Prezes wymyślił premiera? Jeszcze 10 razy zmieni zdanie
Jarosław Kaczyński niby ma kandydata na premiera, a wciąż tasuje nazwiska. Ileś razy obstawił dobrze. Ale tym razem już sam wymyślony przez niego harmonogram czasowy jest absurdalny.

Czy prezydent Karol Nawrocki wie już, czy skorzysta z prawa weta wobec ustawy zatwierdzającej unijną pożyczkę SAFE? Z pewnością nie. Zaryzykuję twierdzenie, że to najtrudniejsza decyzja w jego życiu. Ale zaryzykuję jeszcze inne podejrzenie.
Jarosław Kaczyński ogłosił na falach Radia Maryja, że ma "w sercu" swojego kandydata na premiera, ale zamierza zwlekać do marca z jego publicznym wskazaniem.
Moim zdaniem, nawet jeśli tak mu się wydało, to już następnego dnia wrócił do tasowania nazwisk. Prezes PiS znalazł się w potrzasku. Z jednej strony wydaje mu się, że to lek na wojnę w jego partii, więc warto by się z tym śpieszyć.
Z drugiej, zabawa nazwiskami staje się właśnie w sytuacji wojny wewnątrzpartyjnej zabawą sapera. Więc się waha.
Nazwiska fruwają i nawet trudno orzekać, ile w tym refleksu rzeczywistych wieści z samego jądra partii, a ile spekulacji wymagających tylko znajomości mentalności głównego decydenta i reguł panujących w PiS.
Tygodnik "Do Rzeczy" obwieścił w swojej satyrycznej rubryce, że kandydatem jest szef kancelarii prezydenta Zbigniew Bogucki. Może to być skutek pogłosek z najbliższego otoczenia lidera. Pytanie, na ile te pogłoski są aktualne.
Kandydat na premiera lekiem na co?
Kaczyński rewindykuje swoją monarszą pozycję w partii. Dopiero co spekulowano, że PiS wymyka mu się z rąk. A tu jednoosobowo wymyśla premiera.
Będzie go potem konsultował z jakimiś partyjnymi gremiami, ale przedstawił decyzję jako przesądzoną. W przypadku szukania optymalnego pretendenta do prezydentury były przynajmniej jakieś burze mózgów czy badania fokusowe. Tu mamy wizję namaszczenia kandydata niejako na rozkaz.
Po drugie, sam zamysł wytypowania kandydata na premiera już teraz jest piekielnie ryzykowny. Przecież taka postać będzie przez półtora roku permanentnie grillowana, poddawana rozmaitym testom, także z psychicznej wytrzymałości na grzebanie w życiorysie i na hejt.
Z tego punktu widzenia patrząc, jest to pomysł zły. Kaczyński postawił na niego początkowo nawet nie z powodu zamętu wewnątrz partii, a jako na receptę na spadające sondaże. Taki kandydat miałby skupiać uwagę wyborców.
Dodajmy, że rację mają ci, którzy przypominają: taki kandydat premierem prawdopodobnie nie zostanie. Z sondaży wciąż wynika, że prawicowa koalicja powinna mieć przewagę nad obecną, centrolewicową.
Ale Konfederacja podyktuje PiS-owi twarde warunki. Ich elementem będzie prawie na pewno wydarcie Kaczyńskiemu prawa do namaszczenia premiera realnego.
Trzeci czynnik przyszedł nieco później. Kaczyński niepokoi się rozdarciem partii i traktuje rytuał wyłaniania kandydata na szefa rządu jako ucieczkę do przodu. A ostatnio przestraszył się na serio wizją odejścia Mateusza Morawieckiego wraz z grupą zwolenników, choć niedawno sam go prowokował.
Nawet wymierzony w byłego premiera list-artykuł Jacka Kurskiego był przez niego początkowo akceptowany, choć ostatecznie prezes uznał go za zbyt radykalny, więc się do niego odciął.
Ale doświadczenia były nieubłagane. Przed Bożym Narodzeniem Kaczyński kazał paniom ze swego sekretariatu dzwonić do posłów, aby po oficjalnej partyjnej wigilii nie szli na opłatek organizowany przez ludzi Morawieckiego.
Efekt był taki, że poszło ich 70. Morawiecki, który zresztą ani razu nie podjął polemiki z oficjalną partyjną linią, nie okazał się bezbronny.
Dziś więc kandydat na premiera miałby być kandydatem zgody. Bo przecież Morawiecki, choć w sondażach jest wciąż wskazywany jako najbardziej oczywisty pisowski szef rządu, sam wie, że nie może nim zostać. Nawet nie dlatego, że byłby kandydatem zaporowym dla obu Konfederacji.
Z ewentualnych negocjacji po wyborach z pewnością i tak zostanie wyłoniony ktoś inny. Ale z nim na sztandarach nie odzyska się raczej wyborców, którzy uciekli do Brauna. Oni naprawdę dziś wierzą, że Morawiecki to dawny człowiek Tuska. Polityka składa się z nieustannego brodzenia w nonsensach.
