Polskie elity gardzą ludem? A może to tylko pałka polityczna?
Coraz chętniej używany w debacie publicznej argument o tym, że "elity (liberalne) gardzą ludem (prawicowym)" i że "libki" nienawidzą bardziej - ma podstawową wadę: trudno go udowodnić. Można się więc nim swobodnie bawić i naginać pod każdą tezę. Co też się w Polsce dzieje.

Pojawiły się wprawdzie badania prof. Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego z "Krytyki Politycznej", które podają wniosek, że nienawiść i pogarda po stronie liberalnej są większe niż po stronie prawicowej. Ale ich metodologia jest niepewna z punktu widzenia ogółu społeczeństwa i kwestionowana na przykład przez prof. Radosława Markowskiego.
On z kolei jest postacią niemal emblematyczną w tej sprawie, bo regularnie umieszczany jest na czele "liberalnych elit gardzących ludem", choć sam zawsze odpowiada, że nie ma pogardy w cytowaniu danych socjologicznych.
Uczony z PAN dysponuje badaniami dowodzącymi czegoś zupełnie odwrotnego - że najbardziej swoich przeciwników nienawidzi prawica. Przy czym dziś w zasadzie nie ma ani prawdziwych liberałów, ani prawdziwej prawicy, więc tych pojęć używam raczej orientacyjnie.
Wspólny wróg jednoczy
Nie ulega jednak wątpliwości, że "liberałowie nienawidzą bardziej" oraz "elity gardzące ludem" stały się nie tylko poręcznymi zbitkami językowymi używanymi w starciach internetowych baniek, ale także w obwieszczeniach publicystycznych różnych wirtualnych kanałów.
To także prawdziwa pałka polityczna, po którą - w ramach podkowy - sięgają komentatorzy lewicowi i prawicowi, by rozprawiać się ze swoim największym wspólnym wrogiem, czyli właśnie "libkami". Można czasem odnieść wrażenie, że niemal każda krytyczna pod adresem prawicowej opozycji wypowiedź przedstawiciela strony liberalnej jest traktowana w tych komentarzach jako wyraz pogardy, wywyższania się i żywej nienawiści.
Konstanty Pilawa z Klubu Jagiellońskiego posunął się nawet do analizowania rzekomo pogardliwej "mowy ciała" wspomnianego prof. Markowskiego, bo - jak się okazuje - liczy się nie tylko, co "libek" mówi, ale i jak to mówi. Jeśli więc Markowski przywołuje badania, z których wynika, że wysoki odsetek elektoratu PiS to ludzie starsi, związani z Kościołem i poza rynkiem pracy, to nawet jeśli ktoś nie widzi tu "pogardy", tylko dane socjologiczne, to może chociaż zobaczy ją w formie wypowiedzi.
Interpretacje i manipulacje
Grzegorz Sroczyński, przeprowadzając wywiad z prof. Sadurą w portalu Zero, stwierdził, że poeta i wieloletni autor paryskiej "Kultury" Tomasz Jastrun wezwał "do mordowania elektoratu PiS". Dodatkowo nazywa Jastruna "modelowym liberalnym inteligentem" i czyni z niego jeden z przykładów ludzi, których cechuje "nienawiści liberała do pisiora". Czyli - jeden Jastrun to oni wszyscy.
Jest to co najmniej manipulacja, bo Jastrun w tygodniku "Przegląd" wyraził pogląd, że "Gazeta Polska" "robi wrażenie pisma obłąkanego z nienawiści do Tuska, do ludzi liberalnie myślących", a z jej autorami i czytelnikami "nie ma płaszczyzny polemiki, zostaje tylko mordobicie lub mord po prostu". Sroczyński i obrońcy pisma Tomasza Sakiewicza uważają, że jest to wzywanie do najgorszego, a nie zwykły zabieg stylistyczny obrazujący totalne pęknięcie między dwoma środowiskami.
Według mnie - Jastrun to zresztą później doprecyzował - jest to po prostu felietonowy opis zjawiska i stwierdzenie, że tam, gdzie nie ma już słów, zostaje tylko żywa nienawiść, która może skończyć się tragedią. Tego, co wyinterpretował Sroczyński, tam nie ma, ale być może każdy rozumie słowa tak, jak chce je rozumieć.
