Polska prawica (PiS i Konfederacja) już jest w ogródku i wita się z gąską, wierząc, że w 2027 roku łatwo przejmie władzę. Mówi o tym Jarosław Kaczyński, zagrzewając swoich towarzyszy do walki o 40 proc. poparcia (choć w badaniach sięga ono najwyżej okolic 30, podobnie jak KO).
Opowiadają o tym liderzy Konfederacji, którzy chcą wywrócić polityczny stolik, a potem postawić nowy i grać na nim własnymi kartami. Atmosferę nieuchronnego zwycięstwa budują wspierające prawicę stare media i nowe kanały, korzystając z ekstazy po niedawnym zwycięstwie Karola Nawrockiego.
Zmienne i nietrwałe
Wierzy się po tej stronie sceny politycznej, że "obóz oświecenia i postępu" (jak ironicznie o aktualnie rządzących mówi prof. Jarosław Flis) już przegrał, tylko jeszcze o tym nie wie. Tymczasem wszystko może pójść inaczej. Prawicowa fala może nie dopłynąć do upragnionego brzegu władzy. O ile zostaną spełnione pewne warunki, co zwłaszcza dotyczy zmiany stylu uprawiania polityki przez rządzącą koalicję.
Powiada się, że dwa lata w polityce to epoka. Przez tak długi czas dzisiejsze trendy i fatamorgany mogą ulec widowiskowym przemianom. Przekonuje się o tym właśnie Donald Trump - symbol prawicowej nadziei - który spektakularnie rozgromił amerykańskich demokratów w 2024 roku (urzęduje od stycznia 2025), a już dziś musi mierzyć się z symptomami społecznego niezadowolenia.
Według sondaży jedynie jedna czwarta Amerykanów uważa, że polityka prezydenta USA im pomogła, połowa jest zdania, że zaszkodziła, a 20 proc. deklaruje, że nie zmieniło się nic.
Niskiemu poparciu dla Trumpa towarzyszy przekonanie ponad połowy Amerykanów, że za bardzo zacieśnił on relacje z Rosją. Tatuś, który miał zdjąć pas i uleczyć zepsuty liberalny świat, jak mówił aktor Mel Gibson, przestaje być nadzieją na trwałą zmianę, ponieważ nastroje społeczne, szczególnie w dobie mediów społecznościowych, są zmienne i nietrwałe. A sam Trump jest raczej nieprzewidywalnym chwalipiętą, który obniża wiarygodność Stanów Zjednoczonych.
Co może pójść nie tak?
Problemy ma również inny prawicowy hegemon, wielki przyjaciel obecnej opozycji w Polsce, czyli Viktor Orbán. Z większości węgierskich badań wynika, że na największe poparcie może liczyć dziś opozycyjna partia Petera Magyara, która zdobywa przewagę od dziewięciu do 18 pkt. proc. nad Fideszem.
Dominacja węgierskiego premiera trwa wprawdzie od 15 lat, ale widać już, że hasło "Budapeszt w Warszawie", o jakim od dawna marzy prezes PiS, po wyborach na Węgrzech w 2026 roku może zmienić swoje pierwotne znaczenie.
Polska prawica sądzi jednak, że wygrana Nawrockiego nie jest tylko efektem zmobilizowania 300 tys. więcej wyborców, niż zdołał Rafał Trzaskowski, lecz wyrazem trendu. I że obecny prezydent niezawodnie pomoże partiom prawicowym wygrać za dwa lata, torpedując politykę Donalda Tuska i budując silny obóz wokół swoich licznych wet, nierealnych budżetowo populistycznych propozycji legislacyjnych i dobrych relacji z prezydentem Trumpem.
Co może pójść nie tak? Sporo. Po pierwsze, przez dwa lata metoda antyrządowego buntu może się wyborcom znudzić, bo nie będzie efektywna. Jeśli ważne społecznie ustawy będą odrzucane, powstanie wrażenie, że Nawrocki bawi się polityką jak dziecko zapałkami i nie ma na nią innego pomysłu. Jeśli będzie ciągle zwoływał Rady Gabinetowe, przestaną mieć one walor atrakcyjnych połajanek, a staną się smętną rutyną. A i prezydent Trump nie będzie bez przerwy pod ręką z wizerunkowym wsparciem. Efekt świeżości się wypali.
Powrót wahadła
Po wtóre, plan przejęcia władzy przez prawicę może się posypać, jeśli partia ściganego za kłamstwo oświęcimskie Grzegorza Brauna nie przekroczy progu wyborczego, nie wejdzie do Sejmu, ale uszczknie jakąś część prawicowego tortu poparcia.
Samej Konfederacji zaś, targanej wyniszczającym konfliktem z PiS, zagrożonej łapczywością Kaczyńskiego oraz wewnętrznymi niespójnościami, może nie starczyć pary na podtrzymywanie poparcia i wizerunku partii protestu. Ugrupowanie to będzie musiało stoczyć bratobójczy bój po swojej stronie sceny politycznej, a to - jak pokazuje historia - nie przynosi korzyści.
Po trzecie, nie można wykluczyć, że Donald Tusk zdecyduje się na zmianę. Gdyby zgodził się funkcję głównego rozgrywającego w swojej formacji i rządzie powierzyć na przykład Radosławowi Sikorskiemu, po takim prawdziwym nowym otwarciu sytuacja mogłaby się znacząco zmienić.
Podobnie jak wówczas - to po czwarte - gdyby w ciągu najbliższego roku powstała nowa formacja polityczna, która wypełniłaby lukę po słabnącej Polsce 2050 Szymona Hołowni. Plotkuje się w tym kontekście o nowej partii liberalnej czy o ruchu samorządowym, co mogłoby przebudzić "emigrantów wewnętrznych" i przemeblować scenę polityczną.
Po piąte wreszcie, obecne sondaże pokazują stabilny stan polaryzacyjny i w zasadzie nie dają PiS szans na samodzielne rządy, o jakich marzy prezes tej partii. Konfederacja przed wyborami 2023 roku osiągała w sondażach kilkunastoprocentowe notowania, a skończyło się na siedmiu. Jak podkreślają badacze, wynik Nawrockiego ujawnił maksymalne możliwości mobilizacyjne całej prawicy. A wahadło może w każdej chwili zawrócić, bo suweren jest labilny.
Brak planu B po stronie koalicji po przegranej Trzaskowskiego rzeczywiście otworzył prawicy autostradę do władzy. Ale z każdym tygodniem może się jechać po niej coraz trudniej. I - jak śpiewał Wojciech Młynarski - "choć wspaniały był start, nim koniec uwieńczy dzieło, może zamienić się w marny żart, co się tak pięknie zaczęło".
Przemysław Szubartowicz

















