Premier Donald Tusk mógł podjąć decyzję o delegowaniu Macieja Berka do Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ nie będzie to miało żadnych poważnych konsekwencji politycznych dla formacji rządzącej, a może nawet zadowolić najtwardszy elektorat.
Chór słusznie zdegustowanych prawników - zwłaszcza tych krytycznych wobec przeszłych działań Prawa i Sprawiedliwości - nie odzwierciedla bowiem aktualnych nastrojów społecznych.
Triumf populizmu
A nastroje społeczne w sprawie praworządności, spraw ustrojowych czy fundamentów państwa prawa można określić jako obojętność. To nie tyle symptom zmierzchu liberalnej demokracji, która ufundowana była na wierze w umowę społeczną, ile przygniatający triumf populizmu i postpolityki.
Premier doskonale musi zdawać sobie sprawę z tego, że przy sprzeciwie Karola Nawrockiego żadnej naprawy praworządności nie będzie. Musi też wiedzieć, że nikt już nie wyjdzie na ulice, by protestować w obronie konstytucji, której zapisy są od dawna lekceważone przez polityków. Na pewno nie jest mu obca prawda, że kwestie symboliczne - takie jak wiara w siłę prawa - przestały mieć jakiekolwiek znaczenie z punktu widzenia polityki.
Nawet jeśli "prawa ręka premiera" jest tym samym, co "były poseł partii Jarosława Kaczyńskiego" - bez porównań personalnych - to dzisiejsze protesty utytułowanych prawników nie mają już żadnej mocy. Można wszystko, można łamać zasady, których się broniło, można tłumaczyć to wyższą koniecznością albo racją moralną. I właśnie nastąpiła kolejna legitymizacja tego stanu.
Spirala pretekstów
Niedawno politolog prof. Rafał Chwedoruk przypomniał swoje zdziwienie, że gdy PiS przejęło władzę w 2015 roku, ówczesna opozycja uczyniła z obrony konstytucji główny temat polityczny, ponieważ według niego było to z gruntu nieskuteczne. O ile jednak wówczas udało się zbudować wokół spraw zasadniczych emocjonalną więź z obywatelami, o tyle teraz były minister Berek w Trybunale będzie co najwyżej sensacją mediów społecznościowych i stacji telewizyjnych, gdyby wkroczył do budynku sądu konstytucyjnego w asyście policji i wyrzucił stamtąd Bogdana Święczkowskiego.
Bez względu na racje - a rację mają ci, którzy rozumieją, że za degrengoladę w sferze praworządności odpowiada głównie poprzednia władza i były prezydent Andrzej Duda - ruch Tuska nie przybliży Polski do odbudowy państwa prawa. Nawet jeśli będzie obudowany argumentami, że wobec klinczu i utrwalonego przez poprzednią władzę bezprawia trzeba posunięć się do środków nadzwyczajnych.
Były prezes Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień powiedział jakiś czas temu, że wyobraża sobie sytuację, w której po wyborach w 2027 roku nowa koalicja prawicowa odwoła obecnych sędziów - powołując się na rozmaite delikty - i powoła nowych, czyli swoich. I zrobi to bez żadnych skrupułów, ponieważ spirala pretekstów się nakręca.
Siła nad prawem
Ale Stępień powiedział też coś znacznie ważniejszego: że jego zdaniem trzeba pogodzić się z tym, że w sprawie praworządności nic się nie da już zrobić. A historycznie rzecz biorąc - argumentował - okresów, gdy prawo stało ponad siłą, było znacznie mniej, niż tych, gdy to siła miażdżyła prawo. To gorzka refleksja, ale pokazująca, że w tej kwestii obecna koalicja zawiodła. A może nie tyle zawiodła, ile cynicznie wpisała się w narastającą znieczulicę wobec rudymentów ustroju demokratycznego.
Krytycy decyzji Tuska trzeźwo zauważają, że - bez względu na intencję "zrobienia wreszcie porządku w Trybunale" - samo złamanie zasad i reguł, których przez lata się broniło, po prostu się nie broni. Nawet jeśli premier "bierze to na siebie". I nawet jeśli prezydent zablokował wszelkie ustawowe próby naprawy zdewastowanych instytucji.
Jeszcze większej goryczy doświadczają ci, którzy wierzyli, że twarde decyzje - na przykład ze względu na wyroki sądów europejskich - zostaną podjęte w pierwszym roku rządów, gdy opowieść o konieczności poszanowania prawa i długotrwałych procedur nie była jeszcze obowiązującą narracją polityczną.
Rozpad umowy społecznej
Ale najbardziej poruszeni są chyba ci, którzy nigdy nie mieli złudzeń co do polityki jako takiej, ale właśnie zorientowali się, że wszystko, co o polityce myśleli hipotetycznie, okazało się prawdą. Na przykład to, że wielkie ideały to rejestr zarezerwowany dla pięknoduchów, którzy z okrzykiem "Konstytucja!" na ustach bronili od początku przegranej sprawy.
Oto Polska osiągnęła stan, w którym każda następna władza będzie mogła bezkarnie łamać wszelkie zasady prawne w ramach rewanżu. Na końcu tego procesu jest rozpad umowy społecznej i kontrolowana tylko przez siłę polityczną anarchia. Ale nikogo już specjalnie to nie obchodzi.
Przemysław Szubartowicz


















