Przegrupowanie Tuska i koniec powyborczej smuty
Po porażce w wyborach prezydenckich koalicyjne wojsko poszło w rozsypkę. Rekonstrukcja ma zatrzymać bezładny odwrót, zewrzeć szeregi i przygotować pole do kontrataku.

Publicystyka w Interii to pełen przekrój opinii: od lewa do prawa i z powrotem. Felietoniści portalu z różnych perspektyw komentują dla naszych czytelników to, co dzieje się tu i teraz. Więcej komentarzy znajdziecie w sekcji Felietony.
W czasie, gdy Polaków bardziej pasjonują prognozy pogody i ceny w nadmorskich kurortach niż wydarzenia polityczne, trudno spodziewać się głębokiego zainteresowania szczegółami rekonstrukcji rządu. Większość wyborców co najwyżej odnotuje zmniejszenie liczby ministerstw czy którąś z głośnych dymisji i pójdzie na gofry. Mimo niesprzyjającej aury rekonstrukcja ma jednak istotne polityczne znaczenie.
Reset
Donald Tusk po okresie rozpaczania i hamletyzowania, kiedy nie było widać perspektyw odbicia i poprawy, wrócił do swojego modus operandi, jakim jest twarda gra bez odstawiania nogi. Rekonstrukcja ma w zamierzeniu premiera stanowić koniec powyborczej smuty i dać sygnał elektoratowi (i przeciwnikom), że walka się nie skończyła. Ma być początkiem procesu odzyskiwania politycznej inicjatywy.
Pierwszy sygnał to zastąpienie Adama Bodnara przez Waldemara Żurka w ministerstwie sprawiedliwości. Bodnar - kompetentny, przestrzegający przepisów, cierpliwie odbudowujący zniszczenia po PiSie, został rzucony na pożarcie opinii najostrzejszego elektoratu niezadowolonego z tempa rozliczeń.
Paradoksem jest, że ci walczący o praworządność najchętniej widzieliby na stanowisku kogoś przypominającego Ziobrę czy Kamińskiego - który nie liczy się z przepisami w walce z politycznym przeciwnikiem. Waldemar Żurek, postać zasłużona i symboliczna dostanie od zwolenników KO kredyt zaufania. Do tego jeszcze przed objęciem funkcji został bezwzględnie zaatakowany przez najbardziej nieciekawe postaci z pisowskiej ekipy, co już na wstępie daje polityczne zyski w myśl stwierdzenia: "słychać wycie, znakomicie".
Osłabienie merytorycznego Tomasza Siemoniaka, który sprawnie dawał sobie radę z zarządzaniem kryzysowym w czasie powodzi i powrót Marcina Kierwińskiego do MSWiA, to kolejny sygnał dla najtwardszego elektoratu: "idziemy po nich".
Siemoniak również był oskarżany o niedostateczną gorliwość w rozliczeniach, więc zastępuje go człowiek, dla którego najważniejsze będą dyrektywy z politycznego centrum dowodzenia. To w ogóle istotne kryterium w ramach doboru nowych ministrów: mają odpowiadać "tak, panie premierze" i działać bez oglądania się na prawne czy merytoryczne ograniczenia.
Trzecią ofiarą złożoną na ołtarzu najtwardszych zwolenników anty-PiSu jest Sławomir Nitras, który zasłużył się w walce z układami w związkach sportowych, nawet jeśli kosztem awantur i własnego wizerunku. Minister sportu też poleciał po linii politycznej: jako lider sztabu Rafała Trzaskowskiego w ramach symbolicznych rozliczeń. To, że znany jest z tego, że potrafi postawić się Tuskowi, z pewnością nie utrudniło premierowi decyzji.
Z wyborów prezydenckich paradoksalnie najbardziej wzmocniony wyszedł ten, który w nich nie wystartował, Radosław Sikorski dostał symboliczny awans na wicepremiera i całkiem realną kontrolę nad polityką europejską.
Sikorski swoim wizerunkiem twardziela i faceta, który potrafi wygrywać ma wzmacniać rząd, jednocześnie stanowiąc strategiczną rezerwę Platformy. Pytanie czy ta funkcja wzmocni go, jako potencjalnego następcę Tuska, czy też osłabi, obciążając odpowiedzialnością za niepopularne decyzje, na które i tak nie będzie miał wpływu?
