Reklama

Reklama

Polska w Unii, ale poza nią

Jak trwoga, to do sprawdzonych metod. Jarosław Kaczyński - bezradny w walce z drożyzną, przeczuwający zgubne konsekwencje kryzysu energetycznego, jaki nadciąga - w ramach kampanii wyborczej postanowił pójść na wojnę ze wszystkimi, a w szczególności z Europą. Najnowsza decyzja o ponownym zablokowaniu sędziemu Igorowi Tulei możliwości orzekania pokazuje, że PiS raczej zrezygnował z funduszy europejskich. Mentalny i polityczny polexit właśnie przyspieszył, zwłaszcza że aby być poza Unią, wcale nie potrzeba formalnie jej opuszczać.

Wprawdzie szef PiS już nie nazywa oponentów "gorszym sortem", "elementem animalnym" czy "łże-elitami", jak dawniej, ale sugeruje, że opozycja jest jak esbecja przed 1989 rokiem, Niemcy są dla niego źródłem niemalże wszelkiego zła, ale przede wszystkim mówi Unii Europejskiej "koniec tego dobrego". Kiedy prawdziwe kłopoty zaglądają w oczy, kiedy trzeba naprawdę rządzić, a się tego nie umie - zaostrza się retorykę i wskazuje wrogów, co może odnieść zamierzony skutek: mobilizację elektoratu, stabilizację poparcia.

Kaczyński zorientował się, że Polska nie dostanie europejskich funduszy, jeśli władza realnie nie wróci na ścieżkę praworządności. Zorientował się też, że bez Zbigniewa Ziobry - którego partia przoduje w antyeuropejskiej retoryce i jest przeciw wykonywaniu wyroków Trybunału Sprawiedliwości - nie będzie w stanie stanąć na twardych nogach do wyborów. Zorientował się wreszcie, że suweren musi dostać jakąś odpowiedź, jeśli środki z Krajowego Planu Odbudowy rzeczywiście nie zostaną uruchomione. 

Reklama

To dlatego chce odwrócić kota ogonem i jednocześnie upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Z jednej strony - to już tradycja - własne decyzje przedstawia jako winy innych (to nie my, to zła Europa), z drugiej trąca czułe struny resentymentu (tylko my walczymy o Polskę, wszyscy inni dybią na naszą wolność, a Donald Tusk w szczególności). Przy okazji stwarza wirtualne problemy, np. krytykując walutę euro, na wprowadzenie której i tak nie ma w Polsce obecnie szans. 

Aby być poza Unią, nie trzeba jej formalnie opuszczać

Część opozycji popełnia błąd i bagatelizuje tę taktykę szefa PiS, który jednak dość skutecznie manipuluje opinią publiczną. Słyszymy, że to tylko słowa, które niczego nie znaczą i niczego nie zmienią. Otóż lekceważenie podobnej gry, podobnego igrania z ogniem stało się doświadczeniem Brytyjczyków, którzy - choć długo wydawało się to nierealne - postanowili opuścić Unię Europejską.

Brexit został ufundowany na praniu mózgów, na systematycznym zohydzaniu Wspólnoty, na zasiewaniu wątpliwości, na politycznej licytacji, a nie na głębokiej refleksji społecznej. Przekonanie, że skoro Polacy w sondażach opowiadają się za pozostaniem w strukturach Unii, więc polexit nam nie grozi, jest błędne, ponieważ polexit już tu jest i pęcznieje od dawna jako faktyczny status naszej pozycji na arenie międzynarodowej. To groźny skutek uboczny - choć raczej zamierzony cel - siedmiu lat rządów PiS.

Skoro polityka zagraniczna prowadzona przez Kaczyńskiego i jego strategów oraz ministrów doprowadziła do wielkiego osamotnienia Polski w strukturach Unii; skoro na tle innych państw nasz wymiar sprawiedliwości jest skażony bezkarnym łamaniem konstytucji; skoro to, co Kaczyński nazywa "suwerennością", jest przez poważne demokracje traktowane jak operetkowy egocentryzm polityczny lub pompatyczne pobrzękiwanie szabelką; skoro Polska jest przedmiotem postępowań TSUE; itp. - to wszystko to jest właśnie faktycznym polexitem. 

Powtórzmy: aby być poza Unią, wcale nie potrzeba formalnie jej opuszczać. Wystarczy stworzyć odpowiedni klimat niechęci, dzięki któremu nie trzeba będzie zajmować się rozwiązywaniem prawdziwych problemów. To właśnie po to europosłowie PiS - Ryszard Legutko i Zdzisław Krasnodębski - mówią wprost o geście Kozakiewicza wobec Brukseli oraz konieczności rezygnacji z KPO. Brak tych środków byłby dla Polski tragiczny w skutkach, choć może suweren da się ponownie uwieść i uwierzy, że wcale ich nie potrzebujemy od złej Unii, tak jak wcześniej był skutecznie przekonywany przez władzę, że są one jednak niezbędne.

Tymczasem opozycja, mając przed sobą tak poważne wyzwania i tak zdeterminowanego przeciwnika, wciąż nie jest w stanie się porozumieć w podstawowych sprawach. A komentatorzy świata liberalnego wolą kłócić się o historyczne słowo "dupiarz" z młodzieńczych czasów Rafała Trzaskowskiego, roztrząsać bez końca kwestię zupełnie neutralnej wypowiedzi Olgi Tokarczuk, a ostatnio odsądzać od czci i wiary Bogusława Lindę, bo ośmielił się gorzko zakpić z politycznej poprawności. To trochę tak, jakby naprzeciw osłabionej, ale totalnie zdeterminowanej armii stały rozluźnione hufce infantylnych gawędziarzy, którzy nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji.

Różnica między Kaczyńskim a opozycją jest obecnie taka, że ten pierwszy - choć w sprawie inflacji popadł w bezwład - robi wszystko, by nie przegrać, a ta druga - mimo sprzyjających politycznie okoliczności - nie robi wszystkiego, by wygrać. 

Przemysław Szubartowicz 

Reklama

Reklama

Reklama