Przyznam szczerze, przeszedł mi dreszcz po plecach, kiedy słuchałem minister zdrowia
Formułka o odnalezionej w kraju radości Polaków ze stanu służby zdrowia powtórzyła się kilka razy, choćby na konferencji prasowej podsumowującej podróże pani minister. Przeszedł mi dreszcz po plecach, kiedy tego słuchałem. Mam do tego stosunek osobisty.

Fundacja Onkologiczna Alivia wspiera ludzi chorych na nowotwory. Ogłosiła właśnie najświeższe dane dotyczące badań ważnych dla takich pacjentów. Średni czas oczekiwania na kolonoskopię zwiększył się między marcem i kwietniem tego roku z 407 do 450 dni. Wystarczył jeden miesiąc.
Czas oczekiwania na rezonans magnetyczny wydłużył się z 85 do 105 dni. Przy czym to są oczywiście średnie. Z niektórych szpitali na prowincji dochodzą wieści o kilkuletnich oczekiwaniach na badania.
Tego dnia, kiedy ogłaszano te badania, minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda udzielała wywiadu Marcinowi Fijołkowi w "Graffiti" w Polsat News.
Fijołek spytał, czy Jolanta Sobierańska-Grenda podtrzymuje słowa wypowiedziane w TVN24 o tym, że "pacjentom już jest lepiej". I było jak zawsze. Pani minister jest swobodna, wyluzowana, ale powtarza mechanicznie kilka formułek.
Ludzie się cieszą?
W odpowiedzi na konkretne pytania o kurczący się dostęp do badań czy o zamykanie szpitalnych oddziałów, mówi o wprowadzanych nowych terapiach, bardziej ogólnie o szukaniu nowych rozwiązań, czasem o coraz lepszych procedurach takich jak e-rejestracja, także o konsolidacji szpitali jako leku na zło.
To wszystko snuje niespecjalnie przejrzystym, tak zwanym fachowym językiem, co utrudnia publice jakąkolwiek ocenę.
Nowością było jedno. Minister Sobierańska-Grenda wróciła z objazdu po szpitalach, przede wszystkim tych powiatowych. Jesienią zeszłego roku gruchnęła wieść, że nawet 30 proc. spośród nich może być zamkniętych, w każdym razie taki jest cel jej resortu.
Teraz Sobierańska ogłosiła, że spotkała się z ogromną radością, zarówno personelu odwiedzanych szpitali, jak i pacjentów. - Jeżdżę po kraju i widzę, jak ludzie się cieszą - obwieściła.
Mówiła przy tym niejasno o perspektywie dodatkowego wspierania służby zdrowia z unijnych pieniędzy, aczkolwiek nie ogłosiła, że deficyt w finansach Narodowego Funduszu Zdrowia miałby się zasadniczo zmniejszyć. Przypomnę, że te "cieszące się" powiatowe szpitale coraz mocniej się buntują przeciw polityce zdrowotnej państwa.
Moja historia
Ta formułka o odnalezionej w kraju radości Polaków ze stanu służby zdrowia powtórzyła się jeszcze kilka razy, choćby na konferencji prasowej podsumowującej podróże pani minister. Wywołała ona szok - opozycji, ale też i niektórych dziennikarzy.
- Kiedy pacjentom będzie lepiej? - spytała ją z kolei dziennikarka TVN24 Anna Adamek. - Już jest lepiej - to konkluzja będąca przecież oficjalnym stanowiskiem rządu.
Czy polityczka, bo ona stała się polityczką, nawet jeśli znaleziono ją "na rynku", wierzy w to, co mówi? Nie mam pojęcia. Ale przyznam szczerze, przeszedł mi dreszcz po plecach, kiedy tego słuchałem. Mam do tego stosunek osobisty.
W czerwcu ubiegłego roku trafiłem do państwowego szpitala z powodu zatoru płucnego. Dobrzy lekarze postęp choroby zatrzymali. A jednak z przerażeniem myślę o kolejnej takiej "przygodzie" z publiczną służbą zdrowia, co wcale nie jest niemożliwe. Leczę się, więc badam, przeważnie prywatnie, ale tego typu problemów nie załatwi się w prywatnych zakładach leczniczych, chyba za żadne pieniądze.
Tematy zastępcze
Widzę ciąg wydarzeń bez mała komediowych. Jolanta Sobierańska-Grenda próbuje nas zainteresować projektem ustawy nazywanej lex szarlatan. Ma się odbyć akcja zwalczania ludzi nieuprawnionych do leczenia, a jednak leczących.