Konsolidacja
Nieco w cieniu znalazły się decyzje spinające resorty gospodarcze. Ważne jest włączenie resortu rozwoju do ministerstwa finansów prowadzonego przez Andrzeja Domańskiego, który z z funkcji zaufanego doradcy Donalda Tuska wypływa na coraz szersze polityczne wody.
Brak jednego ośrodka kierowniczego w gospodarce i rozproszenie odpowiedzialności bardzo utrudniało prowadzenie spójnej polityki. Do załatwienia pozostaje kwestia wiceministrów z partyjnych nominacji, z których wielu wiosłuje w przeciwne strony. Bez przecięcia tego zjawiska konsolidacja nie przyniesie spodziewanych efektów.
Powołanie ministerstwa energetyki z energicznym, nomen omen, Miłoszem Motyką, to znów ukłon w stronę prymatu polityki nad interesami spółek i uspójnienie rozproszonej odpowiedzialności w jednym resorcie. PSL na pewno chętnie skorzysta z nadarzającej się okazji. W drugą stronę apetyty na partyjne łupy ma powściągać nowy minister aktywów państwowych Wojciech Balczun, menadżer, ale z politycznym instynktem. Czy dostanie dość wsparcia, żeby realnie, a nie tylko nominalnie, nadzorować prezesów, którzy mają swoje interesy i umocowanie?
Usunięcie niepopularnych Izabeli Leszczyny i Hanny Wróblewskiej ma dać nowy oddech w trudnych ministerstwach zdrowia i kultury. Tusk lubi pracować z merytorycznymi kobietami, a Jolanta Sobierańska-Grenda oraz Marta Cieńkowska niewątpliwie do tej kategorii należą. Czy wykażą się realnymi sukcesami? Tu wiele zależy od tego, ile sobie wywalczą w ramach priorytetów rządu, który ani na zdrowie, ani na kulturę przesadnie nie stawia.
Nadzieję na wzmocnienie merytoryczne rządu daje funkcja ministra Macieja Berka, który ma koordynować i nadzorować kluczowe z punktu widzenia rządu projekty. Jeśli faktycznie, jak zapowiadał Tusk, dostanie wsparcie ogarniętych współpracowników, to jest szansa, że pomimo obstrukcji prezydenta i trudnej współpracy koalicyjnej uda się poprawić sprawczość rządu.
Walka
Tusk szykuje swój obóz polityczny do starcia z Nawrockim, PiS-em i Konfederacją. O czekającej go batalii opowiadał w kategoriach apokaliptycznych, walki dobra ze złem. To retoryka obliczona na najtwardszych zwolenników, którzy rządem się rozczarowali, szczególnie po podwójnej porażce, jaką było przegranie wyborów prezydenckich, a później niezrozumiałe kwestionowanie ich wyniku, ostatecznie zakończone pełną kapitulacją z braku dowodów.
Od konsolidacji rządu istotniejsze jest konsolidowanie elektoratu, a z tym w ostatnim czasie było trudno. Walki wewnętrzne - z Bodnarem czy Hołownią - zajmowały bańkę koalicji dużo bardziej niż dawanie odporu PiS.
Zabrakło w opowieści Tuska nadziei, rozwoju, przyszłości - to są wątki, które przywoływał jakby na doczepkę, w sposób wymuszony. Nie widać za bardzo, jak rząd miałby wpisać się realnie w ambicje szczególnie najmłodszego pokolenia - być może to będzie zadaniem Domańskiego na jesień. Samo bezpieczeństwo to za mało, żeby liczyć na zwycięstwo w 2027 roku.
W swoim wystąpieniu premier przywołał figurę Corteza, który spalił (faktycznie zatopił) swoje okręty. I mnie ta metafora jest bliska. Czasem, żeby zwyciężyć, trzeba sobie zamknąć drogę odwrotu. Wola walki i pomysłowość pozwalają - przy odrobinie szczęścia - na pokonanie przeważającego i zbyt pewnego siebie nieprzyjaciela.
Tusk jak hiszpański konkwistador, ma przed sobą tylko jedną drogę: po zwycięstwo. Albo polityczną śmierć.
Leszek Jażdżewski













