Reklama

Reklama

Prof. Zdzisław Krasnodębski przesadził. Ale jego krytycy tym bardziej

Może gdyby profesor Zdzisław Krasnodębski zapytał, czy to najwłaściwszy moment na federalizację Europy, nie okładano by go teraz po głowie z taką pasją. Skądinąd wcale nie oczyszczał Rosji. Przeciwnie, uznawał ją za oczywistego agresora.

Od paru dni, kto żyw po stronie opozycji, wali w tam tamy, protestując przeciw wypowiedzi europosła PiS Zdzisława Krasnodębskiego w telewizji Republika. Pierwsze i zasadnicze zdanie wybijane przez wszystkich brzmi: "zagrożenie dla naszej suwerenności ze strony Zachodu jest większe niż ze strony Wschodu".

Polityk będący lubiącym głośno myśleć intelektualistą, myśl tę rozwinął. "To jest paradoksalne. Oczywiście Rosja jest brutalna, Rosja może wypowiedzieć nam wojnę. Ale Polacy wiedzą, w sensie duchowym czy psychologicznym, jak z takim niebezpieczeństwem się obejść. Putin nas nie dzieli, tylko łączy. Natomiast Unia Europejska posługuje się innymi środkami. Raczej zachętami, pieniędzmi, siłą miękką, na pewno atrakcyjnością".

Reklama

Kultura przesady w akcji

Czy jest tu wypowiedź roztropna? Z pewnością nie. W świecie, w którym masy czytają co najwyżej nagłówki, a cytaty w mediach składają się na ogół z owego jednego "najważniejszego" zdania, brzmi to mocno prowokacyjnie. Ktoś może wręcz zrozumieć, że grozi nam agresja ze strony Zachodu czy instytucji unijnych.

Takie rozłożenie zagrożeń wręcz wpisuje się w stereotypowy opis pisowskiej geopolityki. Kaczyńskiemu przypisuje się od dawna zamiar odrodzenia nas od Zachodu, co ma być na rękę Rosji. Teraz Donald Tusk i "Gazeta Wyborcza" mogą wskazywać na kolejny dowód, że tak jest w istocie.

W tym sensie taki głos jest produktem czegoś, co prof. Antoni Dudek nazywa "kulturą przesady". Intencja szokowania, wstrząsania, rzutuje na wymianę zdań, nim się ona na dobre rozpoczęła. Trudno się więc dziwić, że także koledzy profesora z obozu rządowego od tej wypowiedzi się dystansują. Zwykle bronią wszelkich słownych "ostrości" z zapamiętaniem. Tym razem mają świadomość, jak to będzie czytane i rozumiane.

Rzecznik rządu Piotr Müller tłumaczy, że oczywiście głównym zagrożeniem jest Rosja. Choć próbuje usprawiedliwiać Krasnodębskiego: chce on wskazywać na nieprawidłowości w funkcjonowaniu Unii. Ale komentarze ludzi PiS są więcej niż defensywne.

I od razu warto zauważyć, że także reakcje politycznych przeciwników Krasnodębskiego nacechowane są ową "kulturą przesady". Oto poseł PSL żąda w Polsacie, aby Krasnodębskim zajęła się ABW. Oto lider Lewicy Włodzimierz Czarzasty pyta, czy polityk słusznie dostał tytuł profesorski. Oto "Wyborcza" opatruje komentarz w tej sprawie tytułem "Zdrajcy Europy z PiS".

W tym krzyku chodzi o to, żeby możliwie skutecznie zranić, przy okazji rzucić cień na cały obóz, ale broń Boże nie splamić się choćby rzeczową polemiką. Broń Boże nie zrozumieć (albo udawać, że się nie rozumie), o co tak naprawdę profesorowi z Bremy chodziło.

Od dłuższego czasu bije on na alarm z powodu kolejnych restrykcji Unii wobec obecnego polskiego rządu. Widzi te restrykcje nie tylko w kontekście bieżących sporów politycznych, ale i pokus instytucji unijnych, aby dawny luźny związek państw zastępować ściślejszą federacją. Paradoksalnie te pokusy nasilają się teraz, kiedy unijne elity w szczególności niemieckie i francuskie, skompromitowały się stosunkiem do Putina i kompromitują się dalej brakiem wystarczającej pomocy dla Kijowa, a może i zamiarem sprzedania jego interesów.