Jest to generalnie słuszny kierunek, skąd więc u mnie wrażenie, że akurat w tym momencie wrzawa wokół tego, to igrzyska, które mają odwracać naszą uwagę od fundamentalnego kłopotu z jak najbardziej legalnym leczeniem?
Cały rząd oferuje nam z kolei superigrzyska, w postaci wielotygodniowej pogoni za Zbigniewem Ziobrą. Działania są prowadzone nieudolnie, ale przede wszystkim zagłuszają pytanie, czy mamy powody do radości z kondycji naszych szpitali.
Mamy stan kataklizmu
Ja nie twierdzę, że kiedykolwiek polska służba zdrowia działała zadowalająco, PiS ma na sumieniu rozległe zaniedbania i zaniechania. Niemniej twierdzenie: "tak było zawsze" nie jest prawdziwe.
Można się oczywiście do woli zastanawiać, z czego ta zapaść finansów bardziej wynika: z nowych wydatków, choćby obronnych, czy z nieskuteczności w pozyskiwaniu dochodów.
Ja nawet uznaję argument wskazujący na to, że system opieki zdrowotnej stał się workiem bez dna, którego nie daje się uszczelnić. Poseł Adrian Zandberg z Partii Razem krzyczy: dajcie więcej pieniędzy, ale o owym zatykaniu wypowiada się mniej chętnie.
Tym niemniej mamy stan kataklizmu, który powinien wymagać nadzwyczajnych środków, bo chodzi o ratowania zdrowia, a często życia. Nie ma ważniejszego zadania przed władzami publicznymi. Premier Tusk opowiada, że niedługo grozi Polakom wojna, i nic z tym nie robi. Mamy zaś bliższe, konkretniejsze zagrożenie.
Ale zbywanie czy zaciemnianie tego zagrożenia to dzieło konkretnej osoby. Mogę do pewnego stopnia uznać, że polityka to sztuka najróżniejszych gier, czasem polegających na zwodzeniu wyborców. Są jednak takie sytuacje, kiedy prawidła polityczne zderzają się szczególnie mocno z wymogami moralnymi. Kiedy owo granie staje się czymś szczególnie obrzydliwym.
Pani minister ze swoim beztroskim uśmiechem zbliża się niebezpiecznie do tej granicy. Powinna się nad tym zastanowić: jako człowiek. Nie sądzę, aby chciała dla siebie niesławy.
Oczywiście spekuluje się, co jest wyznaczonym jej przez premiera celem. Dla jednych to "paprotka" osłaniająca dość przypadkową nieudolność tego rządu. Dla innych to osoba świadomie przeprowadzająca operację redukowania publicznej służby zdrowia po to, aby napędzić klientów prywatnym zakładom leczniczym.
Jeśli ktoś uzna, że to spiskowa mania typowa dla PiS, niech zauważy, że poseł Zandberg twierdzi całkiem to samo. I trudno jego teorię podważyć. Wszystko zdaje się zgadzać.
Można też uznać, że w jej restrukturyzacyjnych czy konsolidacyjnych zamysłach jest jakieś racjonalne jądro. Pytanie tylko, czy w stosunku do ludzkiego zdrowia, a zwłaszcza życia, można stosować zasadę "gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą". Ja się z tym nie zgadzam, i to fundamentalnie. To nie jest przestrzeń do powiedzonka rzymskiego cesarza Kaliguli, skądinąd terrorysty i mordercy: "Teraz czeka was kwadrans grozy, ale po nim nastąpi sto lat szczęścia.
Jeśli pani minister to tylko paprotka, jej los zdaje się być przesądzony. Zapewne zostanie usunięta lub zmuszona do odejścia, kiedy kampania polityczna przed wyborami 2027 wejdzie w decydującą fazę. Bo przecież większych pieniędzy na cele publiczne ten rząd raczej nie zgromadzi. Wtedy pojawi się nowa osoba z nowym cudownym planem, oczywiście rozłożonym na lata
Na razie to ona pełni rolę odgromnika. Jest bezpartyjna, bez zaplecza, więc świetnie się nadaje na czarnego luda. Mają nienawidzić ją, ale nie Tuska. Na jej miejscu dobrze bym się zastanowił, czy chce taką rolę odgrywać.
Piotr Zaremba















