W lipcu cichutko minęła 90. rocznica wybuchu hiszpańskiej wojny domowej. To dość podejrzane. Przecież dla Polski wydarzenia na Półwyspie Iberyjskim miały zasadnicze znaczenie.
Przed 90 laty w Hiszpanii Niemcy przetestowali nowoczesne rodzaje broni oraz techniki ich zastosowania tylko po to, aby później posłużyć się nimi wrześniu 1939 roku. Guernica zapowiadała przyszłość wielu naszych miast. I od samego początku wojna domowa w Hiszpanii była konfliktem europejskim.
W 1936 - bez materialnej i logistycznej pomocy faszystowskich Włoch oraz Niemiec - w ogóle nie udałoby się przerzucić zbuntowanych wojsk z Maroka na południe Hiszpanii.
Chichot Historii sprawił, że w 2026 roku właśnie Ceuta, skąd przez radio ongiś dano sygnał do buntu, znów trafiła na pierwsze strony gazet i jedynki portali. Znów od wydarzeń w hiszpańskiej części Afryki zadrżała cała Europa, tym razem z powodu fali nielegalnej imigracji z Maroka (o czym niedawno tutaj pisałem).
Dawne dzieje?
Wydarzenia sprzed II wojny światowej wracają do nas jak bumerang, nie bez innego, zasadniczego powodu. Na naszych oczach rozmontowany został porządek świata ukształtowanego po 1945 roku. To były nasze myślowe ramy.
Decyzja o pozostaniu USA w Europie, uruchomienie pomocowego Planu Marshalla czy budowanie NATO, wszystko to jeszcze długo po upadku komunizmu wskazywało kierunki w polityce zagranicznej Europy. Niepodważalna i muskularna obecność Amerykanów na Starym Kontynencie ewidentnie przekładała się na polityki krajowe.
Jedne państwa po zakończeniu zimnej wojny niemal przestały inwestować w obronność. Inne państwa z kolei aspirowały do znalezienia się w tej amerykańskiej strefie wpływów. Nie jest wielką przesadą podkreślić, że jednoczenie się Europy bez USA nie przybrałoby obecnego kształtu Unii.
A być może w ogóle nie miałoby miejsca.
W sytuacji, gdy prezydent Donald Trump daje do zrozumienia, że USA mogą, ale nie muszą przyjść z pomocą swoim sojusznikom - naprawdę wszystko się zmienia. I to zmienia się ekspresowo, bo obok kaprysów Białego Domu trzeba brać pod uwagę inne zagrożenia egzystencjalne.
Zależnie od położenia terytorialnego, każdy kraj samodzielnie ocenia się własne bezpieczeństwo. Niektórzy czują się bardziej wystawieni na ryzyko. Bliskość Rosji w Europie oraz bliskość Chin w Azji ewidentnie przekłada się na politykę krajów sąsiadujących.
Kto nie bierze pod uwagę neoimperialnych ambicji, terytorialnej ekspansji ogromnych państw, może obudzić się jako danie na talerzu.
Geopolityczne konsekwencje dla Polski i państw znajdujących się w podobnym położeniu dobrze znamy. Zmiany w myśleniu politycznym jednak obejmują także państwa, które kiedyś były agresorami i których przegrana ukształtowana ład po 1945.
Japonia i Niemcy
Skoro USA w XXI wieku zrezygnowały z roli policjanta, zadbaniem o własne bezpieczeństwo muszą zająć się także Niemcy i Japonia. Incydentów nie brakuje. W ubiegłym tygodniu na lotnisku w Lipsku odkryto dron wypchany materiałami wybuchowymi. Berlin nabrał wody w usta. Niemniej wszystkie drogi prowadzą do Moskwy.
Prezydent Władimir Putin ostentacyjnie nie przejmuje się opinią Zachodu. Przeciwnie, wojna hybrydowa idzie na całego. Celem jest zastraszanie. Cyberataki, zajścia dronowe, przecinanie kabli podmorskich… Rosja, która nie może wygrać wojny militarnie, chce wygrać politycznie.
W zasadzie USA Trumpa dały wolną rękę Niemcom. Chcecie się zbroić, proszę bardzo. Nie liczcie na nas, bo możemy przyjść z pomocą, ale może nie przyjść.
