Polacy w Dubaju. Uwięzieni w raju mogą pogrążyć Radosława Sikorskiego
Czy pat ze ściąganiem Polaków z Bliskiego Wschodu i rady typu "ukryjcie się" mogą być powtórką ze słynnego "było się ubezpieczyć" Włodzimierza Cimoszewicza, wypowiedzi skierowanej do powodzian, która pogrzebała rządy SDRP (poprzedniczka SLD) w 1997 roku? Do tamtego politycznego nieszczęścia jeszcze daleko, ale konsekwencje mogą być poważne.

Nie bez powodu Radosław Sikorski komunikację w tej sprawie przewektorował już teraz na rzecznika MSZ Macieja Wewióra, skądinąd dość zbliżonego w stylu komunikacji do swojego szefa.
Z werwą i z ekspozycją merytorycznej wyższości nad pytającymi go dziennikarzami rysuje on problemy na mapie świata, opowiada o globalnych powiązaniach, a zarazem bez wahania mówi na przykład, że Słowacy swoich ludzi ściągają, bo… było ich mniej. Jak przystało zresztą na mniejszy kraj.
Gorzej z porównaniami z Wielką Brytanią, Koreą Południową - mającą przecież w tej sprawie trudniejszą logistykę, bo leżącą po drugiej stronie Zatoki Perskiej - i innymi krajami.
Ale mleko się rozlało. Kiedy informacje o uwięzionych w Dubaju Polakach tylko się pojawiły, minister Sikorski zareagował w swoim stylu: "ostrzegaliśmy, było nie jechać". Tyle że inaczej niż w przypadku wyjazdów do Izraela w trakcie konfliktu w Gazie, tym razem sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, a takie tłumaczenie się nie broni nawet trochę.
Dubaj jak Sopot
Przede wszystkim dlatego, że ostrzeżenia przed podróżami konkretnie mówiące o Zjednoczonych Emiratach Arabskich pojawiły się dopiero w ostatnią sobotę, gdy irańskie rakiety były już odpalane w stronę Półwyspu Arabskiego. Wcześniej faktycznie były ogólne informacje na temat Bliskiego Wschodu, ale przecież mamy do czynienia z Dubajem i Abu Zabi.
Owszem, metropoliami geograficznie położonymi na Bliskim Wschodzie, ale będącymi gigantycznymi hubami przesiadkowymi dla połączeń z Azji do Europy, trasą, na której jest największe zagęszczenie międzykontynentalnego ruchu pasażerskiego w ogóle (chodzi oczywiście przede wszystkim o Dubaj).
Na słynnym lotnisku z kodem DXB utknęli więc turyści wracający z Tajlandii, przedsiębiorcy lecący z Indonezji, mieszane polsko‑wietnamskie małżeństwa - lista się powiększa, a przecież nie tylko o Dubaj chodzi.
Nie dość tego, samo ostrzeżenie przed podróżą na Bliski Wschód jest tak ogólnikowe, że z Dubajem trudno je było skojarzyć. Do położonej nad Morzem Śródziemnym bliskowschodniej dotychczasowej "strefy zgniotu" jest stamtąd mniej więcej dwa razy dalej niż z Warszawy do terenów, na których dziś toczy się wojna na Ukrainie.
Samo miasto było na tyle wpięte w europejski obieg gospodarczy, turystyczny, kulturalny (choć można dyskutować na temat jakości), że zaczęło być traktowane jak wypustka Zachodu - tak jak położony na wyspie i poza UE Londyn.
Niskie podatki przyciągają przedsiębiorców, przedstawicieli wolnych zawodów. Czy wszyscy ci ludzie mieli skojarzyć, że konflikt bliskowschodni dotyczy także tego swojskiego miasta, w którym funkcjonowali od lat?
Konsul też człowiek
Oczywiście Dubaj ma też swoją czarną, zasłużoną legendę i ona może nieco ratować rząd w tej sytuacji, bo część odbiorców informacji stwierdzi, że sprawa dotyczy celebrytów, ewentualnie ludzi "nadzianych", a czasem pierwowzorów bohaterek filmów i książek o dubajskim zepsuciu.
Tu jest pierwsza, podstawowa różnica pomiędzy recepcją fatalnej wypowiedzi premiera Cimoszewicza sprzed prawie 30 lat, która dotykała często najbiedniejszej, najbardziej wykluczonej, najmniej zaradnej części społeczeństwa. Ludzi, których na pakiety ubezpieczeniowe po prostu nieraz nie było stać.
Ale to chyba jednak za mało. W dodatku, zakładając, że sprawa bezpośrednio dotyczy najczęściej wielkomiejskiej klasy średniej, to akurat elektorat KO najszybciej będzie odczuwał empatię z uwięzionymi w raju. Bliskowschodnia metropolia częściej będzie symbolem rozpusty i marnotrawstwa dla wyborcy konserwatywnego, który też będzie miał większą skłonność do spędzania wakacji w kraju.
Nawet same zasięgi i trendy w mediach społecznościowych pokazują moc tego tematu. Sprawa jest na tyle poważna, że prawdopodobnie w ciągu godzin doczekamy się ogłoszenia "planu ratunkowego". Tyle że jest już trochę późno i już po komunikatach o tym, by się bezpiecznie schować, tłumaczeniach konsula, że też mu ciężko, i wyjaśnieniach, iż samoloty nie będą latać między pociskami (czy słowackie mogą latać, bo są mniejsze?).
Polacy utknęli w Dubaju. Będzie gamechanger?
Polacy wracają na własną rękę, na Okęciu lądują samoloty bliskowschodnich linii. To też nie pomaga.
To niezdany test przez państwo, które za każdą cenę o każdego obywatela powinno się troszczyć, nawet takiego, który nie posłuchał ostrzeżenia MSZ i pojechał choćby i do Syrii albo Afganistanu. Nie mówiąc o Bogu ducha winnych polskich rodzinach wracających z wakacji przez Dubaj.
Część zachodnich państw i USA - szczególnie ten ostatni kraj - próbują ratować swoich obywateli, choćby skały... protestowały.
Czy polityczne skutki tej sprawy będą więc poważne? Pewnego algorytmu na stwierdzenie tego, co wykończy rząd, zawczasu nikt nie zna ani nie ma. Wiadomo, że rządząca ekipa, dopóki ma duże zaufanie i zadowolenie z rządów za sobą, jest często teflonowa. Gdy następuje zmęczenie nią, punktem zapalnym, który powoduje pożar, może być dosłownie wszystko. Przekonał się o tym PiS.
Jednym z gwoździ do trumny dla rządów tej formacji okazała się afera wizowa, w dużym stopniu podkręcona i w sumie dotycząca marginalnej patologii. W tym przypadku mamy do czynienia z poważnym zaniechaniem i serią komunikacyjnych błędów, które długo mogą pokutować, a na pewno ministrowi Sikorskiemu będą wypominane.
Wiktor Świetlik
















