Przyszłość Andrzeja Dudy pod znakiem zapytania. Musiałby złamać niepisaną regułę
Jeśli Andrzej Duda chce odgrywać jakąś istotną rolę, musi złamać regułę i wejść do czynnej polityki. W Polsce po prostu były prezydent nie może inaczej odegrać istotnej roli.

W niedawno przeprowadzonym sondażu dotyczącym przyszłości Andrzeja Dudy (SW Research) uderzają nie tylko wyniki. Większość badanych, niemal 60 proc., uznała, że były prezydent nie odegra już politycznie istotnej roli. Ciekawa jest jednak popularność tego sondażu i jego zasięgi w sieci wskazujące, że losy Andrzeja Dudy nas jako żywo zajmują. A to stwarza potencjał przeczący opinii owej większości.
Dodać warto, że Andrzej Duda ma kilka kart w rękawie. Pozostaje pytanie, czy chce z nich skorzystać i czy stworzy się należyta okoliczność.
Z żywymi iść… tylko gdzie?
W historii zdarzali się przywódcy z przypadku. Trochę tacy jak bohater serialu "Designated Survivor", portugalski dyktator Antonio Salazar albo nasze tragiczne, przedwojenne głowy państwa wybierane przez parlament. Ale w III Rzeczpospolitej całkiem przypadkowej osoby nie było.
Albo byli to liderzy obozów politycznych, albo ambitni politycy konsekwentnie budujący swoją karierę, jak trzech ostatnich prezydentów. Każdy z nich miał trochę szczęścia i wykorzystał nadarzającą się okazję, ale bez konsekwencji w dążeniu do tego celu żadnemu by się nie udało. Pod kątem tej determinacji na pewno wygrywa prezydent obecny, ale i zalicza się do nich Andrzej Duda.
Ciekawe jest to, że ci sprawni, ambitni politycy, mieli problem z aktywnym wpływem na rzeczywistość po prezydenturze. Największą rolę odegrał Lech Kaczyński, tyle że zrobił to pośmiertnie. Długa prezydentura Dudy odbywała się w cieniu tamtego prezydenta, a jego poglądy, przemówienia, decyzje, zaważyły na całej polityce prawicy. Jak widać trudniej pod tym względem mają żywi.
Ciepełko Mazurka
Najwięcej się udało zdziałać Aleksandrowi Kwaśniewskiemu w pewnym momencie faktycznie odgrywającemu jakąś istotną rolę w porozumieniu Zachodu z ukraińskimi oligarchami. Była to rola, którą chyba najkrócej można określić jako lobbing polityczny. Ale tak naprawdę wszyscy byli prezydenci pozostają co najwyżej komentatorami życia publicznego. Przy czym na największą cytowalność ma zawsze szanse Lech Wałęsa ze względu na nieszablonowość prezentowanych przez siebie treści.
Akces do Kanału Zero Krzysztofa Stanowskiego wskazywałby na podobny kierunek obrany z miejsca przez Andrzeja Dudę. Pozostaje pytanie, czy to szczyt ambicji dynamicznego 53-latka? Czy dekada w Pałacu Prezydenckim sprawia, że polityk nie może już być, no właśnie, politykiem?
W Polsce nie ma wielkich think-tanków, w które mógłby wejść były prezydent, choć wszyscy jakieś tam fundacje pozakładali. Andrzej Duda, pomimo tradycji rodzinnej, doktoratu i dawnej kariery uniwersyteckiej, nie jest typem naukowca, który teraz poświęci się rozwijaniu jakiegoś niszowego zagadnienia prawnego.
Co może szkodzić powrotowi? Po pierwsze, przecież były prezydent był już prezydentem. Wyżej się nie da, bo wybrał go naród w wyborach bezpośrednich. Czy teraz ma być ministrem spraw zagranicznych zależnym od premiera? Premierem zależnym od większości i szefa partii? Szefem partii zależnym od wewnętrznych koterii? Co nie zrobi, będzie niżej.
Pytanie, czy jest to naprawdę aż tak poważny problem. Czy lepiej znaleźć się na wiele lat na faktycznej komentatorskiej emeryturze, nawet w ciepełku medium tworzonego przez zaprzyjaźnionych dziennikarzy?
Drugą przeszkodą jest to, czy byłemu prezydentowi się chce. Pałac Prezydencki buduje opinię miejsca dostojnego, ale nieco gnuśnego, które nie ma medialnej dynamiki kancelarii premiera. Wystarczy więc spojrzeć po stronach internetowych na gigantyczną aktywność Andrzeja Dudy jako prezydenta. A także wcześniejszą. Uchodził za najpracowitszego posła, co doceniała nawet nieznosząca prawicy, nieżyjąca już dziennikarka Janina Paradowska. To człowiek aktywny i pracowity. Może się męczyć w butach poprzedników.
No i ostatnia sprawa to okazja, czyli zapotrzebowanie. Andrzej Duda nigdy nie zostałby prezydentem, gdyby w pewnym momencie, w 2014-2015 roku, nie stworzyło się zapotrzebowanie na kandydata innego niż Jarosław Kaczyński. Czy więc to zapotrzebowanie będzie? Śmiem twierdzić, że tak.
Nadąsana Nowogrodzka
Paradoks dotyczący Andrzeja Dudy polega na tym, że jest on dużo bardziej popularny szeroko w społeczeństwie niż na prawicy. Twardy PiS, tak zwana Nowogrodzka, ale też na przykład frakcja ziobrystów mają wobec byłego prezydenta szereg pretensji. Ogólnie można je zamknąć w worku z tezą, że "Duda był zbyt miękki". Ale tak naprawdę chodzi o coś innego: że był samodzielny.
Tym częściej jest to wyrażane, że między prezydentem a prezesem PiS panowała przez lata nawet nie szorstka przyjaźń, a swoiste nadąsanie. A na prawicy schlebianie Jarosławowi Kaczyńskiemu bardzo profituje i, to uczciwie trzeba powiedzieć, zarówno przez polityków jak i komentatorów.
Natomiast inaczej niż "w partii" i okolicach jest na zewnątrz. Andrzej Duda przez lata pozostawał najpopularniejszym politykiem nie tylko prawicy, a w Polsce w ogóle. To jego prezydentura i poparcie, ileż by niektórzy tego nie wypierali, utorowała drogę Karolowi Nawrockiemu. Były prezydent dysponuje tym mandatem nadal.
Gnuśna strefa komfortu
Pozostaje więc pytanie, czy stworzy się okoliczność? Na pewno prędzej czy później tak, bo były prezydent to wielki polityczny kapitał. Akces i poparcie Dudy dla którejś z frakcji prawicy byłoby gigantycznym wzmocnieniem, a jego postać akceptowalnym i mocnym patronem choćby rządu technicznego czy jakiejś opcji, która przełamywałaby determinantę polityczną: Kaczyński plus przystawki lub Tusk plus przystawki.
Czy więc były prezydent zdecyduje się wyjść z dziwnej strefy komfortu, w której lokują się byli prezydenci, a która tak komfortowa wcale się nie wydaje? Szczególnie dla kogoś kto nadal ma ambicje.
Wiktor Świetlik