W tej sytuacji zainicjowana w lutym 2022 polityka Zeitenwende rozkręca się. Berlin wydaje coraz większe kwoty na zbrojenia. Rozbudowuje własny przemysł militarny. Cele zakreślono ambitne.
Podobnie zachowuje się drugi przegrany II wojny światowej. Japonia przygląda się ambicjom Chin z niepokojem tym większym, że pod bokiem co chwilę daje o sobie znać totalitarna Korea Północna. Gdyby ktoś nie zauważył, przypominam, że ten właśnie kraj współpracuje militarnie z Rosją przeciwko Ukrainie.
Z punktu widzenia Tokio należy zatem myśleć nie o jednym, ale o trzech potencjalnie agresywnych krajach jednocześnie. Premier Japonii Sanae Takaichi przedstawił plan wydatków na obronność, jakiego nie widziano chyba od II wojny światowej.
Otóż Japonia znalazła się obecnie na drodze do stania się trzecim krajem świata (obok USA i Chin) pod względem wydatków na obronność.
Oto koniec ery pokojowej, w której dawni agresorzy mieli pozostawać zasadniczo rozbrojeni. Bezpieczeństwo gwarantowały im amerykańskie bazy. To Waszyngton narzucił czy "wypracował" przedziwny model polityczny dla dwóch dawnych imperiów. Niemcy i Japonia mogły być potęgami gospodarczymi, militarnie nie miały żadnego znaczenia.
Ów bezprecedensowy układ właśnie składany jest do grobu. Śledząc polską debatę, można dojść do wniosku, że nadal najważniejszą matrycą myślową dla polityków jest II wojna światowa. Nie tylko na prawicy.
Co z Polską w nowym świecie?
Informacje o zbrojeniach dawnych agresorów sprawiają, że ciarki przechodzą po plecach. Czy jednak zasadnie? Obecnie Niemcy i Japonia zbroją się, bo… to Amerykanie im na to pozwolili. Wręcz wymusili taką reakcję, skoro zagrożenie agresją Rosji czy Chin tylko rośnie.
Tu i teraz Niemcy i Polska znajdują się po tej samej stronie barykady, ba, znajdują się w tym samym klubie NATO. Gdyby zaatakowano Niemcy, zgodnie z art. 5 NATO, Polska musiałaby przyjść z pomocą.
Traumatyczna historia sprawia jednak, że zastanawiamy się, czy owe zbrojenia - kiedyś tam, w odległej przyszłości - nie mogą się obrócić przeciwko nam. Wielu Francuzów zresztą zadaje to samo pytanie. Istotnie niebezzasadne, gdy słucha się neofaszystowskich bzdur opowiadanych przez doły niemieckiej partii AfD.
Obecna sytuacja wymaga od nas jednak czegoś więcej niż polityka "odruchów" na tle historii. O niej trzeba pamiętać, jednak uczyć się na przykładzie walczącej Ukrainy, że być może teraz najważniejsze w zasadzie jest zajęcie się sobą i przezwyciężenie polskich kodów kulturowych.
W pierwszej kolejności - w polityce bezpieczeństwa czas porzucić owe automatyzmy, te przeklęte puste spory, które ciągle odbywają się kosztem czynów. To już właśnie znamy z Historii.
I tu pojawiają się pytania praktyczne: ile zbudowano schronów przeciwdronowych w Państwa okolicy? Czy mają Państwo pewność, że nasze miliardy przeznaczane na obronność są wydawane sensownie? Czy Tarcza Wschód w ogóle zadziała?
Oto nasze pytania. Problemem Polski nie jest przecież - nie tu i teraz - to, że Niemcy czy inne kraje znów się zbroją. Problemem jest brak debaty o kontroli nad naszymi zbrojeniami w 2026. My powinniśmy każdego dnia realnie sprawdzać, co realnie zostało zrobione, a co nie. Od poziomu samorządów do poziomu centralnego.
Dziś już nie chodzi o to, czy podoba nam się świat, który przyszedł w XXI wieku, lecz czy potrafimy się w nim obronić.
Jarosław Kuisz














