Postępowcy mają, co chcieli. Wina za katastrofę polskiej dzietności nie jest rozłożona po równo
Wtem liberalny establishment w Polsce odkrył temat zapaści demograficznej. Walą już na alarm we wszystkie dzwony, we wszystkich swoich kościołach. Szkoda tylko, że nie widzą (albo nie chcą widzieć), jak sami przez całe lata ciężko pracowali, by ten kryzys dzietności w Polsce wywołać i go rozprzestrzenić.

Trudno doprawdy bronić tu symetrystycznej tezy, że wina za kryzys dzietności w Polsce rozłożona jest po równo. Bo nie jest. To, że za późnej komuny rodziło się w Polsce pół miliona nowych obywateli rocznie, a teraz już tylko 250 tysięcy, zawdzięczamy naszym kochanym postępowcom. Nikomu innemu.
To oni nie dość, że robili wszystko, by promować trendy dzietność wygaszające, to jeszcze bezpardonowo niszczyli tych wszystkich, co ośmielali się mówić, że to się źle skończy. Czyli konserwatystów.
Z jednej strony mieliśmy i mamy nadal więc wszelkiej maści prawaków i konserwatystów, którzy lata całe darli - że się tak wyrażę - szaty nad niszczeniem tradycyjnych wartości. Skutkiem obrzydzania tradycyjnej rodziny będzie - powiadali - jeszcze szybszy spadek dzietności.
Oczywista bzdura postępowców
To oni upierali się, by nie czynić z aborcji "zupełnie normalnego" zabiegu kosmetycznego i usługi na życzenie. Tzw. strona postępowa robiła z nich za to bigotów, wsteczników i zamordystów. Do pewnego stopnia skutecznie suflując nawet normalsom przekonanie, że tzw. prawa reprodukcyjne kobiet (czyli również odbieranie mężczyznom prawa głosu w sprawie przyszłości dziecka nienarodzonego) nie mają z tematem demograficznym absolutnie nic wspólnego. Choć przecież jest to oczywista bzdura.
Bo to oczywiste, że im bardziej liberalno-postępowa definicja życia i im bardziej liberalne nastroje wokół tematu przerywania ciąży, tym dla dzietności gorzej.
Idźmy dalej. To konserwatyści przeciwstawiali zawsze wszelkim próbom zdjęcia instytucji tradycyjnego małżeństwa - czyli związku kobiety i mężczyzny, którego naturalnym celem (skutkiem) jest stworzenie rodziny, w której będą się rodzić dzieci - z piedestału, na którym stawia go nawet nasza polska konstytucja. To konserwatyści mówili, że rodzina musi być uprzywilejowana względem np. związków osób tej samej płci, konkubinatów albo innych elastycznych układów. Mówili tak właśnie dlatego, że to rodzina daje najlepsze, najbezpieczniejsze i najstabilniejsze miejsce do prokreacji. Czyli do tego by rodziły się dzieci. Im mniej heteronormatywnych rodzin tym mniej dzieci. Proste.
To konserwatyści powtarzali do znudzenia, że już samo podawanie w wątpliwość tradycyjnego podziału płci nie jest i nigdy nie będzie działaniem prodemograficznym. Zwłaszcza jeśli eksperymenty na tożsamości płciowej cieszyć się będą przyzwoleniem ośrodków opiniotwórczych albo wsparciem instytucjonalnym w systemie szkolnym czy w innych miejscach, gdzie odbywa się edukacja młodych pokoleń.
Konserwatyści kontra "Gazeta Wyborcza"
To konserwatyści wściekali się i pieklili za każdym razem, gdy "Gazeta Wyborcza", "Newsweek" i inni heroldzi obyczajowego postępu tłumaczyli Polkom i Polakom, że nie ma nic złego w związkach otwartych czy poliamorii.
To tam znaleźć można było pochwały - coraz bardziej popularnych ostatnio - zamian dziecka na psiecko czy inne zwierzę domowe zapewniające tak potrzebną człowiekowi porcję uczuć prawie rodzicielskich. Bez tegoż rodzicielstwa negatywnych konsekwencji dla kariery zawodowej, samorealizacji czy urody.