Może gdyby profesor zapytał tylko, czy to najwłaściwszy moment na federalizację Europy, nie okładano by go teraz po głowie z taką pasją. Skądinąd wcale nie oczyszczał Rosji, przeciwnie uznawał ją za oczywistego agresora. Po prostu zauważał, że Putin w zasadzie nie ma w Polsce przyjaciół. Za to znaczna część polskich elit gotowa jest na bezrefleksyjne wyrzekanie się atrybutów państwa narodowego wobec unijnej maszynerii. "Na Rosję trzeba mieć Abramsy - wiadomo jakich środków użyć. Natomiast, żeby sobie poradzić z UE, to wymaga większego wysiłku organizacyjnego, intelektualnego - i w tym sensie to jest większe niebezpieczeństwo" - to jego konkluzja.

Kto siądzie do debaty?

Czy te obawy szerszego pisowskiego spektrum, bo przecież już nie tylko Zbigniewa Ziobry, który tym gra jak może, nie mają też słabych punktów? Ależ mają. Tak można by streścić bilans tego sporu: czy wykorzystać starcie z Rosją do poparcia federalizacji Unii Europejskiej, co podsuwa opozycja? W sytuacji kompromitacji elit francuskich i niemieckich, ich wpływ na naszą politykę, także zagraniczną, miałby się jeszcze zwiększyć, pytanie, czy tego chcemy. I czy na tym z kolei Putin straciłby, czy raczej skorzystał.

Czy przeciwnie, próbować własnej gry, opierania się Rosji, ale bez roztapiania w Europie, co może nam gwarantować parasol amerykański. Ta druga strategia, PiS-owska, ma z kolei inną słabość. A co, jeśli uwagę Waszyngtonu przyciągnie narastający konflikt z Chinami na Pacyfiku? No właśnie, sytuacja jak z greckiej tragedii.

To wymagałoby poważnego namysłu i poważnej debaty. Prof. Krasnodębski jej nie ułatwił, bo od razu kierował dylemat w kierunku symbolicznych lęków. Ale z kolei po drugiej stronie nie ma sensownych partnerów do takiej wymiany zdań. Polska opozycja ma jedną odpowiedź: ulegać Unii, roztapiać się, nie pytać o nic.

Nie sądzę aby Krasnodębski był heroldem gotowego scenariusza Jarosława Kaczyńskiego, który szykuje zerwanie z Unią. Myślę, że prezes PiS gra na czas, improwizuje, w istocie nie wie, jak daleko może się posunąć, zwłaszcza w obliczu tracenia przez Polskę ogromnych sum unijnych pieniędzy.

Oczywiście zawsze można też pytać, czy warto był prowokować pierwszy konflikt o coś tak nieprzemyślanego, wręcz niemądrego jak tak zwana reforma sądownictwa. Zarazem teraz, chodzi już nie tylko o nią. Wystarczy przestudiować tak zwane kamienie milowe, które mają nam zapewnić fundusze z KPO (i na razie nie zapewniają).

Rozżalony atakiem na siebie Krasnodębski zareagował: "Trzeba nic nie rozumieć, by sądzić, że niepodległość traci się jedynie wyniku militarnego podboju". Sądzę że ma rację, ale sądzę też, że nie jest w stanie jej dowieść nerwowymi, alarmistycznymi komunikatami. Taki jest ten tabloidalny świat, trzeba się poruszać w jego ramach.

W roku 1939 marszałek Edward Rydz Śmigły snuł rozważania, kto jest dla nas groźniejszy: III Rzesza czy ZSRS. "Niemcy zabiorą nam co najwyżej wolność, Rosjanie zabiorą nam dusze" - mówił o sile sowieckiej ideologii. Nie snuję analogii: Unia z pewnością nie jest sowieckim molochem. Ale myślę, że ma się prawo bronić jako ważnego dla polskiej racji stanu obecnego polskiego państwa. Uważać, że jego samodzielność jest samoistną wartością dla naszego narodowego interesu. W tym sensie marzę, aby ktoś zasiadł z profesorem Krasnodębskim, który ma takie właśnie intencje, do poważniej debaty.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy