Problem polskiej prawicy z Trumpem
Donald Trump gardzi suwerennością państw narodowych. Partnerami są dla niego globalne imperia, którym daje zgodę na budowanie własnych stref bezpieczeństwa i wpływów. Co z tym problemem zrobi polska suwerennościowa i nacjonalistyczna prawica, której liderzy przedstawiają się już nawet nie jako sojusznicy Trumpa, ale jako jego lobbyści w polityce polskiej i europejskiej?

Zacznę od przypomnienia cytatu z taśm Falenty, który przed laty miał skompromitować Radosława Sikorskiego, a dziś okazuje się wnikliwą przyszłościową diagnozą. "Problem w Polsce jest taki, że mamy płytką dumę i niską samoocenę. Taka murzyńskość".
Sikorski mówił o "murzyńskości" w kontekście niezdolności części polskich prawicowych elit do zrozumienia atutu, jakim dla polskiej suwerenności jest nasza obecność w Unii Europejskiej. Jednocześnie ta sama "suwerennościowa" i "nacjonalistyczna" prawica miała skłonność do pełnego kompleksów oddawania się do dyspozycji kolejnym amerykańskim prezydentom (o ile oczywiście byli to prezydenci "prawicowi", podzielający - najczęściej jedynie wyobrażoną - "globalną wspólnotę idei").
A do kogo wzdycha lewica?
Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że swoją wersją "murzyńskości" miała także polska lewica i część liberalnego centrum. Oni z kolei - np. nie mogąc przekonać polskich wyborców do liberalizacji aborcji albo do przyznania większych uprawnień obyczajowym mniejszościom - odwoływali się do Unii Europejskiej, licząc na ideologiczną odsiecz, która zmieni niekorzystny dla nich układ sił w lokalnych ideowych konfliktach.
O ile "murzyńskość" części polskiej prawicy wyrażała się w okrzyku "Reagan, Bush… wam pokażą!", to "murzyńskość" polskiej lewicy i części liberałów wyrażała się w dość analogicznym okrzyku "Bruksela wam pokaże!".
Istotna różnica polegała na tym, że o ile Waszyngton był jednak stolicą pojedynczego państwa, mającego własne interesy, które można traktować jako sojusznika, błędem jest jednak widzenie w nim drugiej, choćby "ideologicznej" ojczyzny. Bruksela była symbolem Unii Europejskiej, od pewnego momentu współtworzonej przez Polskę, a nie będącej jakimś zagrażającym polskiej suwerenności "obcym mocarstwem".
Unia była - przynajmniej potencjalnie, w zależności od potencjału tworzących ją państw i zdolności wykorzystania tego potencjału przez ich polityczne elity - organizacją międzynarodową pozwalającą wzmacniać i stabilizować kraje członkowskie.
Czym gardzi Donald Trump
Rządy Donalda Trumpa są najpoważniejszym jak dotychczas testem na to, do jakiego stopnia polska prawica dotknięta jest syndromem "murzyńskości". Trump gardzi bowiem suwerennością państw narodowych. Dowodów na to dostarcza każdy dzień:
- Chaotyczne deklaracje i decyzje Trumpa w obszarze wojen (i negocjacji) handlowych i celnych, uderzające bardziej w atlantyckich sojuszników Ameryki niż w w jej globalnych konkurentów i wrogów.
- Interwencja w Wenezueli (porwanie Maduro i pozostawienie u władzy zdegenerowanej elity narodowo-socjalistycznych "boliwariańskich" Chaverzystów - o ile oddadzą Trumpowi wenezuelską ropę).
- Narastający kryzys wokół Grenlandii - uderzający nie w Rosję czy Chiny, ale zagrażający atlantyckiej jedności demokratycznego Zachodu.
"Nowa Jałta", nowy koncert mocarstw, nowy system bezpieczeństwa światowego - tak jak rozumie go Trump - został także przedstawiony w dokumencie będącym szerszą wersją nowej narodowej strategii bezpieczeństwa USA.