Przeczytaj rozmowę Przemysława Szubartowicza z Tomaszem Jastrunem w Tygodniku Interii
"Ciężka choroba dosłowności"
Ale to tylko pokazuje, że poszukiwania "libkowej" pogardy idą gładko. Zwłaszcza że żyjemy w czasach, w których - jak trafnie zauważyła Olga Tokarczuk - trawi nas "ciężka choroba dosłowności". Kiedy zanika zdolność rozumienia metafor i panuje nietolerancja niejednoznaczności, a słowo staje się rzeczą, łatwo z Jastruna zrobić drania nawołującego do zbrodni.
Z lubością cytuje się najbardziej krewkich komentatorów - prof. Magdalenę Środę czy Manuelę Gretkowską (jakby one kogokolwiek poza sobą reprezentowały) - czyniąc z ich wypowiedzi w mediach społecznościowych niemal dowód na to, że wszyscy przeciwnicy prawicy myślą tak samo i używają takiego samego języka.
To jest zresztą problem nowych czasów: to, co w czasach przedinternetowych było pogawędką w kawiarni, dziś jest tajmlajnem na Facebooku. Gdyby rozmaite wspomnienia, tajne zapiski czy dzienniki różnych polskich twórców (Mętraka, Kisiela, Łapickiego…) ukazywały się w czasie rzeczywistym, a nie po śmierci ich autorów, bylibyśmy często świadkami "pogardy" w wersji turbo.
Każdy kij ma przecież dwa końce. Wystarczy kilka cytatów, by zobaczyć z kolei, jak "elity (prawicowe) gardzą ludem (liberalnym)", jak "pisiory nienawidzą platformersów". Czy z faktu, że związany z prawicą satyryk słynnego Kabaretu OT.TO Ryszard Makowski uznał, że "lud liberalny" to elektorat "komuchów, ubeków i ich potomków", można wyciągnąć wniosek, że jest to uniwersalna doktryna pogardy całego elektoratu?
Wypisywanie z polskości
A może lepiej przypomnieć słowa prof. Andrzeja Zybertowicza, który po pierwszej turze wyborów prezydenckich stwierdził, że "około 40 procent głosujących wypisało się z polskości" i że "to są ludzie, którzy nie szukają swojego własnego źródła wartości, poczucia tożsamości w Polsce"? Czyż można wyobrazić sobie większą pogardę, niż kwestionowanie przynależności kogokolwiek do własnego narodu?
Już nie wspominając o "najgorszym sorcie Polaków", "komunistach i złodziejach" czy "wdowach ubeckich" - jeszcze dekadę temu "elity prawicowe" tak mówiły o "ludzie liberalnym".
Tzw. raport terenowy prof. Sadury, Sierakowskiego oraz Julii Szostek pt. "Ludzie bezwstydni. Dynamika emocjonalna populizmu w Polsce" powstał na bazie kilkudziesięciu rozmów z różnymi ludźmi w wybranych polskich gminach. Na tej podstawie - zdaniem krytyków - nie da się niczego powiedzieć o całej populacji Polaków, do badania której służą reprezentatywne dane makrosocjologiczne, a nie "dowody anegdotyczne".
Gdy zapytałem o to prof. Markowskiego (w Polsat News), odpowiedział, że ze wszystkich dużych badań przeprowadzanych od lat wynika, że "stopień, w jaki elektorat PiS-u wielbi swoją partię i nie znosi innych partii, jest znacznie wyższy, niż odwrotnie".
Nawet jeśli "elity liberalne gardzą ludem prawicowym", a "elity prawicowe gardzą ludem liberalnym" - choć trwa spór o to, który bardziej - to ogólny wniosek jest jeszcze bardziej ponury. Z tej spirali - odkąd polaryzacja stała się narzędziem uprawiania polityki - nie ma wyjścia.
Chyba że cały problem urasta do istotnego zjawiska społecznego wyłącznie w głowach publicystów, czego wykluczyć się nie da.
Przemysław Szubartowicz