W tym samym czasie w publicystyce obozu postępowego bardzo wyraźne jest i było przekonanie, że to tradycyjne rodziny są wysoce podejrzanym siedliskiem największych patologii. Zwłaszcza patriarchalnej opresji wobec kobiet. Nic dziwnego, że spora część poddanych takiej propagandowej presji młodych ambitnych Polek na rodzinę patrzy więc z niechęcią. I tak długo jak to tylko możliwe odwleka decyzje o jej założeniu. Jeśli to nie są działania antydemograficzne, to co nimi jest?
Im mniej wiary - tym mniej dzieci
A deprecjonowanie religii w życiu społecznym? To tworzenie przekonania, że wiara jest tą częścią polskiej kultury i tożsamości, która "na szczęście" odchodzi do lamusa historii. I generalnie nie jest to azymut, na który nowoczesny Europejczyk powinien się orientować.
Oczywiście żyjemy w wolnym kraju i nikt nikomu w przestrzeni publicznej promowania sekularyzacji zabronić nie może. Warto jednak pamiętać o tym, że akurat dzietność jest z poziomem religijności skorelowana w sposób bardzo znaczący. Innymi słowy - im mniej Boga w życiu publicznym i rodzinnym - tym dzietność niższa. Co pokazać można na szeregu dowodów historycznych i statystycznych.
A antynatalistyczny wymiar klimatycznej histerii, która trwała przez większą część minionej dekady? Dziś temat to może troszkę zgrany, ale jeszcze dwa czy trzy lata temuargument "po co mam sprowadzać na ten świat dzieci,skoro planeta płonie" był po stronie liberalnej traktowany śmiertelnie poważnie. Nie tylko nikt go nie kontrował, ale wręcz powtarzano go jako oczywistą oczywistość.
Warto też wspomnieć sztuczne podniesienie poprzeczki wobec potencjalnych rodziców. Stworzenie i pielęgnowanie przekonania, że posiadanie dzieci musi wiązać się z odpowiedzialnym zapewnieniem im wszelkich możliwych wygód. Efektem tego była chęć kolejnych roczników Polek i Polaków w wieku rozrodczym do maksymalnego opóźniania decyzji o prokreacji. Do czasu gdy mieszkanie będzie już odpowiednio duże, pozycja zawodowa ugruntowana a dojrzałość emocjonalna osiągnięta.
A ponieważ w wielu przypadkach te wyśrubowane kryteria "gotowości na dziecko" nigdy osiągnięte nie zostały (bo tak z wyśrubowanymi kryteriami często bywa) to bezdzietność stała się raczej regułą niż (jak kiedyś) wyjątkiem.
Sami tego chcieliście
Mógłbym tak jeszcze długo mnożyć kolejne przykłady. Skoda jednak czasu i atłasu, bo to przecież wszystko sprowadza się do jednego i tego samego schematu. W ciągu minionych dwóch albo trzech dekad tzw. postępowa (liberalna? lewicowa?) strona naszego społeczeństwa zrobiła naprawdę wiele, by polską dzietność zdołować i wygasić.
Z drugiej strony ci sami liberałowie nie ustawali w obrzydzaniu tych wszystkich poglądów konserwatywnych, które na dzietność wpływać mogły pozytywnie. A w świecie, w którym konserwatyści byli na przemian faszolami, zamordystami albo klamkami od zakrystii, trzeba było dużego hartu ducha, by się po stronie tradycyjnych wartości opowiedzieć. Zwłaszcza w tak egzystencjalnych kwestiach jak płodzenie i rodzenie dzieci.
Nie dziwcie się więc, że gdy słyszę od liberałów "wymieramy!", "Polki nie chcą rodzić!" albo "starzejemy się!", to samo pisze mi się na klawiaturze za Molierem: "sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało".
Rafał Woś















