer, ani nie da Burnham. To będzie po prostu rozrywka, angażowanie w jałowe spory, brytyjska wersja trumpizmu, która pozwoli zapomnieć o globalnych czy regionalnych zagrożeniach. Oczywiście to zawężenie horyzontów tylko na jakiś czas.
Na gruzach obecnej polityki poważnych ludzi, którzy nie potrafią pobudzić gospodarki ani zatrzymać nielegalnej imigracji, musi przecież pojawić się coś nowego. W tej chwili w ofercie pozostaje przede wszystkim spektakl w amerykańskim stylu. Jeżeli Burnham szybko nie przywróci Brytyjczykom poczucia, że państwo znów działa, następny premier będzie miał już do zaoferowania nie program, lecz trumpistowską rozrywkę.
Jarosław Kuisz

















