Powrót do korzeni albo upadek. Sądny rok dla Unii Europejskiej
Od 24 grudnia polscy pracodawcy nie mogą zatrudniać "murarza" ani "pielęgniarki". Ogłoszenie będzie musiało być "neutralne płciowo". To jeden z wielu absurdów, do jakich doprowadza swoich członków Unia Europejska. Tak dalej już nie można i zwracają na to uwagę nie tylko przeciwnicy Unii. Albo zacznie się ona zmieniać, albo zginie, albo zamieni się w potwora.

Prounijni polscy politycy i publicyści każdą ostrą krytykę kursu, w jakim zmierza Unia, traktują jako populizm, wrogi trumpizm czy wręcz putinizm. Problem w tym, że świadomość, iż coś się musi zmienić, przebija coraz bardziej także do europejskich elit.
Jeśli Unia w 2026 roku nie zrezygnuje z dwóch kierunków - a tak naprawdę ambicji - problem stanie się poważniejszy.
Pierwsza sprawa to rezygnacja z wdrażania na siłę "projektów moralnych", takich jak polityka klimatyczna, podejście do emigracji czy absurdy równościowe.
Druga sprawa, bezpośrednio związana z pierwszą, to regulacyjna ofensywa, nie tylko coraz bardziej ograniczająca państwa członkowskie, ale też ingerująca w życie obywateli w sposób coraz bardziej totalny. Przykładem jest wspomniany, nieszczęsny zakaz określania płci w ogłoszeniach o pracę.
By było jak dawniej
Jeśli będziecie dalej zmierzać w tym kierunku, to upadniecie, a zanim upadniecie, pociągniecie za sobą na dół państwa członkowskie. Taką tezę stawiają nie tylko europejscy "populiści" spod znaku Marine Le Pen czy AfD. Nie tylko amerykański wiceprezydent J.D. Vance.
Problem dostrzega coraz więcej naukowców i polityków, także tych o rodowodzie liberalnym. Taką tezę stawiają chociażby fiński noblista w dziedzinie ekonomii Bengt Holmström, hiszpański ekonomista i były liberalny eurodeputowany Luis Garicano czy wpływowy francusko-belgijski akademik i były doradca Komisji Europejskiej Nicolas Petit.
Międzynarodowa grupa naukowców pod koniec tego roku opublikowała "Konstytucję innowacji", postulującą rezygnację z interwencjonizmu i zarządzania poprzez regulacje oraz powrót do tego, czym Unia miała być w swoich zalążkach - wspólnotą wolnego handlu. Wyjściem ma być wspieranie rozwoju przedsiębiorczości i innowacyjności, ale nie poprzez narzucone zasady, strumienie funduszy i żądanie nieustannego raportowania, lecz przez odtworzenie wolnego rynku i konkurencji.
Tylko czy zostaną wysłuchani? Refleksja, że mają rację, jest już dość powszechna. Ale rodzi ona gigantyczny dysonans i co najważniejsze - narusza potężne interesy.
Ideologia i kasa
Grup zainteresowanych tym, by "było jak jest", jest nader dużo. To przede wszystkim rządząca Unią elita polityczna, ale też związane z nią elity w większości krajów członkowskich. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej uzależnienia od obecnego kierunku.
Tworzą ją instytucje, organizacje pozarządowe, wydziały uniwersyteckie, media, twórcy kultury oraz departamenty w korporacjach. Są one funkcjonalnie i finansowo całkowicie uzależnione od dotychczasowej polityki unijnej.
Politykę tę można krótko określić jako próbę gwałtownego zbudowania nowego, lepszego świata i ulepienia doskonalszej ludzkości. Wszystko to na bazie dorobku setek konferencji, opracowań teoretycznych, publicystyki oraz ogromnych strumieni pieniędzy budujących modę poprzez kulturę. W sumie jak najbardziej wypełnia to wyznaczniki ideologii.
Ale ideologia potrzebuje jeszcze jednego kapitału, kluczowego, którego gwałtownie ubywa, także w naszym kraju: wyznawców.
Radykalne wdrażanie zasad zeroemisyjności, tak modne jeszcze kilka lat temu, dziś nie budzi już takiego entuzjazmu. A w wydaniu hard, choćby takim jak działania Ostatniego Pokolenia, budzi politowanie i niechęć. Widać to po zmianie narracji w tych sprawach ze strony dziś rządzących, ale też po spadku zainteresowania "walką o planetę", choćby ze strony celebrytów.
Podobnie jest z działaniami na tle radykalnie pojmowanej "inkluzywności", obejmującej zarówno znoszenie różnic między płciami, jak i politykę migracyjną. Niedawni entuzjaści, jak rządzący Niemcami czy Francją, przestają o tym mówić. Ci, którzy do niedawna nie mówili, wypowiadają się z krytycyzmem - jak wspomniani naukowcy. A entuzjaści pozostają w krajach peryferyjnych, wśród nowych członków, których część elit z opóźnieniem reaguje na mody i prądy.
"Kisiel" wiecznie żywy
Dziś Komisja Europejska wydaje się brać na wstrzymanie, próbując przetrzymać krytykę i dopiero potem podjąć decyzję. Jaką? Czy będzie to próba przeczekania, przeciągnięcia sprawy czasowymi odroczeniami, "klauzulami wyłączającymi", konsultacjami, a następnie dalszy kurs w obranym kierunku? Czyli wszystko to, z czym mieliśmy do czynienia przez ostatnie dwie dekady? Czy też będzie to wycofanie się rakiem i próba odejścia w stronę nowego systemu, ale przy zachowaniu tych samych elit?
Rozsądniejsze wydaje się to drugie, bo coraz większa część Europejczyków nie łyka już kolejnych ściem. Problem jest jednak jeszcze gdzie indziej. I choć sprawa jest oczywista, to wciąż w obszarze politycznej poprawności trwa zakaz jej artykułowania. Obecna szefowa Komisji Europejskiej wywodzi się (nawet rodzinnie) z rdzenia niemieckiego establishmentu politycznego.
Procesy wdrażane przez Unię były pochodną niemieckich błędów, ale też mogą służyć wyprowadzeniu niemieckiej gospodarki z owych problemów. Tak jak przeniesienie niemieckiej produkcji do Ameryki Południowej, zapewnienie dostaw rolnych stamtąd, a z drugiej strony marginalizacja europejskiej konkurencji - wszystko pod pięknym hasłem walki o klimat.
Tylko że i to coraz słabiej działa, a losy porozumienia Mercosur, przeciwko któremu bunt podniosła w końcu nawet Francja, są tego najlepszym przykładem. Przed Unią stoi więc wielkie wyzwanie, jeśli ma przetrwać i nie opierać się na mniej lub bardziej zakamuflowanej przemocy. To samo wyzwanie, które wedle słynnej definicji Stefana Kisielewskiego, stało przed gospodarką socjalistyczną. Musi rozwiązać problemy, które sama stworzyła.
Wiktor Świetlik
















