Reklama

Reklama

Przenieście nam Brukselę do Warszawy

Warszawa jest najważniejsza. Warszawa bierze wszystko. To co ważne rozgrywa się w Warszawie. Musicie się postarać, by Warszawa was polubiła i coś wam skapnęło. Podoba wam się taki język? Dziś taką rolę spełnia Bruksela. Może czas, by Polska zaczęła walczyć o autentyczną decentralizację Unii Europejskiej.

Wyobraźmy sobie więc, że stolica Polski zaczyna porozumiewać się takim językiem w komunikacji z innymi częściami kraju. "Nie dorośliście do Warszawy. Wasze zachowanie to wstyd. Pokażcie, że zasłużyliście na fundusze. Że jesteście dość cywilizowani. W przyszłym tygodniu przyjedzie komisarz z Warszawy i sprawdzi, czy spełniacie normy, które zostały ustalone w stolicy. Czy jesteście dość dojrzali"

Nie warto nawet chyba dłużej zastanawiać się co spowodowałby taki język w zarządzaniu krajem. Skończyłby się, słusznym, ogólnopolskim buntem przeciwko rozpychaniu się i arogancji miasta stołecznego, które zresztą i bez tego, za rozpychające i aroganckie uchodzi. Stąd po części zgłaszane przez różne ekipy postulaty decentralizacji - przenoszenia najważniejszych urzędów i instytucji do innych miast. Oczywiście, jak to w polityce, tych miast, które dla zgłaszającej pomysł ekipy są najbardziej zasłużone. Większość z nich jest niezrealizowana. Choć to, dlatego choćby województwo mazowieckie ma komendę policji w Radomiu, by Radomiowi nie było przykro. Bardziej przykre jest jednak to, że to co w skali kraju jest w pełni rozumiane, w skali europejskiej absolutnie funkcjonować nie może.

Reklama

Co na to Bruksela? Czy Polska spełnia brukselskie warunki? Czy brukselskie instytucje się na to zgodzą? Czy są z nas dumni i czy postaraliśmy się należycie? Czyż nie jest to nieustannym elementem naszych debat zarówno na temat pieniędzy, które nie mogą do nas dojechać, pomimo że nam je przyznano, w dodatku po części od początku były nasze, jak i innych spraw? A może to jednak Bruksela powinna się postarać też o to, by Warszawa, Wrocław lub Lublin miały faktyczne poczucie uczestniczenia i z nimi na zdrowych zasadach konkurować? A niemiały tylko prawo do nieustannego rozliczania się przed centralą z tego, czy były dziś grzeczne, czy też nabroiły.

Trwa polityczny konkurs na pogróżki

Unia Europejska w swoich rozmaitych dokumentach, aktach i preambułach odmienia demokrację, dystrybucjonizm, solidaryzm, równość, pomocniczość przez wszystkie przypadki. To słowa, których warto używać przy formowaniu wniosków unijnych i zna je każdy mądrzący się na tematy polityki unijnej gadający łeb z telewizora. Ale już, jeśli spojrzeć na ulokowanie centrów dowodzenia Unii, na jej ośrodki decyzyjne, to zaczyna się problem. W gruncie rzeczy sprowadzają się one do dwóch miast. Jednym jest stolica Belgii - jednego ze słabszych krajów Europy, bo nieposiadającego zwartej narodowości. Belgowie to Flamandczycy lub Walończycy, niezbyt się zresztą nawzajem lubiący. Za to znajdującego się pomiędzy Niemcami a Francją. 

Drugim ośrodkiem jest francuski Strasburg. Francuski, ale znajdujący się blisko granicy niemieckiej na terytorium, które od wieków oba kraje sobie nawzajem wyrywały, w dodatku będący najbardziej "niemieckim" miastem Francji. To oczywiste, że po drugiej wojnie światowej nie można było centralnych instytucji UE umieścić na terenie Niemiec. Trzeba było też zaspokoić imperialne kompleksy Francji. Stąd takie umiejscowienie wszystkich najważniejszych instytucji. Stąd też po części późniejszy Brexit, frustracja Włoch czy Hiszpanii i w końcu poczucie peryferyjności Polski, która dobrym "Europejczykiem” jest tylko wtedy, kiedy realizuje polityczne interesy Niemiec.

Rządzący Brukselą układ jasno pokazał, że nie zaakceptuje układu rządzącego Polską, bo nie jest mu na rękę. Brutalna prawda jest taka, że dopóki PiS będzie przy władzy z każdą złotówką będzie problem, a unijny trybunał TSUE będzie w każdej sprawie nas łomotał. Sądzę, że sposób traktowania Polski przez UE kiedyś na tej ostatniej się odbije, bo obnaża upolitycznienie jej wszystkich instytucji włącznie z tymi, które powinny być merytoryczne, jak wspomniany sąd. Będzie znakiem jej upadku lub głębokiej reformy. Tyle, że warto się zastanowić nad polską reakcją, bo na razie z każdej strony jest ona dramatyczna. 

Opozycja spod znaku PO jest w stanie przyklasnąć wszystkiemu co płynie z Brukseli choćby i miało to się sprowadzać do jawnego szkodnictwa jak projekt przyjmowania niekontrolowanej fali przybyszów w 2015 roku. Cóż z kolei robią rządzący? Znowu nas biją! Ani piędzi. Będziemy blokować, wytoczymy armaty, weta. W tym momencie trwa polityczny konkurs na pogróżki, często bez pokrycia, obliczony chyba głównie na krajowego odbiorcę.

Dlaczego kluczowe instytucje muszą znajdować się w Strasburgu?

A co by było gdyby to polski rząd wystąpił z programem reformy Unii, takim, w wyniku którego przestanie być ona stekiem frazesów serwowanych przez biznesowych lobbystów i niemieckich lub francuskich imperialistów? Gdyby zaproponował - i znalazł sojuszników dla tego pomysłu - autentyczną decentralizację Unii. Owszem, w Polsce znajduje się siedziba Frontexu - małego urzędu, nie będącego żadną tam strażą graniczną, jak to się przedstawia, a koordynującego współpracę między poszczególnymi krajami. Słusznie, bo jesteśmy krajem frontowym. Ale dlaczego choćby posiedzenia europarlamentu muszą się odbywać w dwóch miastach na niemiecko-francuskiej granicy?

Dlaczego kluczowe instytucje muszą znajdować się w Strasburgu, a nie w Rzymie, Madrycie czy Bukareszcie, nie mówiąc o Warszawie, Lublinie lub Gdańsku. Może od tego zacząć zamiast w kółko krzyczeć znowu o wybitym za ojczyznę zębie. Ten projekt to utopia? Ok. Ale niech politycy z Berlina i Paryża to powiedzą. Szczególnie, że nie jest tak, żeby to była refleksja całkowicie obca u naszego zachodniego sąsiada. - Myślę, że nie mamy innego wyjścia, jak tylko zdecentralizować Europę - stwierdził rok temu niemiecki politolog Wolfgang Streeck. Jak widać, ta batalia mogłaby znaleźć sojuszników nawet w niemieckiej Kolonii, nie mówiąc o wschodzie, południu i zachodnim końcu Europy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy