Prezydent Nawrocki wie, dokąd idzie. A czy PiS wie?
W ponad rok po wyborach prezydenckich Karol Nawrocki cieszy się rekordowym zaufaniem społecznym - prawie 55 procent. Przynajmniej jest to rekord w historii badania ośrodka IBRIS. Jak to jest, że głowie państwa rośnie, a reszcie prawicy stoi? Dlaczego wzrost popularności prezydenta nie przekłada się na nią?

Liderzy zarówno PiS, jak i Konfederacji mają powody do frustracji. A przecież mogło się wydawać, że - z ich perspektywy - jest dobrze, czyli jak najgorzej dla rządu. Afera szpitalna nie pozostawia obojętnymi żadnych grup elektoratu, nie wygasiły jej wakacje ani upały i rozlewa się na kolejne szpitale, a także obnaża coraz to nowe kłamstwa i manipulacje.
Ten rząd od początku nie cieszył się jakimś zawrotnym zaufaniem, ale nawet Donald Tusk i Radosław Sikorski w badaniu IBRIS zachowują pozycję wyższą niż liderzy partyjnej prawicy. Zagraża im tylko Mateusz Morawiecki.
Jedna lista Tuska?
A przecież szpitale to nie wszystko. I nie wszystkim jest widoczny gołym okiem kryzys w służbie zdrowia. Dochodzą frustracje społeczne związane z kolejnymi regulacjami (np. butelkomatami), niegasnące obawy związane z imigracją, a także coraz bardziej odczuwalne związane z rynkiem pracy i sytuacją budżetową.
Kolejną sprawą jest bardzo ważna kwestia ukraińska. Jak wskazują choćby raporty ośrodka Res Futura badającego sentymenty w sieci, sympatie społeczne są po stronie zabierającej ostrzejsze stanowisko prawicy, a nie bardziej ugodowego rządu czy liderów opinii go wspierających.
A mimo wszystko PiS wciąż w sondażach dzieli 5-8 proc. od rywala. Konfederacja ustabilizowała się na poziomie około 13 proc., o które - o czym jej liderzy wiedzą - i tak będzie musiała powalczyć.
Nawet partia Grzegorza Brauna ma sondażową zadyszkę, a kreatywny polityczny skandalista zaczyna mieć problem, bo można odnieść wrażenie, że jego model polityczny zaczyna dopadać największy wróg tego rodzaju działalności, gorszy niż wrogie media, potępienia ze świata, prokuratury, sądy i służby specjalne: znudzenie.
PiS-owscy specjaliści od badań, sondaży i strategii z dystansem podchodzą do wyników badań. Liczą na to, że dziś istnieją zniekształcenia sondażowe (celowe czy nie), a do tego zdolności mobilizacyjne Jarosława Kaczyńskiego przechylą wahadło w ostatniej chwili na ich korzyść. W procesie nazywanym "urealnianiem" sondaży, w ostatniej chwili to oni wysforują się na zwycięstwo.
Tylko że prawica wciąż nie ma odpowiedzi na pytanie, co zrobić, jeśli Donald Tusk zdoła stworzyć jedną wielką listę rządową, z Lewicą, resztkami po Polsce 2050, a może też PSL, walczącą o większość w Sejmie. Przy, na przykład, klęsce Grzegorza Brauna, ta wizja mogłaby się łatwo spełnić. Ludzie walczący o zachowanie władzy są gotowi na daleko idące kompromisy.
Polska jest prawicowa
Kolejna sprawa to ogólne zaskoczenie na prawicy (i nie tylko) popularnością prezydenta. Przekracza ona wynik wyborczy, a także - i to bardzo mocno - poparcie dla wszystkich prawicowych formacji, liczonych z Braunem włącznie. Jak to możliwe?
W optyce części liderów prawicy, szczególnie tej mającej do czynienia już z władzą, pewna prawidłowość jest trudna do akceptacji, przynajmniej deklaratywnej, publicznej. To, że prawica i jej kandydaci w Polsce nie wygrywała wtedy, gdy liderzy wykazywali się geniuszem, a wtedy, gdy udawało się jej… nic nie zepsuć.
Trzy kolejne wybory prezydenckie, gdzie mamy do czynienia z "większościową" konfrontacją mas wyborczych, a nie arytmetyką D'Hondta, wygrywali kandydaci prawicy. Doliczmy bardzo konserwatywnego w przekazie w 2010 roku Bronisława Komorowskiego. Polacy są społeczeństwem w większości konserwatywnym.
I okazują się w tym bardzo konsekwentni i impregnowani na propagandę czy urabianie. Liderzy prawicy chętnie używają argumentu mediów i pieniędzy, którymi dysponuje przeciwnik, i wpływu na blokowanie treści, zamykanie elektoratu w bańce. Jest w tym ziarno prawdy, ale znowu - jak w takim razie wyjaśnić siłę popularności Karola Nawrockiego?
Śmiem twierdzić, że żaden polityk po 1989 roku nie był ofiarą tak konsekwentnej kampanii pogardy i nienawiści. Politycy rządzącej formacji, przy akceptacji swoich szefostw i rozmawiających z nimi pracowników mediów, nazywają prezydenta alfonsem, ćpunem, a jeśli wymieniają go, to tylko z nazwiska, per "Nawrocki", unikając jak ognia określenia "prezydent".
To tylko fragment procesu, w który włączone są farmy trolli, algorytmy, podległy rządowi aparat państwa. I co? Nie działa.
Jak wytłumaczą to politycy twierdzący, że wszystko przez medialną i instytucjonalną asymetrię, a także nadużycia władzy?
To se ne wrati
Prezydent skorzystał na konflikcie z Wołodymyrem Zełeńskim, gdzie sympatia społeczna zdecydowanie skupiła się wokół niego. Na pewno Karol Nawrocki jest prezydentem innym niż dotychczasowi.
Ze względu na biografię, w autentyczny sposób będącym bliżej ludzi niż jego poprzednicy, bezpośrednim, a także bardzo inteligentnym, sprawczym i wyrachowanym, czego nie rozumie spora część jego przeciwników, którzy ulegli własnej propagandzie.
Ale Jarosławowi Kaczyńskiemu też tych cech nawet wielu przeciwników nie odmawia, a coraz bardziej docenia się je u Krzysztofa Bosaka, co się więc dzieje? Może po prostu elektorat, nawet ten konserwatywny, ma problem z formacjami, z których każda jest w widoczny sposób wewnętrznie skłócona.
A w przypadku wiodącego PiS z tym, że partia ta wciąż nie dokonała rozliczenia z własnymi błędami (nadużycia ze strony władzy były tu wymówką), nie ogłosiła jednolitej strategii i planu politycznego, a wielu jej przedstawicieli wygląda na takich polityków, z jakich pod koniec 2015 roku sami się śmiali. Spoconych z tęsknoty za tym, by… było jak kiedyś.
A trzeba zaproponować coś zupełnie innego. I na razie udaje się to tylko prezydentowi.
Wiktor Świetlik