W "nowym zarządzaniu światem", UE, NATO, a nawet grupę G-20 czy G-7 (potencjalnie gwarantujące wpływ "demokratycznego Zachodu" na "światowy porządek") ma zastąpić grupa C-5, w której skład wchodzi oczywiście Ameryka, ale dwa inne składające się na nią mocarstwa (Rosja i Chiny) są jawnymi wrogami lub globalnymi konkurentami demokratycznego Zachodu, Indie są obojętną, a często niechętną wobec Zachodu wschodzącą potęgą "globalnego Południa".
I tylko Japonia jest w tym gronie tradycyjnym sojusznikiem demokratycznego Zachodu na obszarze Azji Wschodniej i Pacyfiku, mającym podobny interes w równoważeniu i powstrzymywaniu chińskiej ekspansji w regionie i w wymiarze globalnym.
Sojusz PiS i Donalda Trumpa
Jarosław Kaczyński nadal jednak przedstawia "sojusz PiS-u z Trumpem" jako przeciwwagę dla "akceptowanego przez Tuska dyktatu Brukseli, Berlina, Paryża".
Jest to coraz bardziej ryzykowne dla niego samego, gdyż o ile jawnie wrodzy na prawicy wobec Kaczyńskiego Marcin Mastalerek czy Przemysław Wipler faktycznie jeżdżą na pola golfowe Florydy, gdzie spływa na nich łaska spotkań z trzeciorzędnymi postaciami z otoczenia amerykańskiego prezydenta, o ile Mateusz Morawiecki czy Karol Nawrocki faktycznie są w najbliższym otoczeniu Trumpa rozpoznawalni, to o istnieniu Kaczyńskiego Trump nawet nie wie.
A Mastalerek, Wipler, Morawiecki, Nawrocki albo już używają, albo mogą w przyszłości użyć swojej rozpoznawalności w otoczeniu Trumpa jako lewara do podważania pozycji Kaczyńskiego w roli lidera polskiej prawicy.
Nie wierzę w znaczące złagodzenie konfliktu opozycji (i Nawrockiego) z koalicją i rządem - konfliktu o budżet, o kontrolę nad służbami i armią, o kształt rządów prawa, także o koncepcję polskiej polityki europejskiej i światowej.
Jednak koniecznością dla Polski jest choćby złagodzenie (o ile nie rezygnacja) z prób używania Trumpa do niszczenia (izolowania, paraliżowania stosunków polskiego rządu z rządem USA) politycznych konkurentów z nadzieją, że "Trump wam pokaże!" (tak jak kiedyś prawicy "miała pokazać Bruksela!").
Konsekwencją takiej polityki będzie dalsze osłabienie polskiej suwerenności. Dokonujące się w dodatku w najbardziej niebezpiecznym dla Polski geopolitycznym kontekście. W kontekście nowego podziału świata (i regionu, a więc także i Polski) na strefy wpływów, gdzie swoją porcję ma zagwarantowaną Trump i amerykańskie globalne korporacje będące polityczną klientelą Trumpa, a swoją porcję dostanie też Putin i rosyjscy oligarchowie.
Możemy uczestniczyć w przyszłym amerykańsko-rosyjskim resecie, możemy mu się przeciwstawiać. Jednak zbyt bezpośrednie próby "użycia Trumpa" (a w przyszłości także Putina, po amerykańsko-rosyjskim "resecie") jako zbyt prostego narzędzia w polsko-polskich sporach naraża polską suwerenność na ogromne ryzyko.
A Kaczyńskiemu, Morawieckiemu, nie mówiąc już o Wiplerze czy Mastalerku, może wówczas faktycznie pozostać (nawet jeśli zdobędą władzę w Polsce) rola "murzyńskich" kacyków na imperialnych dworach Londynu, Berlina lub na kolonialnych salonach Paryża przed pierwszą wojną światową.
Kacyków, którzy w swoich narzeczach, ubrani w swoje regionalne stroje, będą musieli wielbić Trumpa i akceptować wszystkie jego geopolityczne wybory. I tyle zostanie z ich suwerenności.
Cezary Michalski


