Morawiecki nie walczy o premierostwo, ale o mocną pozycję przy prawicowym stole. I dlatego Kaczyński chce uniknąć wrażenia, że namaszcza kogoś wbrew ekspremierowi.
Z tych powodów upadły, jak się zdaje, szanse ulubieńca Kaczyńskiego ostatniej godziny, czyli Tobiasza Bocheńskiego, a Przemysław Czarnek zdaje się być pogodzony z ponownym wycofaniem go na dalszy plan, tak jak w przymiarkach do prezydentury. Obaj są symbolami linii, z którą Morawiecki się zmaga.
Idealny byłby Zbigniew Bogucki. Nie kojarzy się z żadną z frakcji, uniknął etykietek, a w telewizyjnym wywiadzie komplementował Morawieckiego. Jest fechmistrzem przypierającym do muru Donalda Tuska. Kłopot w tym, że prezydent Nawrocki nie chce go Kaczyńskiemu "oddać".
A to ma znaczenie, nie tylko dlatego, że Kaczyński unika choćby pozoru konfliktu z prezydentem. Karol Nawrocki uczynił ze swojej kancelarii sprawne narzędzie czystej polityki. Pałac nie tylko reaguje na zdarzenia, on je kreuje.
Do tego Bogucki wydaje się niezbędny, a nie może być równocześnie jednym i drugim. Czy byłby do zastąpienia kimś innym przy boku prezydenta? Może, ale to Kaczyńskiemu się śpieszy.
Może samorządowiec?
Dlatego pojawiła się ostatnio egzotyczna konstrukcja: ktoś z PiS-owskich samorządowców. Lucjusz Nadbereżny, 40-letni prezydent Stalowej Woli. W ostatnich wyborach dostał w swoim mieście 72 proc. w pierwszej turze.
Na czele miasta stoi od roku 2014. Właśnie starł się z Tuskiem. Kiedy ten wyszydzał konwencję PiS w mieście Nadbereżnego, samorządowiec wypomniał jego dawnemu rządowi zaniedbanie miejscowej huty.
Notabene, prezydent Stalowej Woli pojawiał się w początkowym etapie szukania kandydata na prezydenta.
Jeszcze większymi eksperymentami byliby prezydent podwarszawskiego Otwocka Jarosław Margielski czy prezydent Chełma Jakub Banaszek. Obaj mieli świetne wyniki, zaprzeczając stereotypowi prawicy, która nie umie zdobywać miast.
Ale na przykład Margielski w ostatnich wyborach startował jako bezpartyjny. Ich oddalenie od partyjnej polityki jest jeszcze większe niż Nadbereżnego, który czasem przemawiał na PiS-owskich konwencjach.
Kaczyński może uważać, że powtórzy fenomen Nawrockiego, nagle przywołanego do wielkiej polityki i też dopiero uczącego się wielu umiejętności. Tu jednak wątpliwości muszą być większe.
Od kandydata na premiera oczekuje się bardziej wszechstronnej wiedzy o państwie niż od kogoś, kto szuka prezydentury. A przepytywanie któregoś z nich trwałoby prawie półtora roku.
Nie sposób w tak długodystansowym marszu uniknąć wpadek. Zgłaszać można i inne wątpliwości, dotyczące skądinąd także Boguckiego. Czym taki kandydat miałby się w międzyczasie zajmować? Tu w najbardziej komfortowej sytuacji są parlamentarzyści.
Jednak Przemysław Czarnek uznał w telewizyjnej rozmowie wariant z samorządowcem jako kandydatem za najbardziej prawdopodobny. Pytam o to ważnego polityka PiS. - Na dziś tak się wydaje - to jego komentarz.
A ja widzę w tym gmatwaninę sprzeczności.
Sądzę, że Kaczyński będzie wiele razy zmieniał zdanie i nie dotrzyma zapowiadanych terminów. Niczego nie wykluczam, łącznie z pojawieniem się kolejnego kandydata, skrzętnie ukrywanego, a może takiego, którego sam Kaczyński jeszcze nie dostrzegł.
Najbardziej optymalnym pozostaje Bogucki. Co wcale nie znaczy, że skończy się na nim.
Sam horyzont czasowy, w gruncie rzeczy efekt chwili, nie sprzyja dobrym wyborom i jest absurdalny. W innym układzie sił młodsi politycy wytłumaczyliby to Kaczyńskiemu, a może pozbawiliby go monarszego przywileju.
Tyle że są zablokowani niszczącym podziałem, więc niezdolni do wspólnej akcji. Kiedy partia wodzowska zmienia się w kłębowisko sprzeczności, szczególnie trudno o racjonalną decyzję.
Piotr Zaremba

















